ETF: Między nasyceniem i głodem

Stali czytelnicy naszych blogów mieli już okazję przyjąć do wiadomości naszą – generalnie – pozytywną postawę wobec ETF-ów. Przez lata pokazywaliśmy tutaj optymistyczne trendy dla tego segmentu inwestycyjnego krajobrazu, a nie brakowało też notek zachwalających ETF dla inwestorów chętnych do szukania miejsca dla swoich inwestycji przy małej wiedzy o rynku. Sektor dojrzał i czas na kolejne spojrzenie w przyszłość.

Na początek warto odnotować kilka tez z dodatku do Financial Times z 6 lutego. Perspektywy dla rynku ETF pozostają czytelne. Kapitał płynie z funduszy aktywnie zarządzanych w stronę funduszy pasywnych. Całość stabilizuje się już na tyle, iż działania dają się kodować w pewne modele zachowań i najwięksi gracze są o krok od uruchomienia kolejnej zmiany – oferowania masowo usług zarządzania ETF-ami przez tzw. robo-advisors (ciekawe, jakie tłumaczenie przyjmie się w Polsce – robo-doradcy czy może automaty zarządzające?). Nie byłoby to możliwe, gdyby nie kolejna zmiana – wzrost popularności ETF dedykowanych rynkowi długu. Ucieczka od funduszy aktywnie zarządzanych na rynkach akcji jest znanym trendem, ale płynięcie kapitału w stronę ETF-ów dedykowanych obligacjom dopiero teraz spowodowało, iż fundusze indeksowe mają ponad 20 procent udziału w rynku długu.

Financial Times odnotowuje, iż Europa jest ciągle daleko w tyle za rynkiem ETF-ów w USA. Z punktu widzenia wielkości kapitałów pod zarządzaniem rynek ETF-ów amerykańskich jest pięciokrotnie większy niż europejski. Genezą zapóźnienia są rozproszenie notowań po wielu giełdach, które utrudnia operowanie i model oszczędzania na emeryturę. Generalnie w USA konsumenci sami zarządzają swoimi pieniędzmi – oczywiście za pomocą branży doradczej – a w Europie to państwa mają główny udział w zarządzaniu kapitałami emerytalnymi. W efekcie rozwojem ETF-ów są bardziej zainteresowani gracze instytucjonalni, a nie detaliczni. Nie ma więc przypadku w tym, iż na GPW nie ma właściwie żadnego funduszu indeksowego, który można polecić z czystym sumieniem jako koszyk godny przyszłego emeryta, a ciągle mamy jakieś kadłubki funduszy emerytalnych.

Zasadnym wydaje się zatem oczekiwanie, iż Europa będzie goniła za trendem w USA, ale można postawić pytanie, czy pociąg nie odjechał już zbyt daleko. Magazyn Barron’s opublikował właśnie tekst, w którym odnotowuje nowość na rynku funduszy – próbę szacowania szans upadku. W istocie na rynku są już doradcy, którzy specjalizują się w analizowaniu ETF-ów, które są na ścieżce do wygaszenia. Przykładem jest ostrzegawcza lista ETF Deathwatch, która nie tylko liczy ETF zamknięte – w zeszłym roku z rynku zniknęło ponad 100 funduszy indeksowych – ale też prowadzi listę funduszy zagrożonych zniknięciem z rynku. W styczniu na liście było niemalże 500 funduszy, które mogą być pułapką na kapitał. Barron’s odnotowuje, iż ryzyka w przypadku porażki funduszu typu ETF są dwa – koszty likwidacji, o których się nie myśli zwykle przy tego typu inwestycjach – i ryzyko delisting’u czyli wycofania z publicznego obrotu.

Wnioski narzucają się same. Rosnący rynek pasywnego inwestowania i nadchodząca automatyzacja będą nagradzały dużych i obecnych już na rynku graczy. Blackrock, Vanguard, Street State, Deutsche Bank i Invesco dalej będą dzieliły pomiędzy siebie rosnący tort kapitału w funduszach indeksowych walcząc niskimi kosztami, tanim, zautomatyzowanym doradztwem i zniechęcając mniejszych graczy, którym zostaną tylko pomysły łączenia pasywnego z aktywnym, etf-y typowo spekulacyjne, jak grające na spadki, czy lewarowane. Pozostaje się tylko cieszyć – i mieć nadzieję – iż globalny przepływ kapitału nie zostanie zachwiany i siedząc na peryferiach inwestycyjnego świata będziemy mogli brać udział w tej grze szukając swojej szansy w taniej ekspozycji na największe rynki świata, która odizoluje nas od ryzyk wpisanych w przymus obecności na rynku wiecznie wschodzącym.

[Głosów:9    Średnia:3.7/5]

4 Komentarzy

  1. Tommip

    Warto też dodać jaki to ma skutek.Przy aktualnych tendencjach również większość aktywnych graczy porzuca granie na rzecz ETF.Cała ta hossa pokazała że sens ma tylko utrzymywanie pozycji a nie zarządzanie nią.Do tego mikro zmienność ( 83 sesje pod rząd gdy sp500 nie zmienił się wiecej niż 1 % w ciagu sesji !) powoduje totalna erozje graczy.Ta hossa … po prostu zabija rynek.Brzmi śmiesznie ale taki jest skutek.Większośc indywidualnych graczy po prostu kupiła ETF i wycofała sie z gry na rynku terminowym.Skutek – praktycznie zanik wielu rynkow terminowych gdzie obroty spadają o 40 i więcej procent…Ileż to już biur maklerskich na świecie upadło albo połączyło się z innymi…To chyba pierwszy przypadek gdy hossa rujnuje branżę 😀

  2. pit

    Klasyk rzecze: JAk obroty spadaja w czasie wzrostów to jest niedźwiedzi wolumen 🙂

    1. Tommip

      Absolutnie zgoda ale… własnie ale.Od lat ta teoria sie nie sprawdza – wiekszosc spadkow jest na duzym obrocie a wzrosty na mikroskopijnym- ale za to upartym.Pisze przez pryzmat rynkow zagranicznych – wiele z nich totalnie upadlo jak mexyk czy spain,CME i Eurex (plus ostatnio JPX) wyssało całą płynność.Nawet SGX już notuje mocne spadki obrotu (40 % dla A50).A indeksy … ciagle w górę.Stąd moja opinia – to co sie dzieje totalnie przeczy temu co wiemy z histori – hossa ZABIJA rynki :).A żeby byc dokladniejszym – zabija aktywnosc.

      1. _dorota

        Nie może się "nie sprawdzać" coś, co opisuje po prostu mechanikę rynku, jak prawo grawitacji.
        Wolumen pokazuje, czy pieniądze są angażowane, czy nie, i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *