Czarny Poniedziałek – czego może nas nauczyć? Część 9

Pop-finansowe przekazy pełne są narracji o tych, którym krach udało się przewidzieć. Na koniec tego małego cyklu kilka słów właśnie o tym zjawisku.

Czarny Poniedziałek z 1987 roku kojarzony jest z kilkoma celebrytami finansowymi, którzy działają do dziś.

W tamtych dniach prawdziwą karierę medialną rozpoczynał Robert Prechter Ów inwestycyjny guru niemal w punkt przepowiedział ostrą przecenę na giełdach, sugerując swoim subskrybentom sprzedaż posiadanych aktywów. Analitycy techniczni doskonale wiedzą na podstawie czego wykreowuje on swoje decyzje. Dokładnie tak: wykreowuje. Kreacja polega na użyciu Fal Elliota, czyli interpretacji historii cen papierów wartościowych w taki sposób, by układała się w uporządkowaną sekwencję ściśle ponumerowanych cykli spadków i wzrostów. Oznacza się owe fale kolejnymi cyframi na wykresach, 5 w górę podczas hossy, przeplatane trzema w dół podczas korekty, po czym nadchodzi bessa według tego rozkładu. Przy czym każdemu użytkownikowi tych narzędzi sekwencja tego rodzaju wypada w innych miejscach.

Taki właśnie cykl wzrostowy wypełnił się w interpretacji Prechtera w 1987 roku, stanowiąc zapowiedź gwałtownych spadków, proporcjonalnych do fal wzrostowych. Prechter mógł święcić triumf, nie dziwne więc, że tysiące nowych chętnych zapłaciło za subskrypcję jego biuletynu z sygnałami technicznymi tuż po owej jatce. Większość Czytelników wie zapewne dobrze, co było dalej. Wielka klapa. Prechter co rusz ogłaszał kolejne armagedony, które nie nadchodziły, doprowadzając tym samym swoją reputację do kabaretowego poziomu. Jego naśladowcy z rozczarowaniem musieli przyjmować za to kolejne super hossy, w których nie brali udziału, czekając na nadejście apokalipsy. Ta wreszcie nadeszła w 2007 roku, choć chyba nie będzie nietrafionym porównanie tych prognoz do zepsutego zegarka, który 2 razy na dobę wskazuje właściwą godzinę.

Eric Tyson w książce „Personal finance for dummies” podsumował, że od 1985 do 2009 roku jego sygnały przyniosły zwroty na poziomie o 25% niższym niż indeks szerokiego rynku Wilshire 5000. Prechter broni się, że to jedynie gra w prawdopodobieństwa, i że wielu ludzi w tym biznesie próbuje przewidzieć przyszłość, a zresztą tu trzeba ocenić przede wszystkim jakość rekomendacji, którą w swoim wykonaniu Prechter określa jako przodującą w tym zestawieniu.

Nie mam wcale zamiaru drwić z niego, podaję fakty. Po części ma on rację – biznes przepowiadania przyszłości w finansach kwitnie znakomicie, mało tego, cały czas znajduje klientów potrzebujących tego typu podpowiedzi. Prechter sporo zrobił dla popularyzacji Analizy technicznej, stworzył całkiem ciekawą hipotezę socjonomiczną – zależności stanu finansów od nastrojów społecznych, wygrywał też w tamtych latach całkiem poważne mistrzostwa tradingowe w USA. Nie mam więc obaw, że doskonale wie, na czym polega zarządzanie ryzykiem i jaka tkwi w tym różnica względem surowego choć efektownego biznesu prognostycznego. Warto więc by tę samą lekcję przerobili dzisiejsi traderzy. Nie przepadam za Falami Elliota, zbyt wiele tam mimo wszystko subiektywnych ocen i łatwych pułapek wzrokowych, ale nie wykluczam, że może się nadać jako narzędzie służące pomocą w decyzjach inwestycyjnych po odpowiedniej obróbce, dodaniu “risk management” i nabyciu doświadczeń, ale nie jako szklana kula, w której to roli Prechter usilnie próbuje przez te dekady owe narzędzie przedstawić.

Dodajmy- w raporcie Shillera, który cytowałem w poprzedniej części, sygnał Prechtera sugerujący sprzedaż był najmniej ważnym komponentem decyzyjnym wśród badanych inwestorów. Albo autor okazał się mało znany, albo inwestorzy nie doceniają siły swojej podświadomości.

Zupełnie przeciwne spektrum działania przedstawia sobą piekielnie skuteczny zarządzający Paul Tudor Jones, który na krachu zarobił niewyobrażalne w tamtych czasach pieniądze na krótkich pozycjach. Ciekawe, że on sam powoływał się w swoich ocenach na … Prechtera. Widać to w notatce do inwestorów, którą wysłał kilkanaście dni przed krachem (zarządzał funduszami wraz niewiele młodszym partnerem Peterem Borishem). Można ją przeczytać wplecioną w tym tekście, w którym o swoim udziale w tamtej krwawej łaźni wypowiadają się wielcy świata finansów:

https://www.bloomberg.com/news/features/2017-10-16/black-monday-at-30-wall-street-remembers-the-1987-stock-market-crash

Jones to utalentowany inwestor działający w derywatach, obdarzony jak sam twierdzi całkiem niezłą intuicją jako narzędziem decyzyjnym. We wspomnianej notce trafnie wskazuje, że jeśli nadejdą spadki, to sprzedaż krótka kontraktów na indeks w ramach działań „portfolio insurance” ponad dwukrotnie przekroczy ilość otwartych pozycji, co spowoduje zawał rynku, i tak rzeczywiście się stało (przed tym samym w tym czasie ostrzegał Wall Street Journal). A przy okazji Jones robi wiele nawiązań do podobieństw z przeszłości – spadku rynku sprzed roku oraz krachu z 1929 roku. Nieco przesadził z potencjalnym zasięgiem spadków i długością ich trwania, ale trzeba to potraktować z dużą rezerwą. Przepowiadanie w tym biznesie to jedynie show-biznes a niekoniecznie realne narzędzie inwestycyjne.

W internecie dostępny jest „kultowy” dokumentalny film o Paulu Tudorze Jonesie i jego tradingu, nakręcony jeszcze chwilę przed krachem, ale z wieloma do niego nawiązaniami:

—> link

Można również obejrzeć krótki wywiad z nim podczas samego krachu:

—> link

Te dwie biografie to jedne z wielu opowieści inwestorów, jakie można znaleźć na ten temat w podręcznikach (szczególnie w serii wywiadów Jacka Schwagera z Wizardami). Najczęściej są to albo narracje pozytywne (przeżyłem, zarobiłem), a jeśli negatywne to z optymistycznym morałem (straciłem, ale ile się nauczyłem). Niestety nie opowiadają one prawdziwej historii tradingu w czasach naznaczonych znaczącym ryzykiem (klasyfikuje się ów krach jako „Czarny Łabędź”, choć może bliżej mu do „Szarego Łabędzia” skoro byli tacy, którzy się tego spodziewali). Z wielu powodów, ale wymienię 3 istotne, składające się w pewien logiczny ciąg:

1. Te wywiady i historie nie pokazują prawdziwych statystyk.

Wiemy tylko o wybitnych inwestorach, lub tych, którzy potrafili pokonać spory zjazd kapitału. Nie wiemy za to o tych drobnych traderach lub nawet celebrytach, których krach wyrzucił z biznesu. A w przypadku tych, którzy wygrali, nie znamy pełnej historii analiz, decyzji i zarządzania ryzykiem w tamtym czasie, stąd nasza wiedza niewiele się przez to ubogaca.  

2. Losowość.

Nie da się tego oszacować, ale wielu z tych, którzy zarobili, mogło znaleźć się pod dobrej stronie zupełnie przypadkiem, tak samo jak ci, którzy polegli, mogli nie zawinić, ale stać się ofiarą przypadku – na przykład niemożliwości złożenia zlecenia, niezrealizowanego stop-lossa, realizacji zlecenia po fatalnej cenie, braku możliwości kontaktu brokera z giełdą, niemożliwości natychmiastowego uzupełnienia depozytu, itd. itp., a więc czegoś, co niekoniecznie łączy się z umiejętnościami. Losowość przejawia się również w rozkładach stratnych i zyskownych transakcji każdej strategii.

3. Słuchanie prognoz i sygnałów/rekomendacji analityków (a także swoich własnych) podlega tzw. silent evidence (ciche dowody).

Nagłaśniamy i nobilitujemy te sytuacje, które stały wówczas za sukcesem, ale jesteśmy ślepi na całość statystyk tego rodzaju. Jak wiemy trafność decyzji inwestycyjnych może się wahać od 30 kilku do powiedzmy nawet 80%, ale nigdy nie sięga to 100%. Jednemu akurat ten najważniejszy sygnał mógł wówczas się pojawić, chociaż zwykle ma 50% trafności, innemu dopiero pojawił się po tej krwawej sesji, choć jego trafność jest dużo wyższa. Z tego też powodu Prechter trafił, ale potem zupełnie mu nie szło. Jones trafiał częściej, ale i jemu zdarzały się grube pomyłki, z którymi na szczęście potrafił sobie poradzić. Na podstawie jednego zdarzenia nie można wyciągnąć wniosku o całej historii. Z jednej głośnej prognozy nie można wysnuć prawidłowej logicznie przesłanki o rzeczywistym stanie rynku, nastrojów i przyczynach krachu w czasie, gdy powstała.

Świetnym przykładem może być kryzys hipoteczny z lat 2007-2009. Dziś wiemy, że byli tacy, którzy nie tylko ostrzegali, ale i zarobili na nim (książka i film „Big Short” Lewisa). Ale kto ich wtedy słuchał? I ile było wówczas różnych narracji w dziesiątkach rekomendacji analityków niezwiązanych z hipotekami, których słuchaliśmy z większą wiarą, ale tego nie pamiętamy?

Dokładnie to samo przeżywamy teraz. Skąd wiadomo, co będzie gwoździem do trumny byków w kolejnej bessie? Trudno to odgadnąć w wielogłosie dochodzącym z rynku. Ale jak kurz opadnie, media wskażą nam grubymi złotymi zgłoskami tego, którego należało dzisiaj słuchać.

—kat—-

[Głosów:4    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *