Systemy jednodniowe – rewizyta 4

Kolejna kwestia poruszona w dyskusjach pod ostatnimi wpisami o systemach transakcyjnych – emocje.

Żeby wprowadzić w nastrój powołam się na wypowiedź Jana Łasicy:

„Wciąż uważam, że trading, nawet całkowicie mechaniczny, zupełnie pozbawiony emocji jest niemożliwy. Tak zresztą odczytuję sens cyklu p. Tomasza na temat radzenia sobie ze stratami. Pewnie wymagałoby to specyficznej konstrukcji psychicznej grającego.

[…]

Nie rozumiem więc bezwarunkowego optymizmu który stoi za twoim spokojem i wiarą w jednokierunkowe działanie procentu składanego. Dodatnia wartość oczekiwana nie jest dana raz na zawsze, skoro robimy w materii której znaczna część to szum i losowość.”

W zasadzie emocje towarzyszą człowiekowi we wszystkich działaniach, nawet jeśli sobie nie zdaje z nich sprawy. Oczywiście jeśli jest całkowicie zdrowy, mamy bowiem cały katalog chorób powodujących zaburzenia w odczuwaniu, odczytywaniu czy ujawnianiu emocji, co utrudnia podejmowanie właściwych decyzji, kontakt z otoczeniem, codzienne życie. Trading każdego rodzaju nie jest wyjątkiem, podszywają go na trwale emocje (to zresztą ułatwia trening intuicji i podejmowanie decyzji), nie rozkładają się one jednak tak samo w każdego rodzaju podejściu.

To oczywisty mit, że systemy transakcyjne pozwalają na nieemocjonalne działanie na rynku, tę cechę można przypisać jedynie robotom. Ponieważ w życiu przeszedłem dość dogłębny trening w każdego rodzaju tradingu, sam miałem okazję poczuć i porównać różnice. Najważniejsza z nich objawia się na poziomie decyzyjnym – o zajęciu i opuszczeniu pozycji. Systemy mechaniczne pozwalają odciążyć oba systemy myślowe człowieka – analityczny (racjonalny, logiczny, oparty na najmłodszej ewolucyjnie powłoce myślowej mózgu) i intuicyjny (emocjonalny, czuciowy, posługujący się skrótami – tzw.heurystykami), oszczędzają więc czas, energię, zasoby i nie narażają użytkownika na każdorazowe dylematy, zawahania, lęki, na pomyłki, na brak informacji i przede wszystkim na właśnie emocjonalne pułapki. Dzięki temu znacznie zostają zredukowane dziesiątki poznawczych i emocjonalnych błędów, efektów i skrzywień, które skrzętnie opisuje ekonomia behawioralna. Składanie ręczne zleceń przez gracza systemowego nie zwalnia wprawdzie z odczuwania emocji, nie mają jednak one wpływu na jakość decyzji, o ile oczywiście zachowuje dyscyplinę. Kiedy zlecenia takie składa się po raz tysięczny, emocje ulegają znacznemu zredukowaniu, to akurat jest pozytywna strona rutyny.

Mamy do tego cały szereg identycznych emocji w każdego rodzaju tradingu – związanych ze stratami i zyskami – i nie ma tu już zwolnień dla graczy systemowych.

Po raz kolejny w emocjach siłą rzeczy różnimy się teoretycznie na etapie budowania własnych strategii gry, choć nie tak bardzo jak komuś mogłoby się wydawać. Gracz intuicyjny również przechodzi cały szereg emocjonalnych wzlotów i upadków próbując wykreować swój styl decyzyjno-analityczny, szczególnie gdy ten co jakiś czas okazuje się zawodny. Nie inaczej jest podczas budowania systemów.

W czym tkwi siła graczy intuicyjnych? W przekonaniu, że analizując wiadomości, raporty, wykresy, gwiazdy, zachowania innych czy swoje myśli, znajdzie sposób na zyski przy pomocy swoich umiejętności, wiedzy, sprytu czy po prostu instynktu. Odrzuca zwykle losowość jako nieistniejącą. Łatwo jednak owe przekonania ulegają załamaniu z powodu strat, których źródła upatruje się albo właśnie w emocjach albo w niedostatecznych umiejętnościach. Zwykle jednak właściwych powodów nie potrafi ów przegrany znaleźć, to wcale nie jest takie proste.

Siła graczy systemowych, wśród których są również byli gracze intuicyjni, tkwi natomiast w tym samym miejscu gdzie ich słabość. Chodzi o przekonanie, że w rynkach tkwią powtarzalne prawidłowości, które trzeba wykryć i w sposób systematyczny wykorzystać. To prawda, istnieją, jednak losowość i niestacjonarny charakter rynków często je zaburzają, serwując nieco iluzji i złudzeń. Największe więc emocjonalne wzloty i upadki lokują się w samych myślach, ocenach i przekonaniach o systemach i ich działaniu. Nie na darmo w związku z tym największym demonem jawi się optymalizacja. Tylko że bez niej nie da się dojść do systemowego raju. Problem w tym, że zbyt często wykrywa ona zależności, które się już nie powtarzają w podobnej skali albo nie powtarzają wcale, testy więc wykryły tylko przypadkową zbieżność w historii.

Żeby zminimalizować szansę dopasowania kodu do danych z przeszłości używa się całego arsenału statystycznych narzędzi typu stres-testy, szacowanie poziomów istotności, walk forward tests, Monte Carlo itd. itp. Tak naprawdę narzędzia te w głównej mierze budują większe zaufanie użytkownika do systemu, ale niekoniecznie audytują rzeczywistą tego systemu skuteczność i stabilność. Nawet bowiem jeśli uda się wykryć realnie istniejące w danych historycznych zależności, które się powtarzają, nie ma żadnej gwarancji, że nadal uda się je skutecznie wykorzystać, rynek bowiem ulec może znacznej zmianie w swej cykliczności, dynamice, zmienności.

Zabiegi z użyciem próbki danych do budowy systemu (in-sample) i osobnych danych do weryfikacji kodu (out-of-sample), kończą się w wielu przypadkach błędem tzw. „burning data” czyli „spaleniem danych”. Na czym to polega? Jeśli system nie działa na danych weryfikacyjnych (out-of-sample), zmienia się parametry w kodzie tak długo, aż zadziała. W istocie więc następuje dopasowanie do obu szeregu danych. Być może czasem uda się wykryć w ten sposób rzeczywiście istniejącą zależność, częściej jednak nie. Jak temu zapobiec? W profesjonalnych firmach osobny dział zajmuje się tworzeniem algorytmów, osobny ich sprawdzaniem, nie można pojawić się po raz drugi z tym samym kodem, ale przesuniętym lekko parametrem. Na poziomie amatorskim czy półprofesjonalnym ciężko w ten sposób zachować bezstronność, a wszelkie inne dostępne, nawet zaawansowane narzędzia nie gwarantują sukcesu. Pomocą okazuje się za to w pewnym stopniu… intuicja. Stosowanie jak najmniejszej ilości parametrów, proste kody, testowanie w czasie rzeczywistym, setki doświadczeń i obserwacji, wyczucie tych wszystkich interakcji, prowadzą powoli do swego rodzaju umiejętności w wykrywaniu jakości i potencjalnej skuteczności tworzonego systemu. Poniekąd tak właśnie było w przypadku prezentowanych przeze mnie systemów jednodniowych, ale nigdy nie ośmielę się zawyrokować, że sprawdzą się one w przyszłości.

Niedawny mój cykl 11 wpisów na temat radzenia sobie ze stratami dotyczył każdego rodzaju tradingu, nie tylko systemowego, a być może właśnie tego dotyczył jeszcze niezbyt dogłębnie. Ktoś zarzucał mi, że tych wpisów było za dużo. A czy 2 lub 3 byłyby wystarczające? Jeśli tak, to które? I czy na pewno byłoby fair, gdybym nie podzielił się całą swoją wiedzą w tym temacie? To nie w moim stylu. A może wydystylowanie z tych 11 wpisów samych haseł byłoby lepsze? Taki fast-food wiedzy? Modne, bo szybkie, krótkie, nie wymaga poświęcenia czasu i refleksji. Otóż podpowiem:  wiedza typu fast-food w tak trudnych tematach oznacza trading typu fast-food, czyli szybki, krótki i śmieciowy. Zresztą podobnie traktuje się potem życie. Jeśli kogoś zbyt głęboka wiedza męczy, muszę niestety doradzić coś drastycznego, czego na głos nie wypowiem, ale łatwo się domyślić .

Ciąg dalszy komentarza do naszych dyskusji nastąpi.

—kat—

[Głosów:5    Średnia:3.4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *