Pora na coś, co wcześniej już obiecywałem- mini poradnik tego, jak praktycznie nauczyć się akceptacji i skutecznego stosowania stop-lossa, ale również i o tym, jak amortyzować jego skutki i przygotować się na nie.

 

Zebrane rady oparłem o swoje własne, 20-letnie doświadczenia w tradingu i inwestycjach, częściowo wesprę to przykładami z historii tego bloga, spisałem również pomysły podpatrzone u innych. Jasno jednak zaznaczę na wstępie coś, co w zasadzie powinno być oczywiste: nie istnieje jedna, magiczna formuła, która załatwi problem strat, a do tego ostrzegę, że przy tym potrzeba jeszcze dokonania mnóstwa prób praktycznych po to, by znaleźć wśród tych podpowiedzi, które przedstawię, jedną lub więcej metod mogących udoskonalić podejście każdego, kto zechce spróbować swoje własne inwestowanie poprawić. Jak zawsze namawiam również do dzielenia się własnymi doświadczeniami.

Zastrzeżenie numer dwa ma dużo bardziej skomplikowaną naturę, ale bez wyłożenia go ciężko będzie poruszać się dalej w tym naprawdę trudnym temacie. I będzie to zarazem lekcja numer jeden w tym poradniku, z tytułem „Oczekiwania”:

Na pewnym etapie owo zastrzeżenie dotyczy bardziej przekonań niż twardych dowodów, dopiero doświadczenie i samodzielna weryfikacja pomogą rozstrzygać pewne wątpliwości. Najprościej rzecz ujmując: z faktu istnienia wielu rodzajów stop-losów nie wynika jeszcze, że każdy rodzaj tradingu czy aktywnego inwestowania za ich pomocą może być zyskowny. Zbyt wiele zmiennych jednak wchodzi tu w grę by w miarę jednoznacznie wskazywać jedyne słuszne rozwiązania i metody. Bardzo wiele zależy przy tym nie tyle od rynków czy użytych narzędzi, ile od samego człowieka, jego umiejętności, kompetencji, charakteru i wiedzy, ale dodatkowo wiele w tej mieszance zaciemnia losowość, ogromnie zwykle niedoceniania, a najczęściej pomijana.

Sam należę do obozu, który docenia konieczność stosowania stop-lossów w tradingu, szczególnie na lewarowanych rynkach. Moje zdanie jednak nie ma aż takiego znaczenia jak choćby mentorskie głosy tych luminarzy inwestowania, którzy przeszli do historii lub na bieżąco zajmują w niej miejsce dzięki swoim wynikom i wkładowi intelektualnemu do świata giełdowych inwestycji. Gdyby zaglądnąć choćby do najsłynniejszej serii książek z cyklu „Market Wizards” Jacka Schwagera, częściowo wydanej już u nas, to obraz jaki się stamtąd wyłania jest dość klarowny: zdecydowanej większości z nich sukces zapewniły stop-lossy. Jeden z owych autorytetów – Ed Seykota – ukuł nawet bardzo trafne powiedzenie, którego słuszność potwierdzają statystyki na wielu rachunkach inwestycyjnych: „Jeśli nie utniesz małej straty, prędzej czy później dosięgnie cię matka wszystkich strat”. To głos w dyskusji o tym, czy stop-lossy rzeczywiście są skuteczne i potrzebne, opinii przeciwnych w internecie można bowiem znaleźć bez liku.

Stop-lossy bez wątpienia wpływają na niższą zmienność wyniku inwestycyjnego, ale w wielu wypadkach, jak twierdzą ci, którzy z ich powodu przegrali, wpływają także na powstawanie “niepotrzebnych” realnych strat, więc jako jedyne remedium na to proponują hodowanie zanurzonych pod kreską pozycji (straty wyłącznie papierowe), co napędza wiara w tzw. powrót rynków do średniej (jeśli wzrosło, kiedyś spaść musi). I owszem, rynki poruszają się w cyklach, ale nie zawsze na tyle symetrycznych by pokryć obsunięcia, co w rezultacie prowadzi do owej „matki wszystkich strat”. Po drugie – wynik ostateczny na rachunku nie jest wyłącznie pochodną stop-lossów, ale w jeszcze większej mierze zarządzania zyskami i kapitałem. Stop-loss to jedynie mechanizm obronny, zabezpieczający, pomagający kontrolować ryzyko i stanowiący tarczę przed niepewnością (ang. uncertanity). Po trzecie – skuteczne operowanie stop-lossem, i zarządzanie pozycją w ogóle, to umiejętność, dość trudna, na poziomie prowadzenie samolotu czy gry na fortepianie, wymaga więc wyszkolenia i treningu, nie jest to bowiem naturalnie wrodzona zaleta (nawet talent do tego wymaga pracy).

Brak stop-lossa w tradingu i zamiana go na hodowania strat to de facto brak planu, pozorna jedynie kompetencja, ucieczka od dyscypliny, nieodrobiona lekcja zarządzania ryzykiem czy też problem z własną psyche. Wszystko to jest jednak do przepracowania, wyuczenia, wycyzelowania. Problem w tym, że w podręcznikach i w analizach poświęca się stop-lossom zdecydowanie nieproporcjonalnie mniej miejsca i uwagi, co zaburza w pewnym stopniu ich postrzeganie i wykrzywia priorytety. Dlatego sam przeznaczam na nie tyle miejsca, wypełniając tę lukę, to bowiem moim zdaniem najtrudniejsza część tradingu. Przyznam w tym miejscu ponownie, bo robiłem to już niejednokrotnie, że należę również do innej grupy – tych, którzy zdecydowanie więcej energii, koncentracji, przemyśleń i ćwiczeń przykładają do sposobów zarządzania właśnie stratami, a nie do poszukiwań kolejnego nowego wskaźnika czy innego pomysłu tego jak znaleźć się na pozycji, czyli jak i gdzie wejść na rynek. Sposób na wypracowanie własnej przewagi to bowiem skończona całość, w której otwarcie pozycji jest zaledwie małą częścią, a klucz do sukcesu leży przede wszystkim w zarządzaniu ryzykiem i sobą samym.

Być może dlatego też przynależę do jeszcze jednego klubu – zwolenników obcowania z mechanicznymi systemami transakcyjnymi. Przede wszystkim ze względu na ich walor edukacyjny. Uczą bowiem nie tylko kompleksowego zastosowania i czucia stop-lossa w kontekście całości strategii, świadomego tradingu, znaczenia przewagi na rynku, metodycznej kreatywności, ale uczą również czego nie robić, czego się wystrzegać, gdzie tkwią mielizny i jak wyglądają słabości poszczególnych narzędzi. Uczą również, co wspominałem wcześniej, nie tylko zastosowań stop-lossa w roli piorunochrona, czyli bezpiecznika chroniącego kapitał, ale również jako nieodłącznego tworzywa w modelowaniu całych strategii. Pozwalają również obyć się z praktycznym posmakowaniem planowo ucinanych strat, ponieważ specyfika systemu to wymusza. To wszystko mocno urealnia i modeluje oczekiwania, które są tematem tej lekcji. Z innej strony bowiem, samo podglądanie skutecznych traderów jako sposób nauki nie zawsze daje pożądane efekty, do tego potrzeba jeszcze przyswojenia ich sposobu myślenia. Kiedy bowiem pojawiają się w tradingu subiektywne elementy, każda transakcja staje się unikalna, niepowtarzalna, niereplikowalna, a sukces w rezultacie nie do powtórzenia. Najlepiej pewnie spróbować wszystkiego. Najprostsze wrażenia z systemami zapewni już darmowy Metatrader, współpracujący z platformą bossa, albo komercyjny Amibroker, udostępniany bez opłat klientom BOŚ.

A skoro mowa o zarządzaniu samym sobą i wahaniem, czy uda się trading bez stopów, to dorzucę krótką lekcję numer 2:

AKCEPTACJA dla strat.

Straty są nieodłączną częścią tradingu, kosztem działania, wkładem w końcowy rezultat. Im szybciej uda się dostosować do tego swoje przekonania i wrażliwość, tym mniej rozczarowań przychodzi po drodze. Najczęściej na początku pojawia się dysonans – chcę ale nie potrafię, nie ufam, nie wierzę, mam obawy, nie mam odwagi. Dysonans robi potem z mózgu kartoflisko i dodatkowo pompuje złe emocje. Akceptacja w takim razie to jeden z pierwszych elementów systemu motywacyjnego, który trzeba przyswoić. Pomaga szczególnie wówczas, gdy stratę trzeba jak najmniejszym kosztem emocjonalnym przeżyć. Akceptacja pozorna prowadzi do hodowli strat, awersji do ryzyka i błędów behawioralnych. Namawiam więc do rzetelnego rachunku sumienia: czy stop-loss jest dla mnie rzeczywistą częścią systemu przekonań, czy próbuję przyspawać go sobie na siłę i bez wiary?

CDN

—kat—

[Głosów:40    Średnia:4.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *