Zacznijmy od prostego pytania: czy chciał(a)byś aby twoje dzieci były uczone podstaw finansów w szkole państwowej?
Bo tak na ten przykład pan z linku poniżej, na którego trafiłem z rekomendacji innego pana, nie chciałby:
I podpiera swoje przekonanie pięcioma argumentami. Nie znam się na pedagogice i szkolnictwie, ale przyznam, że tak absurdalnych tez w tym temacie jeszcze nigdy wcześniej nie czytałem. Pójdę jednak modnym ostatnio szlakiem i skoro „nie znam się, więc zabiorę głos”. Choć na obronę miałbym jedno uzasadnienie – cokolwiek nauczyłem się już o finansach na studiach ekonomicznych i przez 20 lat na rynku. A w kwestii wychowawczej myślę, że najlepszym głosem będą sami rodzice, a więc i w tej grupie nasi Czytelnicy.
Ja przede wszystkim odniosłem wrażenie, że marketing w tekście jest mylony z podstawami wiedzy i pewnymi standardami obowiązującymi powszechnie w codziennym życiu finansowym. Zdziwiłem się też nieco faktem tego, że w ramach przedmiotu „wiedza o przedsiębiorczości” nie naucza się również kanonów finansowych, bo jak inaczej jedno bez drugiego praktykować? Na koniec przeraziłem się nieco refleksją: czy czasem podobnego rodzaju myślenie nie panuje wśród nauczycieli, albo co gorsza w Ministerstwie Edukacji Narodowej?
A generalnie nie zgodziłbym się z żadnym z pięciu postawionych argumentów.
Obowiązkowe lekcje finansów miałyby być szybko zapomniane jak wiele innych przedmiotów? Nie ma nawet takiej szansy! Wzory, twierdzenia, daty lub fakty z dziedzin, które nie są w życiu już nigdy praktycznie używane, ulegają naturalnemu zatarciu w pamięci. Ale nie wiedza, którą trzeba używać na okrągło! Każdy z nas niemal co dzień wchodzi w relacje finansowe, dokonując choćby zakupów czy w każdy inny sposób wydając pieniądze. Ignorancja w dziedzinie finansów jest nie tylko szkodliwa dla samego kupującego, ale również dla jego rodziny i społeczeństwa, ile tragedii bowiem pojawia się gdy nierozważne zakupy nie są kompensowane przychodami.
A poza tym w dzisiejszych czasach temat pieniędzy jest niesamowicie atrakcyjny dla nastolatków i nikłe są szanse, że przedmiot uczący o ich zarządzaniu może być nudny kiedy dookoła atakują reklamy, promocje i modne gadżety. Zresztą akurat przedmiot finansów (nie samej mamony jednak) można podawać w bardzo atrakcyjnej formie, np. gier, jak choćby klasyczny „Monopol”, szczególnie w wersji audio-wideo. Sam pamiętam zresztą jaką frajdą w szkole podstawowej była prosta książeczka oszczędnościowa tzw. SKO, w zapełnianiu której trwały ostre rywalizacje za pomocą naciągania własnych dziadków czy pchania wózków z makulaturą i butelkami. Pierwsza lekcja kapitalizmu w czasach socjalistycznej indoktrynacji, pamiętana do dziś.
Czy dzieci powinny uczyć się przez naśladowanie rodziców, a wiedza przyniesiona ze szkoły godziłaby w wartość rodziny? Biorąc pod uwagę, że spora część społeczeństwa nie radzi sobie nie tylko z podstawowymi pojęciami, ale i praktycznym zarządzaniem własnymi finansami, nauka przez naśladownictwo tylko generowałaby kolejne pokolenia analfabetów finansowych! Tym bardziej, że autor podkreśla, że w niektórych domach nie rozmawia się o tych tematach. To rodzice mieliby okazję nauczyć się od dzieci! Natomiast wytłumaczenie dzieciom różnic w dochodach między rodzinami powinno złagodzić bardzo niezdrowe powody do prześladowań, które w szkole są zjawiskiem nagminnym.
Czy tematyka finansowa jest nieobiektywna i stawia ludziom zbyt wiele opcji do wyboru? Jak może być nieobiektywna stopa odsetek kredytu, oprocentowanie rachunku oszczędnościowego czy składka ubezpieczenia? Jak analiza możliwych decyzji może być szkodliwa? Chyba ocieramy się o dno absurdu.
Kredyt jest najczęściej zły a dźwignia finansowa przy zakupie mieszkania dobra?! Autor sam dobitnie zdaje się udowadniać swoją osobą i poglądami, że finansowa edukacja w Polsce jest zaniedbana i natychmiast NIEZBĘDNA! Oczywiście nie w wykonaniu Szymona Majewskiego, który miałby przychodzić na lekcje o bankach, lecz profesjonalnie wyszkolonej kadry, zupełnie tak jak w innych przedmiotach, co chyba w szkole państwowej zdaje się nadal nie jest niczym nadzwyczajnym.
Finanse rozwijają się szybciej niż program szkolny więc powinny być zabronione? W takim razie informatyka powinna natychmiast znaleźć się na indeksie nauk zakazanych! No chyba, że piszący owe „złote myśli” (i to dosłownie jak widzę w notce na stronie) chciałby uczyć o derywatach? To raczej zaproszę na stronę http://bossa.pl/edukacja niż karać samych nauczycieli koniecznością wychodzenia poza niezbędny zbiór wiedzy, kiedy sami profesorowie mają z tym kłopoty w praktyce (vide Eurogeddon).
Według psychologów najlepszy wiek to 6-12 lat by pokazać dziecku tajniki wiedzy finansowej. Oczywiście tej najprostszej typu nominały monet i banknotów, ceny w sklepie i wydawanie reszty czy skąd rodzice biorą pieniądze, a ja dołożyłbym znaczenie reklam. Natomiast nastolatek u progu dorosłości musi wiedzieć jak działa bank, kredyt, ubezpieczenie i karty kredytowe. I wcale nie uważałbym za fanaberię pokazanie jak działa giełda, obligacje i fundusze, to już jest abecadło nowoczesnego świata. Praktycznie rzecz biorąc wypuszczając absolwenta ze szkoły bez finansowej wiedzy sami sobie urządzamy kraj podwykonawców.
Skoro jest temat, to domyślam się, że dziś szkoła nie prowadzi edukacji z zakresu finansów. Autentycznie mnie to martwi, to znaczy również, że o kolejnych Amber Gold będziemy tu dyskutować bez końca…
—kat—


Dodaj komentarz