W którym miejscu bym był, gdybym w 1993 roku…

…musiał zdać test adekwatności.

Moje doświadczenie na rynku było zerowe. Jak wiele osób w tamtym momencie chciałem uczestniczyć w hossie. Mówiło się o niej wszędzie, inwestował może nie każdy, ale na pewno znało się ludzi, którzy kupowali akcje i …oczywiście zarabiali.

I jak wiele osób wówczas, ze swoimi (za chwilę wyjaśnię) marnymi oszczędnościami spróbowałem własnych sił. Oczywiście na początku nie rzuciłem się na głęboką wodę. W końcu nie miałem pojęcia o akcjach. Ale od czego jest rynek funduszy powierniczych. A dokładnie – jednego dostępnego wówczas funduszu, którym był Pioneer Zrównoważony.

Najpierw zlikwidowałem książeczkę oszczędnościową. Ponieważ za likwidację lokaty przed terminem groziła utrata odsetek oraz jakaś dodatkowa kara policzyłem sobie czy ta zmiana ma sens. Inflacja była wówczas na poziomie 40 procent, lokaty półroczne i roczne prawdopodobnie oprocentowanej były wyżej. Nie wiem, kiedy podjąłem decyzję o zerwaniu lokaty, myślę, że była to połowa roku.

To nie były moje oszczędności. To były NASZE pieniądze ze ślubu. Niewielkie prawdę mówiąc, ale były. Marzenia też były wielkie. Polska się zmieniała.

Proszę sobie wyobrazić tamten moment. Trzeba zrezygnować z odsetek (40 procent) na rzecz zysku. Od początku roku do czerwca jednostka funduszu wzrosła ponad 70 procent. Dziś bym napisał „na rzecz niepewnego zysku”, ale w tamtym czasie liczyło się tylko to, że WSZYSTKO rośnie i to są łatwe pieniądze.

Proszę zwrócić uwagę: młody człowiek, na początku drogi życiowej, bez doświadczenia zawodowego, bez najmniejszej nawet wiedzy o rynku, humanista (czyli kuleje matma), nie mający pojęcia czym jest ryzyko, nie odróżniający od siebie akcji od obligacji bierze wspólne małżeńskie oszczędności i pakuje je w fundusz.

Nie był to wzór rozsądku. Dziś rzetelny – takiego jak sobie wyobrażają urzędnicy – pracownik banku odesłałby mnie z powrotem do okienka z lokatami. Wtedy byłem jednym z tysięcy podekscytowanych możliwościami. Podobnie jak dziś młodzi ekscytują się Bitcoinem, który również nie wymaga zdawania jakichkolwiek testów weryfikujących cokolwiek.

Moja decyzja to musiał być początek czerwca 1993 roku. Bo w bardzo krótkim czasie po przeniesieniu lokaty w fundusz rynek zanurkował. Wartość jednostki z ponad 20 złotych spadła do 18,7. To zaledwie około 7 procent, ale wtedy był to umiarkowany szok. To był pierwszy TAK WIELKI spadek od początku roku.

Pamięć ludzka jest ułomna, patrzę więc na historyczne notowania funduszu i zastanawiam się, czy nie był to koniec sierpnia – wówczas też nastąpiła korekta, która trwała znacznie dłużej, bo AŻ miesiąc. Wiem, że dłużyło mi się to czekanie na odrobienie strat i podjąłem kolejną decyzję. Trzeba zrezygnować z funduszu – w końcu przecież nie ma nic łatwiejszego, jak otworzyć rachunek w biurze maklerskim i SAMEMU inwestować w akcje. Widać zarządzający nie potrafią wybrać, tych które rosną. A przecież jest to w zasadzie dość proste.

Już od jakiegoś czasu rysowałem na papierze milimetrowym codzienne notowania, kilku wybranych spółek (z niewiele większej liczy notowanych). Otwarcie rachunku nie było proste. Biura maklerskie wymagały w dużej części pierwszej wpłaty w wysokości przewyższającej nasze oszczędności. Był to więc swego rodzaju test odpowiedniości. Byłem nieodpowiedni. Ale oczywiście były też domy maklerskie, w których limit pierwszej wpłaty był symboliczny. Tam były też największe kolejki. Kłębiący się marzyciele w wąskim korytarzyku rozpoczynali przygodę z rynkiem.

Dochodzą do mnie od czasu do czasu strzępy rozmów, w jaki sposób przeprowadzane są testy w bankach i instytucjach finansowych. W dużym uproszczeniu – do skutku. Aż klient będzie odpowiedni i adekwatny. Niektórzy przychodzą z „kluczem” do rozwiązywania. Niemal wszyscy zastanawiają się, że chyba nie taki miał być sens i cel.

A czytając wczorajszą notkę Trystero Czy rynek bierze pod uwagę nasze doświadczenia?, w której autor przytacza sposób prowadzenia rozmów z potencjalnymi klientami przez doradców finansowych przyszło mi do głowy, że wszelkie testy kwalifikujące ludzi do marzeń inwestycji, nie powinny być tworzone przez biurokratów tylko psychologów behawioralnych.

Należałoby oceniać nie wiedzę ludzi o akcjach, obligacjach i to czy w ogóle rozumieją zdania w rodzaju „maksymalizacja  zysków,  przy  akceptacji  znacznych  wahań  inwestycji  w  trakcie  jej trwania”, tylko uświadomić, że każdy z nas jest irracjonalny, że decyzje podejmowane pod wpływem stresu mogą owocować uczuciem głębokiego żalu i frustracji, że nieuzasadniona euforia z szybkich zysków może szybko zakończyć się depresją po gwałtownej stracie. A przede wszystkim niemal na każdym kroku powtarzać – inwestujesz na własne RYZYKO. Czy wiesz, że możesz stracić pieniądze?

Czy wiesz, że prawdopodobnie będziesz szukał winnych swoich strat wszędzie, ale nie w sobie? Czy masz świadomość tego, że na rynkach zdarzają się sytuacje, o których nie śniło się nawet analitykom? I wiele innych tego rodzaju. Oczywiście ludzie nie nauczyli by się dzięki temu inwestować, ale może ich świadomość własnych emocji by wzrosła.

Ostatecznie przecież jeśli ludzie chcą stracić pieniądze to i tak je stracą. W taki czy inny sposób. Co pokazują choćby ostatnie doniesienia Pulsu Biznesu. Pytanie, czy na takim doświadczeniu czegoś się nauczą.

[Głosów:14    Średnia:4.5/5]

5 Komentarzy

  1. Marcin

    Jedno mnie zastanawia. Jak się udało Panu przekonać żonę? 🙂

    1. Gzalewski

      Byliśmy bardzo młodym małżeństwem. Wiec jedyna odpowiedzia jest miłość 😉

  2. JL

    "(…) wszelkie testy kwalifikujące ludzi do marzeń inwestycji, nie powinny być tworzone przez biurokratów tylko psychologów behawioralnych."
    I nie tylko tam. Przykładowo Obama na stanowisku administratora Biura Inofrmacji i Uregulowań mianował Cass'a Sustein'a, który to z kolei blisko współpracowal z Thaler'em…
    Wątpie by u nas szybko takie rzeczy miały miejsce, bo póki co w Polsce mamy elementarny problem z egzekwowaniem prawa przede wszystkim. Na przykład banki, działające pod nadzorem robią masowe wały, i prawie wszystko jest OK (poza przypadkami tych co w sądzie na własną rękę udowodnią, że nie są jednak wielbłądami). Założenie przez Państwo, że wszyscy są homo economicus jest wygodniejsze.

  3. GZalewski

    " Założenie przez Państwo, że wszyscy są homo economicus jest wygodniejsze."
    Nie sądzę, żeby u nas ktokolwiek robił jakieś założenia.
    Większość rzeczy (zwłaszcza z poziomu rządu) działa tak, jak opisywał Marcin Wicha (architekt) wyjaśniając cudowny dobór kolorów w naszej przestrzeni miejskiej. Otóż dyrektor w spółdzielni ma pomalować bloki. Zamiast zatrudnić kogoś zleca wybór koloru pani księgowej – w końcu jest kobietą, zna się na kolorach. Później przefiltruje to przez budżet i wynik jest jaki jest.

  4. robert

    zanim ktokolwiek myslał o finansach behawioralnych Franciszek La Rochefoucald trzeżwo zauważył, ze kazdy zadowolony jest ze swego rozumu, nikt ze swej fortuny albo łatwiej znieść śmierć ojca niz utratę ojcowizny:))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *