Czy straty da się lubić? Część 5

Wprowadzeniem do tematu będzie studium pewnego przypadku.

Otwierasz pozycję kupując indeks WIG20 (za pomocą dowolnego instrumentu- np. kontraktu terminowego albo CFD). Chwilę potem rynek zaczyna się gwałtownie osuwać, generując straty na twoim rachunku. Nazywają się „papierowe”, ale w rzeczywistości są realne, ponieważ system rozliczeniowy odpisuje je z twojego rachunku.

Tak naprawdę formę „papierową” przyjmują one jedynie na giełdowym rynku akcji, nie zmienia się tam bowiem stan gotówki i ilość papierów na rachunku przy spadku kursów, co daje pewnego rodzaju ubezpieczenie i amortyzację. Ale nasze mózgi wcale tego tak nie odbierają. Księgują one stratę jak gdyby była realna i generują w ten sposób ból emocjonalny. Byłby on być może mniejszy gdyby w komórkach mózgu kodować, że nadal mamy tyle samo akcji i pieniędzy na rachunku ile w momencie kupna. Jeśli to inwestycja długoterminowa, to ciągłe wyliczanie strat jest kompletnie bezcelowe i generuje jedynie nieustanny stres. To dlatego zaleca się zapomnienie o posiadaniu akcji. Ciągłe sprawdzanie kursów bieżących, obserwacja niemal każdego tiku, jest jedynie wbijaniem sobie gwoździa w komórki nerwowe, samosabotażem i destrukcją własnego poczucia wartości, i nie ma w zasadzie żadnego znaczenia dla wartości rachunku. Z tego się wyrasta albo staje się … daytraderem!

Wracając jednak do początku, czyli krwawiącego rachunku z instrumentem na indeks WIG20. Spójrzmy i oceńmy różne reakcje:

@ Zamykasz ręcznie pozycję na poziomie wcześniej wyznaczonym albo stop-loss realizuje się sam (wystawiony dużo wcześniej).  

Prawdopodobnie jesteś systemowym lub systematycznym traderem (czyli grasz za pomocą mechanicznego systemu transakcyjnego lub na bazie kompletnej, w miarę obiektywnej strategii na bieżąco wyliczanej, np. technicznej). Znasz wartość i znaczenie tego procesu, wiesz, że straty są jego częścią, rozumiesz, że wliczają się one do całości przewagi nad rynkiem, nie szukasz usprawiedliwień do swojego posunięcia, ani nie zgadujesz czy rynek ma rację. W kolejce czekają setki kolejnych transakcji.

Nie jest jednak prawdą, że systemy mechaniczne odciążają emocjonalnie. Jeśli już to tylko na poziomie decyzyjnym o wejściu/wyjściu. Na poziomie straty w pojedynczej transakcji jest zawsze w tle małe rozczarowanie, ale jeśli ono zaczyna boleć należałoby porozmawiać ze sobą o przyczynie tej męki i swojej roli w tej finansowej machinie. Możliwe, że to po prostu wielkości pozycji są zbyt duże. Albo dźwigamy ze sobą bagaż ze świata spoza giełdowego, który nie ma nic do wyników transakcji.

Z dużą pewnością problemem emocjonalnym staje się znaczące obsunięcie w szeregu transakcji. Podejrzenie zawsze pada jako pierwsze na jakość dysponowanej przewagi, na funkcjonalność systemu. To wzbudza kreatywność i dopinguje do poszukiwań słabych punktów systemu/strategii i sposobów ich udoskonalenia, co prowadzi do poczucia większej kontroli, a co za tym idzie pewności siebie. Jednak najlepszym amortyzatorem jest zaangażowanie więcej systemów/strategii jednocześnie lub jednego, ale na wielu rynkach. Natomiast ignorowanie własnych sygnałów wejścia/wyjścia oznacza konieczność zmiany systemu/strategii lub całości podejścia do tradingu (np. na hybrydowy – częściowo intuicyjny), dla strat nie ma bowiem w tym wypadku usprawiedliwień, trzeba po męsku przyjąć je na klatę i przypominać sobie o tym później wielokrotnie.

@ Trzymasz nadal otwartą, krwawiącą pozycję.

W takim razie:

(I) Być może jesteś inwestorem/traderem stawiającym na Analizę fundamentalną jako podstawę decyzyjną. Jeśli jesteś przekonany, że nie zaszły zmiany w wycenie wartości rynku, jedynie w samej cenie, to nie masz podstaw do wewnętrznego konania. To jedynie impuls cenowy a nie zmiana w fundamentach rynku.  Dobrze jeśli przygotujesz jakieś zaskórniaki na tego rodzaju okazje inwestycyjne, mocne korekty to podarunek od rynku. Dobre rady o nie uśrednianiu pozycji nie dotyczą ciebie.

(II) Być może jesteś inwestorem/traderem intuicyjnym.

Zawsze przygniata cię ten sam dylemat: czy uciąć stratę czy konać w agonii nad każdym tikiem pokonywanym przez rynek przeciwko pozycji. Oba wyjścia napawają Cię lękiem przed emocjonalnym bólem, któremu towarzyszy żal. Ze stopami jest dokładnie jak z dietą – każdy wie jak ją stosować, w jaki sposób przynosi korzyści, mało kto posiada tyle pokładów emocjonalnej inteligencji by zdyscyplinowanie się do niej stosować.

Z przyjemnością oddałbyś podjęcie decyzji w ręce kogoś innego. Póki co postanawiasz zostać ze stratą na dłużej i poszukujesz opinii i analiz, które wesprą taki wybór. W pewnym momencie wrażliwość na pogłębianie się strat o dziwo przechodzi. Psychologowie znaleźli na to wytłumaczenie w szeregu eksperymentów. Otóż tzw. efekt dyspozycji (wypływający z Teorii Perspektywy) powoduje, że mamy większą skłonność do ryzyka w obliczu straty, przy czym skłonność ta nierównomiernie rozkłada się w czasie. Ból rośnie bowiem gwałtownie w pierwszym okresie powstawania straty, ale pogłębianie się jej nie powoduje już proporcjonalnych do niej przyrostów owego cierpienia. Dlatego po pierwszej fali tej męki zaczyna nam być wszystko jedno, przespanie więc tego początkowego okresu zaczyna nas znieczulać, przestajemy się bronić i dalsze osuwanie niewiele już zmienia w tym zniechęceniu. Oczywiście wszystko ma swój limit, ból wprawdzie już nie przyrasta, ale doskwiera.

Jeśli dręczy cię wybór pomiędzy obiema decyzjami –wyjść lub nie wyjść tam gdzie mniej więcej było planowane – Salomonowa decyzja ma tutaj całkiem dobre zastosowanie: zamknięcie połowy pozycji powoduje, że w najgorszym wypadku stracimy mniej, a w najlepszym pozostałe pół zarobi na stratę.

Jeśli odnajdujesz w tym siebie, ale nie czujesz się pewniej i bardziej przekonana(y), kolejne podpowiedzi wkrótce.

—kat—

[Głosów:6    Średnia:3.3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *