Na rynkach trwa festiwal interpretacji zachowań poszczególnych segmentów w kontekście nachodzącej zmiany politycznej w USA. Obligacje będą miały się tak, waluty inaczej, a poszczególne akcje jeszcze inaczej. Poziom szczegółu, jakiego sięgają niektórzy interpretatorzy sięga farsy. Dlatego zadajmy sobie pytanie, czy naprawdę ma to jakiś sens?

Zanim skupimy się na historii muszę jednak zacząć od prostej deklaracji. Nie mam żadnych sympatii na polskim rynku politycznym, więc tym bardziej nie mam na rynku politycznym w USA. Nie analizuję szczególnie głęboko myśli ekonomicznej potencjalnych kandydatów do władzy, bo zwykle są to ludzie o niskiej wiedzy na temat tego, jak działa makroekonomia, a większość ma tendencje do metaforyzacji treści znanych im z własnego doświadczenia na skalę całej gospodarki. Każdy student ekonomii wie jednak, iż mikroekonomia i makroekonomia to nieco oddzielne dziedziny wiedzy i łatwość przechodzenia z wnioskami i liczbami z jednego pułapu na drugi jest dana głównie uskrzydlonym ignorantom.

Dobrym przykładem łatwości rzucania liczbami bez związku z rzeczywistością – jeszcze raz podkreślę nie mam żadnego stosunku do wyniku wyborów w USA – była dyskusja wokół zbudowania wielkiego, betonowego muru na granicy z Meksykiem. Ekonomiści policzyli, iż Trump nie ma zielonego pojęcia o kosztach takiej budowy mimo tego, iż prezentuje się jako specjalista od… budowy takich konstrukcji. Odnotujcie Państwo, iż Trump mówił, iż Meksyk zapłaci za ten mur, ale jak ładnie odnotował The Economist, zrobienie tego w zgodzie ze sztuką gospodarowania – minimalizacji kosztów tam, gdzie się da bez szkody do wyniku – największym beneficjentem takiego projektu byłaby meksykańska spółka Cemex. Takich przykładów jest cała masa, więc słuchanie polityków w kontekście gospodarki i wpływu na jej działanie zostawmy kibicom politycznym, którzy nie wstydzą się analizować absurdów.

Jeśli spojrzeć na przeszłość rynku amerykańskiego, to generalnie lepiej miał się pod rządami Demokratów niż Republikanów. Dotyczy to w równym stopniu zmiany samych indeksów, jak i rentowności spółek, których historyczne zyski lepiej prezentują się pod rządami Demokratów. Czy ma to jednak jakieś znaczenie na przyszłość? Nie ma. Oczywiście politycy będą mówili, iż poprawimy i naprawimy, a przeciwnicy pogorszą i zepsują, ale wyniki gospodarcze w trakcie kadencji w drobnym stopniu zależą od tego, co zrobią. Zmiany są możliwe w momentach jakiegoś przełomu, ale dziś na żaden przełom się nie zanosi. Każdego polityka obejmującego władzę ograniczają okoliczności i moment cyklu gospodarczego. Ich sukcesy zależą od koniunktury i wydarzeń, których nie można przewidzieć.

Bush Jr. wszedł do Białego Domu jako miłośnik rynkowych rozwiązań, a wyszedł  jako gość, który znacjonalizował sporą część gospodarki B. Obama miał być wrogiem Wall Street i wielkich banków, a pod jego rządami sektor wrócił do dawnej siły, bo rząd został zmuszony do postawienia akcentu na wzrost gospodarczy, a nie ograniczenie roli banków.. Pierwszy doszedł do władzy, kiedy główna część kryzysu po bańce internetowej dobiegła końca, a finiszował w czasie, kiedy świat stanął na granicy upadku. Bush nie miał większego wpływu na to, jak gospodarka odbudowywała się po bańce internetowej i zerowy na to, co stało się w 2008 roku. Drugi znalazł się w fotelu prezydenta właściwie na dołku kryzysu 2008-2009 roku i mimo antyrynkowej twarzy zostanie zapamiętany jako jeden z najlepszych prezydentów dla rynków akcji. Tylko dwie ostatnie prezydentury zmuszają do ostrożności w prognozach ma przyszłość, a przeszłość zmusza do… milczenia.

W istocie nadzieje związane z Trumpem wydają mi się troszkę przesadzone. Z punktu widzenia cyklu gospodarczego Trump staje do gry w ciekawym punkcie. Bezrobocie w USA jest niskie. Inflacja ożywiona, choć daleko jej do stabilności. Generalnie gospodarka amerykańska – z punktu widzenia wskaźników – jawi się raczej bliżej końca cyklu gospodarczego niż początku nowego ożywienia, ale też ożywienie po kryzysie 2008 roku nie było jakoś szczególnie imponujące i część ekonomistów sądzi, że ciągle żyjemy w pokryzysysowej rzeczywistości czekając na kolejny boom gospodarczy. Naprawdę gospodarki, poza sytuacjami skrajnie kryzysowymi, rządzą się lepiej lub gorzej niezależnie od tego, co robią w niej politycy. Efekty działań polityków są odłożone w czasie i tak samo będzie w przypadku prezydenta Trumpa, który wzbudza emocje obejmując miejsce o skromnym wpływie na zachowanie giełd.

[Głosów:10    Średnia:4.6/5]

4 Komentarzy

  1. GZalewski

    wielu komentatorów zagubiło się po reakcji rynków, ale oczywiście już niemal każdy jest w stanie znaleźć logiczne uzasadnienia.

  2. _dorota

    W ostatnim akapicie: "Inflacja ożywiona, choć daleko jej do stabilności.". Czy mogłabym dosłownie jedno zdanie wyjaśnienia poprosić, nie rozumiem tego.

  3. Adam Stańczak

    Ostatnie lata były walką o powrót inflacji i zwalczaniem deflacji. Fed ożywił wzrost cen, ale nie ma przekonania, że może podnieść stopy procentowe bez ryzyka zgaszenia wzrostu cen. Inflacji daleko do trendu – są jakieś wskazówki, że ceny rosną i mogą rosnąc w przyszłości, ale nie można jeszcze mówić o trendzie czy stabilizacji w pobliżu celu inflacyjnego. Na tym polega dzisiejsza pułapka, w jakiej znalazła się Rezerwa Federalna. Jak podniosą stopy procentowe za wcześnie, to mogą zgasić inflację, o powrót której walczyli przez lata i powtórzą błędy Fed z lat 30 XX wieku i EBC sprzed kilku lat. Jak prześpią, to później będą musieli gonić z podwyżkami i wprowadzą radykalną zmianę w gospodarce grożącą kolejną recesją.

  4. marek

    ale sugestia ,ze za pomocą stopy procentowej można skutecznie odziaływac na koszyk towarów jest wątpliwa nawet M Friedman chyba w to nie wierzył:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *