Przepowiednie zawsze w modzie

Czy to jedynie leniwy wakacyjny okres, czy może jakieś głębsze pobudki usadziły w szerokiej konsolidacji najważniejszy kompas giełdowego świata czyli indeksy amerykańskie?

 

Nasza GPW żyje od wielu miesięcy i w krótkich cyklach swoim własnym, niezależnym życiem, lub może raczej jego brakiem z powodu utraty finansowania ze strony OFE i dołującymi wieściami z sektora bankowego, jednak w obrazie długoterminowym nadal tkwimy w okresie dojrzałej hossy i stan indeksów amerykańskich nie przestał mieć dla nas znaczenia. Większość inwestorów, których znam, zaczyna więc lektury i analizy od spojrzenia na rynki w USA, a coraz więcej jest takich, którzy na tym kończą, ponieważ środki z rachunków podłączonych do GPW przenieśli do portfeli zaangażowanych na giełdach zagranicznych, bądź to przez forexowe bądź tradycyjne platformy. Wszystkim jednak bez wyjątku podsuwam do rozważenia poniższą historyjkę.

Przez media amerykańskie, a w ślad za nimi i polskie, kilka dni temu przeleciało wiele komentarzy na temat wywiadu Laszlo Birinyi’ego dla telewizji CNBC, w którym wyjawił on swoją projekcję na temat dalszych losów indeksu S&P 500: wzrost o 50% do okolic 3200 punktów w ciągu kolejnych 2 lat, albowiem mamy drugą co do wielkości hossę w historii i nie ma powodu by opuszczać rynek.

Tego typu przepowiedni mamy na pęczki co tydzień, jeśli leci to w CNBC to owa wata robi się szczególnie mdła. Nie zawsze jednak w roli przepowiadającego występuje ktoś z 1 ligi. Cóż z tego, że to mało przydatne, bez tego infotainmentu (informacyjnej rozrywki) media branżowe byłyby nudne a inwestorzy nie mieliby o czym myśleć i dyskutować. Praktycznie przez całą obecną bessę prominentni analitycy amerykańscy wskazywali miejsca i powody kolejnego krachu, który stoi tuż za rogiem, za to nietrafione strzały w drugą stronę jakby mniej kłują w oczy podczas hossy. Internet kpi z tego typu proroctw, zasila je memami i złośliwymi komentarzami. Blogerzy i twiterzy o mniej formalnym podejściu mają używanie, ci poważniejsi poddają to analizom, testom i rankingom.

Po co wystawiać na szwank swoją reputację w tego typu zawodnej konkurencji? Najprościej rzecz ujmując – nie ważne jak o tobie mówią, byle po nazwisku. Szczególnie gdy prowadzisz biznes typu zarządzanie czy sprzedaż swoich usług i produktów. Ale to nieodłączna część amerykańskiej kultury, szczególnie oczekiwana zresztą przez publiczność jeśli ma się w tej branży nazwisko. Nie ma w zasadzie znaczenia czy trafisz, ważne jak wykorzystasz swoją wiedzę by opowiedzieć publiczności błyskotliwie o danym zjawisku i okrasić je jakimiś celnym argumentem. Bilet wstępu do 1 ligi daje to czy zarabiasz na swoim rachunku i rachunkach zarządzanych, albo jak bardzo profesjonalnych analiz udzielasz klientom, bo to są najważniejsze kryteria twojego brandu. Pojedyncze pudła w przepowiadaniu wybacza się z prostego powodu, o którym dobrze wiedzą zawodowcy – nie mają znaczenia w długim terminie, a o sukcesie decyduje zarządzanie ryzykiem. Rynek ma zresztą krótką pamięć, ale jeśli „grubo” trafisz media nie zapomną o tobie długo, przypominając o tym przy każdej okazji, i każdą kolejną wypowiedź ozdobią ornamentem twojego super-trafienia.

Spory magiel, ale profesjonalnie zarządzany, z naszej perspektywy mniej zrozumiały. Tam jest to część branżowej celebryckości, a jeśli mówi ktoś „z nazwiskiem” wystarczy wyciąć prognostyczne ozdobniki, przypomnieć sobie kontekst marketingowy, ale wsłuchać się czasem w argumenty.

Zdarza mi się czasem oglądać polskie odpowiedniki tych „setek” (szybkich wywiadów czy wypowiedzi). U nas bardziej pracuje się na nazwisko/nazwę niż wspiera własny marketing sprzedażowy (brak rynku), nie ma tego typu przepowiedni, nie ma takich kontrowersji. Za to czasem argumenty są niskich lotów jeśli dotyczą rynków amerykańskich, które nasi analitycy często widzą z perspektywy żaby.

A dlaczego właśnie Laszlo Birinyi skłonił mnie to tej chwili refleksji? Powód jeden zasadniczy – pewien dysonans poznawczy. Birinyi na swoją markę pracował na Wall Street przez dziesięciolecia. Prowadzi znakomity biznes analityczno-doradczy, z którego korzystają najlepsze firmy giełdowe, zarządza skutecznie powierzonymi rachunkami, z jego danych i opracowań korzystają najlepsze serwisy informacyjne typu Wall Street Journal. Niedawno skończyłem jedną z jego książek, “The Master trader,  która ma również świetny, analityczny charakter. Pokazuje w niej słabe strony Analizy technicznej, prostuje całą gamę stereotypów myśleniowych na temat inwestowania, wskazuje błędy w przetwarzaniu danych, odsłania kulisy analitycznego biznesu największych firm związanych z giełdami, punktuje błędy powszechnego myślenia o rynku, ale również sam podsuwa i dokumentuje praktyczne porady. I co w tym kontekście zabawne – w dość stonowany wprawdzie sposób pokazuje jak … mylą się wszelkiej maści medialni „przepowiadacze”, za symbol biorąc tu odwiecznego katastrofistę Roberta Prechtera (speca od analizy fal Elliotta).

Cóż, „biznes iz biznes”. Ale książka w ten sposób staje się jeszcze bardziej pouczająca.

–kat—

[Głosów:32    Średnia:3.6/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *