Jim Simons – trader, który rozgryzł rynki, część 3

Najczęstsze spekulacje dotyczące omawianej przez mnie książki „The man who solved the market” dotyczyły kwestii najbardziej oczekiwanej czy pożądanej, czyli znalezienia w tekście odpowiedzi na pytanie:

JAK JIM SIMONS TO ZROBIŁ?

Jak zarobił 66% rocznie?

Sceptycy wątpili, że coś takiego w książce znajdą, nie ujawnia się przecież sposobów na pokonywanie rynku w tak spektakularny sposób. W pewnym sensie ten sceptycyzm mógł mieć uzasadnienie w informacjach, które o Simonsie i jego funduszu świat wiedział od dawna:

Te tajemnice są pilnie strzeżone, nawet same pytania o nie kończyły wszelkie próby rozmów z Simonsem; pracownicy, którzy odchodzili podpisywali surowe cyrografy o nieujawnianiu tajemnic; a ukradziony ponoć przez dwóch pracowników kod, jądro działania funduszu, rozpętał prawniczą kampanię i sporą panikę.

Co mnie jednak zdziwiło najbardziej, to głosy tych, którzy książkę czytali i twierdzili, że żadnych ujawnionych strategii inwestycyjnych tam nie ma. I owszem, nie ma gotowych przepisów na wygranie z giełdą, jest natomiast dziesiątki wskazówek oraz dość szczegółowy zapis sposobu działania funduszu na rynku. Wprawny inwestor bez problemu je odnajdzie, nawet między pozornie nic nie znaczącymi zdaniami.

Simons miał poniekąd słuszną obsesję na punkcie strzeżenia tajemnic kodu, w którym zapisane były wszystkie strategie gry i ich realizacja. Ciekawostką jest to, że Medallion miał wszystko zapisane w jednym kodzie, wszystkie instrukcje od poboru danych po składanie zleceń, ich sprawdzanie i czuwanie nad poprawnością i stabilnością całości, rzadko spotykana rzecz w tym świecie. Zwykle bowiem każda strategia w tego typu instytucjach jest zapisywana w osobnym kodzie.

A dlaczego ta obsesja? Oczywistym jest, że poznanie zasad strategii przez niepowołane osoby jest jakąś stratą samą w sobie, ale obawy miały nieco bardziej zakorzenione w samym rynku podłoże: użycie takich samych strategii gry przez konkurencję powoduje zbyt szybkie ich zużycie i wyparowanie przewagi, co może wiązać się nie tylko z utratą zysków, ale wręcz ze stratami.

Jak to możliwe jednak, że pomimo paranoicznych wręcz starań ochronnych, w książce wiele tajemnic pozostaje odkrytych? Spróbowałem wydedukować to z książki:

Otóż po pierwsze – wiele podpowiedzi przyszło od najwcześniejszych współpracowników Simonsa, szczególnie od tych sprzed ponad 2 dekad, kiedy jeszcze odejścia nie były chronione restrykcjami.

Po drugie – sam autor książki głęboko siedzi w branży i pewne sprawy są mu doskonale znane, choć i tak w pewnym momencie go przerosły, ponieważ przyznaje, że wiele godzin poświęcił na konsultacje z matematykami spoza funduszu, które umożliwiły mu zrozumienia niejasnych kwestii. Jako praktyk i trading kodowania muszę przyznać, że te nawet “ułamkowe” opisy wystawiają mu jak najlepsze świadectwo.

Po trzecie – pewne pomysły i strategie krążyły w publicznej sferze od lat, jak choćby tzw. arbitraż statystyczny na akcjach, wiele innych firm się nim posługuje.

Po czwarte – strategie sprzed lat zużyły się, nie stanowią już części kodu, a przynajmniej nie w takiej formie. Np. sam Simons przyznał publicznie przed rokiem, że porzucił wszelkie systemy transakcyjne oparte na popularnym trend-following (podążaniu za trendami), ponieważ uznano je za mało efektywne i wypalone.

Po piąte: Simons był przesłuchiwany przed senackim komitetem z powodu kontrowersji podatkowych związanych z użyciem opcji barierowych, dających funduszowi lewar. W materiałach z wystąpienia pojawiło się co nieco o używanych metodach.

Kolejna kwestia związana z użytymi metodami wiąże się z ewolucją funduszu.

Generalną zasadą od samego początku działania było:

zerwanie z jakąkolwiek analizą fundamentów, co jak się okazało jest na giełdzie możliwe by skutecznie inwestować

 – poszukiwanie dzięki komputerom powtarzalnych wzorów w danych (ang. patterns), zależności między rynkami, korelacji z rynkowymi zdarzeniami, które dają szansę powtórzenia się w przyszłości.

Jeśli komuś poszukiwanie wzorów przypomina to, czym zajmuje się Analiza techniczna, to ma w pełni rację. Zresztą nawet ta nazwa pada w książce. To jednak w 100% ilościowa wersja AT, a nie intuicyjne polowania na formacje czy wskaźniki. W miarę upływu czasu kody się rozrastały i od tradycyjnej AT skierowało się to w stronę ‘big data’ i ‘uczenia maszynowego’.

W tym układzie pierwsze lata eksperymentów z najprostszymi strategiami AT i statystycznymi zależnościami przeszły u nich do annałów historii, ale to nie znaczy, że nie mogą stanowić inspiracji dla innych. Nasz choćby rynek ze swoim zapóźnieniem w kwestiach algo tradingu nadal może być nafaszerowany nieefektywnościami, które w USA zostały rozjechane przez komputery. Pokażę to zresztą w jednym z wpisów.

Ciekawostką kolejną jest to, że pewnego dnia Simons wpadł na kolejny genialny pomysł – każdy z zarządzających musiał przez pewien czas czytać tygodniowo przynajmniej 3 prace naukowe, w których opisywano pomysły na giełdowe inwestycje. Potem owe idee testowano. Z jakim skutkiem? Simons kiedyś stwierdził, że można je śmiało wyrzucić na śmietnik.

Jeszcze jedna istotna sprawa, której nie sposób nie wspomnieć. Ich testy danych historycznych wykrywały dziesiątki wzorów, które mogły być użyte potem do tradingu, w tym i takie wzory wykrywane przez sztuczna inteligencję, których człowiek nie byłby w stanie dostrzec. W nauce mówi się na to „data mining”, czyli poniekąd dopasowywanie strategii do danych. Jednak Simons i jego partnerzy poszli dalej jak na naukowców przystało. Otóż ich celem stało się objaśnianie na gruncie nauki, skąd biorą się odnalezione nieefektywności, czym są powodowane, jakie zachowania czy informacje za nimi stoją. To dawało wykrywanym strategiom pieczątkę wiarygodności i stabilności. Czasem mijało sporo czasu, zanim wyjaśnić się to udawało, do tego momentu włączano owe strategie nieco intuicyjnie do kodu.

Używane przez nich strategie różniły się zależnie do rynków, na których inwestowali. Od początku istnienia całość tradingu opierała się tylko na kontraktach terminowych, od których w młodości zaczynał intuicyjną grą Simons. Potem z ogromnym bólem powstał osobny dział inwestycji w akcje. Przez długi czas nie mogli sobie poradzić ze skutecznością, a Simons cały czas napierał na poszukiwania nowych zależności, ponieważ płynność na rynku akcji była znacząco większa niż w kontraktach terminowych, na których już nie mieli miejsca na rozwój. Potem dochodziły rynki walutowe czy zagraniczne.

Trzecia odnoga była rezultatem genialnej wizji Simonsa. Ponieważ sam fundusz Medallion zaczynał się zapychać swoimi możliwościami w zakresie płynności, dlatego przyszedł moment, gdy zamknięto go jedynie dla pracowników i właścicieli firmy, a otwarto nowe fundusze w ramach spółki-matki Renaissance Technologies. Do nich przyjęto środki z zewnątrz, a po to by nie robić konkurencji Medallionowi i aby mocno rozszerzyć płynność, Simons wpadł na genialny pomysł – naśladownictwa już używanych metod, ale w skali tygodni czy miesięcy. Jeśli w Medalionie dana strategia działała na danych minutowych, to robiono tuning w ten sposób, by znaleźć jej zyskowne ustawienia dla danych miesięcznych czy nawet rocznych. Spowolnienie tego typu dawało większą swobodę działania, przede wszystkim dlatego, że rzadkie transakcje nie ruszały rynkiem na tyle, na ile tysiące zleceń każdego dnia w Medallionie.

Trzeba sobie przy tym zdać sprawę, że Medallion nie jest funduszem z gatunku HFT, czyli handlu na wysokich częstotliwościach, gdzie pełne transakcje mogą trwać ułamki sekund. Pomimo tego, że maszyny Medalliona składają po tysiące zleceń dziennie, średni czas trwania ich transakcji wynosi… 2 dni! A to już jest okienko nie tylko dla daytraderów, ale nawet swing-traderów. W ten sposób padł kolejny mit, że z algorytmami da się wygrać tylko w skali sekund czy ich ułamków.

Kolejnym zaskoczeniem jest trafność uzyskiwana w ich transakcjach. Jak przyznał kiedyś Bob Mercer, ten który pomógł uzyskać Trumpowi prezydenturę:

Tylko ledwo powyżej 50% ???!! To niemal na poziomie rzutu monetą. Który szanujący trader krótkoterminowy skusiłby się na strategie z tego rodzaju trafnością?! Więc tak naprawdę magia dzieje się na poziomie zarządzania ryzykiem, czyli stosunku zysku do stopa obronnego. O tym jednak tradycyjnie i w tej książce najmniej. To kolejny dowód na to, że nie opowieściami o wchodzeniu na pozycję zarabia się miliardy.

Tak przygotowani możemy przejść już do analizowania konkretnych strategii w kolejnym wpisie.

—kat—

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *

Klauzula informacyjna

Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. („My” lub „DM BOŚ”) z siedzibą w Warszawie (ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa). Będziemy przetwarzać, Pani/Pana dane na potrzeby udzielenia odpowiedzi na Pani/Pana zapytanie, możliwości skorzystania z usługi oferowanej przez DM BOŚ, a także realizacji naszych prawnie uzasadnionych interesów, tj. rozpatrywania skarg oraz obrony przed roszczeniami. Ma Pani/Pan prawo dostępu do danych, żądania ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania i przenoszenia. W dowolnym momencie może Pani/Pan także wnieść sprzeciw, z przyczyn związanych z Pani/Pana szczególną sytuacją, wobec przetwarzania Pani/Pana danych dla realizacji prawnie uzasadnionych interesów DM BOŚ. Może się Pani/Pan z nami skontaktować wysyłając e-mail na adres: makler@bossa.pl lub list na adres: ul. Marszałkowska 78/80, 00-517 Warszawa, dzwoniąc na infolinię pod numer + 48 225043104 lub odwiedzając jedną z naszych placówek (lista dostępna pod http://bossa.pl/dmbos/oddzialy/). Może Pani/Pan skontaktować z Inspektorem Ochrony Danych m.in. korzystając z e-mail: iod@bossa.pl lub listownie na nasz adres. Więcej informacji o przetwarzaniu Pani/Pana danych, czasie przechowywania, prawach i sposobach kontaktu znajduje się w naszej Polityce Prywatności.