Ucieczka od zatracenia, część 7

Praktycznych sposobów traktowania strat ciąg dalszy.

Kiedy mleko się już rozleje i straty na rachunku stają się faktem bez możliwości odwrotu, należałoby równolegle wcielić w życie 2 programy poradzenia sobie z nimi:

Pierwszy – dotyczy strat ‘per se’ czyli finansowego uszczerbku, który wymagałby naprawy, a więc działań prowadzących do jego zniwelowania; można to oczywiście robić na szereg sposobów niezwiązanych z giełdą i inwestowaniem, ale to wybiega poza zakres tematyczny bloga, pozostaniemy więc w kręgu tych giełdowych.

Drugi – wymaga „leczenia duszy” czyli przerobienia strat w sobie, jak najmniej bolesnego przez nich przejścia, stworzenia mechanizmu psychologicznej adaptacji i emocjonalnej ulgi.

Na początek zajmijmy się tym pierwszym.

Przejście do etapu świadomej kompetencji wymaga przede wszystkim stworzenia strategii/planu, przeciągającego przewagę statystyczną (ang. edge) na stronę inwestującego. Straty natomiast w tym kontekście zwykle oznaczają, że:

a/ taka strategia do tej pory nie istniała lub była po prostu nieskuteczna,

b/ strategia działa a obsunięcie kapitału jest jej naturalną, okresową konsekwencją,

c/ zachwiana została percepcja.

Idąc od końca:

 Zachwiana percepcja

Niewykluczone, że ten akurat punkt powinien znaleźć się wśród tych podpowiedzi, które dotyczą mentalnych sposobów radzenia sobie ze stratami, jednak jego związek z samą taktyką i planem działaniem jest na tyle ścisły, że nieodzowne wydaje mi się poruszyć tę kwestię już teraz.

Przywykło się uważać, że trading i do pewnego stopnia inwestowanie oznaczają aktywne działanie na giełdzie, które przynosić powinno zyski bez względu na koniunkturę. Ma to wszystko sens tylko wówczas gdy wyniki przekraczają możliwości wynikające z alternatywnego ulokowania tych środków w bezpieczne lokaty bankowe, czy bony albo obligacje skarbowe, bądź też pasywne strategie typu „kup i trzymaj”. Ponosimy na giełdzie ryzyko, które domaga się za to dodatkowej nagrody/premii ponad stopę zwrotu wolną od ryzyka, a więc profitów wyższych niż z inwestycji w lokaty i rynki pieniężne.

Tych, którzy zamiast ulokowania aktywów w bezpieczne miejsca o mniej więcej znanym z góry dochodzie, podejmują ryzyko na giełdzie,  można podzielić na kilka kategorii. Istnieją bowiem ci, którzy ignorują opisaną wyżej zależność lub nie zdają sobie z niej do końca sprawy; inni robią to dla samego ryzyka czy adrenaliny i dostają inny rodzaj nagrody; część nie zna jeszcze realiów, bądź mylnie je postrzega; jeszcze innych napędza po prostu optymizm i nadzieja; są też i pewni swej wiedzy i zdolności profesjonaliści w aktywnym pomnażaniu pieniędzy; ale nie brakuje również poszukiwaczy wyzwań intelektualnych, testerów swojej wiedzy i umiejętności; jak i wreszcie hochsztaplerzy, którzy karmią niedoświadczonych złudzeniami, licząc raczej na zyski z biznesu okołogiełdowego. Oczekiwania ich wszystkich i realne dokonania obciąża pewien rodzaj wykrzywionej percepcji, o której słów kilka.

Długoterminowe zyski niższe niż z alternatywnych, bardziej bezpiecznych źródeł, jak i oczywiście straty, powinny skłonić do porzucenia aktywnego inwestowania, a potem przeniesienia środków w obligacje/lokaty albo zachęcić do pasywnego podejścia (indeksowania rynku na wszelkie sposoby). Częściej jednak do głosu dochodzi strategia „wszystko albo nic” czyli szukanie szczęścia tylko w aktywnym podejściu. Nic w tym złego, to na wskroś ludzkie, inspirujące i motywujące. Czasem jednak oczekiwania przerastają nie tylko możliwości, ale i logikę.

Spodziewanie się absolutnych zysków w stosunku do zainwestowanego kapitału niezależnie od koniunktury ma swoje racjonalne granice. Na przykład ogromna grupa inwestujących tylko w formie handlu akcjami musi przystosować się mentalnie do tego, że w czasie bessy czy krachu albo bankructw spółek strategie aktywne będą ponosiły negatywne tego konsekwencje. Ale złość na to, że portfel traci np. 20% i od miesięcy nie wychodzi na zyski, podczas gdy cały rynek akcyjny spada o 50% lub więcej, trąci swego rodzaju nieracjonalnością i z pewnością nie wymaga natychmiastowych reakcji, wizyt u psychologa, szukania i wieszania winnych czy porzucenia dotychczasowych metod. Sam mistrz Warren Buffett staje się bezradny w takiej sytuacji.

Tzw. „relative return” czyli zwrot na kapitale liczony w odniesieniu do określonego poziomu (tzw. benchmarku) często dużo precyzyjniej wyznacza umiejętności niż wskaźnik bezwzględnego stosunku zysku/straty do kapitału („absolute return”). Zwrot wyższy niż średnia rynkowa (np. w postaci indeksów) to jedna z najistotniejszych miar kompetencji badanych przez instytucje i profesjonalne gremia, i różnica ta wyraża się jako tzw. współczynnik alfa. Znaczna część zawodowych zarządzających funduszami z trudem osiąga (lub często wcale) pozytywną jego wartość. Strata na rachunku mniejsza niż średnia rynku nie jest wprawdzie pocieszeniem, ale mimo to mieści się w pewnych kategoriach sukcesu (lepszej ochrony kapitału), nie wymaga więc od razu rwania włosów z głowy. Jak pokażę w kolejnych wpisach, nawet zwroty niższe od średniej rynku mogą świadczyć o sporych umiejętnościach, które zaburza losowość.

Paradoksalnie bardziej powinien za to wzbudzać nieco pokory i czujności zysk w czasach dobrej koniunktury na akcjach, niekoniecznie tylko wtedy, gdy plasuje się poniżej tego co oferują średnie rynkowe (indeksy). Może on być bowiem oznaką jedynie pozornej przewagi inwestora lub wręcz całkowicie losowym efektem, zależnym w głównej mierze od szczęścia a nie rzeczywistych umiejętności. Zjawisko do dobrze znamy pod nazwą „dzieci hossy”: koniunktura nakręca chętnych do zajęcia się tylko spekulacją i porzuceniem innej pracy, a po fali bessy tylko nieliczni mają jeszcze kapitał i chęci do kontynuowania przygody z giełdą. Jak głosi bardzo trafny cytat z H.Neilla: “Don’t confuse brains with bull market” (czyli “Nie myl umiejętności z rynkiem byka”).

W tej perspektywie nie każda strata oznacza brak umiejętności, brak skutecznej strategii lub w ogóle jej nieposiadanie czy posiadanie. Część inwestorów nie traktuje też takiego rodzaju straty jako naturalnego obsunięcia lecz jako porażkę.  Dekoniunktura dla każdej strategii (i inwestora) jest rzeczywistym testem wiarygodności, a aktywne podejście nie zawsze stanowi przed nią skutecznej ochrony.

Jeszcze inni przeżywają ogromny żal i złość, gdy tracąc na akcjach widzą jak zarabiają obligacje w tym samym czasie, winiąc się za zły ruch. Nie sposób jednak porównywać w krótkim terminie różnych aktywów o innych cyklach życia.

Przypomina mi się w tym miejscu historia pewnego znajomego, którego pozdrawiam jeśli nadal czyta nasze blogi. Otóż przyszło mu zarządzać finansami bogatych klientów podczas ostatniego krachu w latach 2007-2009. Klienci jego współpracowników potracili wówczas dziesiątki procent, natomiast jego podopieczni wyszli niemal na zero dzięki jego kompetencji, za co nisko schyliłem przed nim kapelusz. A jakiej doczekał się z ich strony nagrody? Nie, nie noszono go na rękach i nie obsypywano komplementami. Wręcz przeciwnie – wyładowywali na nim złość ponieważ w tym tragicznym czasie można przecież było … zarobić! Na obligacjach!

Nie każda strata to wyjąca, czerwona lampka alarmowa, z którą koniecznie trzeba coś zrobić i przy tym piętnować. To jednak również wymaga wiedzy, mentalnego nastawienia i percepcji w prawidłowej perspektywie.

O kilku innych błędach postrzegania strat w kolejnych wpisach.

—kat—

[Głosów:5    Średnia:4.4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *