Od pewnego czasu zauważam, że rośnie liczba inwestorów, których internetowa aktywność wskazuje, że zostali zdemotywowani przez TACO.
TACO to idea, że Donald Trump zawsze wycofuje się z ekstremalnych wersji swoich politycznych pomysłów, gdy pojawiają się pierwsze negatywne konsekwencje wprowadzenia tych pomysłów. Przez negatywne konsekwencje najczęściej rozumie się spadające ceny akcji lub obligacji, czyli rosnące rentowności.
Przypadek wojny z Iranem pokazał, że równie ważne co kilkuprocentowe spadki S&P 500 mogą być kilkunastoprocentowe wzrosty cen benzyny na stacjach benzynowych w USA.
Rynkowy reżim TACO oznacza, że strategie BTFD, czyli kupuj obsunięcia, świetnie sprawdzają się na rynku akcji. W przypadku drugiej kadencji Trumpa większość obsunięć, na czele z kwietniowym tąpnięciem indeksów, wywołana jest działaniami prezydenta, co sprawia, że TACO i BTFD są nierozłączne.
Wielu inwestorów jest zdemotywowanych i sfrustrowanych przez tę sytuację. Łatwo się domyśleć, że nie są to inwestorzy „zapakowani pod korek” w akcje.
Tacy inwestorzy są zmęczeni rynkiem, który nie chce spadać, choć jego wyceny oraz makroekonomiczne i polityczne otoczenie sugerują ich zdaniem, że rynkowi „należy się” przynajmniej głęboka korekta.
W momencie zagrożenia największym od dekad szokiem naftowym amerykański rynek akcyjny znajduje się zaledwie kilka procent od historycznych szczytów. Dzieje się tak przy gospodarce zranionej wojną handlową, w okresie osłabienia na rynku pracy i przy nie w pełni okiełznanej inflacji. Do tego dochodzą wyraźne pęknięcia w segmencie prywatnego kredytu oraz niepewność związana z rewolucją AI.
Frustrujący jest też fakt, że na rynku sprawdza się niezwykle proste podejście polegające na ignorowaniu wszystkich negatywnych informacji lub zakładaniu, że rynek już je wycenił. Takie podejście umożliwia rezygnację z jakichkolwiek form zarządzania ryzykiem polegającą na trwałym utrzymywaniu przynajmniej 100% ekspozycji na rynek akcji.
Należy jednak pamiętać, że rynek kompletnie ignoruje emocje i frustracje pojedynczych inwestorów. Traktowanie własnych emocji jako podstawy rynkowego podejścia jest poważnym inwestycyjnym błędem.
Rynku nie obchodzi fakt, że ktoś ma od kilku miesięcy niską ekspozycję na rynek akcji, bo uznał, że niestabilne otoczenie ekonomiczne i polityczne, wysokie wyceny i notowania w pobliżu historycznych szczytów nakazują zachowanie ostrożności. Rynek akcyjny nie istnieje, by zawsze nagradzać ostrożnych inwestorów.
Rynek nie będzie też spadał dlatego, że mało wyrafinowani, mało kompetentni inwestorzy zarabiają na nim „łatwe pieniądze”, a irytuje to doświadczonych inwestorów, którzy „zjedli zęby” na niejednej rynkowej bessie.
Negatywny stosunek do rynku zdominowanego przez „głupie pieniądze” często połączony jest z negatywnym stosunkiem do Donalda Trumpa i prowadzi do przekonania, że rynki „nie zasługują” na to, by znajdować się w pobliżu szczytów. To niemal starotestamentowe przekonanie, że rynki stały się niegodziwe i zasługują na karę.
Świetnie pokazuje powyższy sentyment początek tekstu dziennikarki Bloomberga:
„Wojna z Iranem, pchająca ceny ropy w pobliże 120 dolarów za baryłkę, przybliża moment rozliczenia dla lekkomyślnego prezydenta i samozadowolonych rynków akcyjnych.”
To jest przyciągający uwagę komentarz rynkowy, ale bardzo szkodliwe podejście inwestycyjne.
W środowisku traderów funkcjonuje powiedzenie „graj to, co widzisz”. Reguła oznacza, że inwestycyjne decyzje podejmuje się tylko pod wpływem obserwacji aktualnej sytuacji rynkowej – ruchu cen i otoczenia informacyjnego. Swoje oczekiwania i przekonania o tym, co powinno dziać się na rynku, zostawia się z boku.
Na rynku nie funkcjonuje zasada, że proste, mechaniczne strategie – jak kupuj obsunięcia – nie mogą się sprawdzać, przynajmniej przez jakiś czas. Bardziej wyrafinowane i skomplikowane strategie inwestycyjne nie są automatycznie lepsze niż proste zasady rynkowe.
Złotówka zarobiona na zwyczajnym wykorzystywaniu utrzymującego się przez wiele miesięcy wzorca rynkowego jest warta tyle samo co złotówka zarobiona dzięki wyczerpującej intelektualnie analizie makroekonomicznych trendów.
Inwestorzy „narzekający” na fakt, że inwestycyjne żółtodzioby zarabiają łatwe pieniądze na ignorowaniu złych wiadomości i dokupywaniu obsunięć, powinni też zadać sobie pytanie: dlaczego sam tego nie robię? Może dlatego, że wbrew pozorom nie są to łatwe pieniądze.
Jedną z fundamentalnych rynkowych idei jest przekonanie, że na rynku nie ma wielu „darmowych obiadów”, a wyższe niż rynkowe stopy zwrotu generuje się przez akceptowanie unikanego przez innych inwestorów ryzyka lub gotowość do przetrwania emocjonalnie niewygodnych okresów. Strategia BTFD może należeć do tej drugiej kategorii.
Nie jest łatwo utrzymać się na rynku w okresie podwyższonej zmienności i skrajnie chaotycznego otoczenia informacyjnego. Przez ostatnie miesiące i lata rynek „wynagradzał” inwestorów zdolnych pozostać na rynku mimo zagrożeń lub zbyt lekkomyślnych, by dostrzec zagrożenia.
Taka sytuacja zapewne nie utrzyma się „przez wieczność”, ale dopóki obowiązuje ta rynkowa reguła, zadaniem inwestora jest ją zidentyfikować i dostosować do niej swoje podejście inwestycyjne.
Nie zawsze będzie to możliwe. Na przykład dlatego, że w tym otoczeniu rynkowym wypełniony akcjami portfel może być zbyt ryzykowną strategią dla inwestorów z wysoką awersją do ryzyka. W takiej sytuacji właściwą postawą będzie pogodzenie się z nią i traktowanie jej jako ceny za mniejszą zmienność portfela.
2 Komentarzy
Skomentuj trystero Anuluj pisanie odpowiedzi
Niezależnie, DM BOŚ S.A. zwraca uwagę, że inwestowanie w instrumenty finansowe wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanych środków. Podjęcie decyzji inwestycyjnej powinno nastąpić po pełnym zrozumieniu potencjalnych ryzyk i korzyści związanych z danym instrumentem finansowym oraz rodzajem transakcji. Indywidualna stopa zwrotu klienta nie jest tożsama z wynikiem inwestycyjnym danego instrumentu finansowego i jest uzależniona od dnia nabycia i sprzedaży konkretnego instrumentu finansowego oraz od poziomu pobranych opłat i poniesionych kosztów. Opodatkowanie dochodów z inwestycji zależy od indywidualnej sytuacji każdego klienta i może ulec zmianie w przyszłości. W przypadku gdy materiał zawiera wyniki osiągnięte w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika na przyszłość. W przypadku gdy materiał zawiera wzmiankę lub odniesienie do symulacji wyników osiągniętych w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika przyszłych wyników. Więcej informacji o instrumentach finansowych i ryzyku z nimi związanym znajduje się w serwisie bossa.pl w części MIFID: Materiały informacyjne MiFID -> Ogólny opis istoty instrumentów finansowych oraz ryzyka związanego z inwestowaniem w instrumenty finansowe.


Ja bym powiedział, że również: rynek nie ma obowiązku rosnąć 🙂
Wiele frustracji dostarczał na przykład rynek polski latami, przez to że gospodarka tak rosła, a w indeksie giełdowym nie było tego widać, nie przekładało się. Ktoś zajmujący się makroekonomią mógł 10 czy 20 lat temu słusznie przewidzieć, że Polska to kraj który mocno się rozwinie, zainwestować w polskie akcje i… się zdziwić. Dziś akurat jesteśmy w już kilkuletniej hossie, ale opowieść o rynku „bananowym” m.in. z tego też się brała.
Podobnie jest np. z giełdą Chin, której główny indeks aż tak mocno nie wzrósł, jak sugerowałby to rozwój gospodarczy całego kraju. To historia wielu rynków… a czasem później w kilka miesięcy czy lat indeksy nadganiają wiele straconych lat i zaskakują gwałtownością tego wzrostu.
Moim wnioskiem z obu tych sytuacji (tj. tego że rynek „nie ma obowiązku spadać” ani że „nie ma obowiązku rosnąć”) jest, że rynek generalnie jest losowy, nieliniowy i zdominowany efektami, których bezpośrednio nie widać. A my mamy ludzką naturę, która chce zawsze wyjaśnień, jednoznaczności, przewidywalności. I to jeszcze liniowego, spokojnego charakteru zmian. Przyczyna — skutek. Przegrzany rynek — powinien spaść. Przesadnie tani — powinien rosnąć.
Jak to mądrze kiedyś ujęto, rynek potrafi być nieracjonalny dużo dłużej, niż inwestor będzie w stanie być wypłacalny. To obserwacja znana nie od dziś, i ma zastosowanie do wielu sytuacji rynkowych.
@ Grzegorz Link
Świetny komentarz. Zauważ, że z Twojego i mojego przykładu wynika ten sam wniosek: nie ma sensu obrażać się na rynek za to, że nie robi tego, czego chcemy. Trzeba się do tego dostosować.