Na naszych blogach bez echa przeszło przekroczenie przez indeks Nikkei psychologicznej bariery 20000 punktów i faktyczny wymarsz średniej na piętnastoletnie maksima. Czas odrobić straty, bo japońska giełda krzyczy pytaniem, czy analogiczna sytuacja nie zostanie powtórzona przez rynki europejskie.

Pierwsze podejście japońskiego rynku do psychologicznej bariery 20000 punktów pojawiło się kilka dni wcześniej, ale wówczas kontra podaży subtelnie przypomniała, iż na rynkach byka takich, jak dzisiejsze, dla których oporów trzeba szukać w dalekiej przeszłości, ważnymi poziomami technicznymi stają się opory psychologiczne. Obecne podejście zakończyło się jednak sukcesem i od dwóch dni japoński Nikkei szybuje nad 20000 punktów, co wskazuje na przekonanie strony popytowej o stale obecnym potencjale wzrostowym.

Sceptycy cały czas wskazują, iż historyczny rekord Nikkei wypadł blisko 20000 punktów wyżej, ale miało to miejsce w czasach, w których japońska gospodarka miała swoją złotą dekadę. W istocie, szczyt kończący bańkę spekulacyjną lat osiemdziesiątych został wyrysowany przez Nikkei w grudniu 1989 roku, a więc z grubsza licząc przed 25 laty. Podejrzewam, iż dla sporej części szukających dziś swojej szansy na giełdach, lata osiemdziesiąt poprzedniego wieku, to okres, który zwyczajnie nie mieści się w żadnej perspektywie. Słusznie, bo związek ówczesnych wydarzeń z dzisiejszymi jest zwyczajnie zerowy.

Naprawdę jednak to właśnie dzisiejsze wydarzenia w Japonii są próbą zerwania z okresem smuty, jaka pojawiła się w gospodarce w ostatnich dwóch dekadach, w trakcie których procesy deflacyjne położyły się wieloletnim cieniem również na rynkach akcji. Radykalne działania rządu do spółki z bankiem centralnym spowodowały, iż japońska inflacja zaczęła rosnąć, a jen tracić na wartości z dynamiką, która zaskakuje nawet największych zwolenników programów płynnościowych. W skrócie rzecz ujmując japońskie luzowanie ilościowe przyniosło efekty.

Wzrost wartości dolara z około 80 jenów w połowie 2012 roku, do blisko 120 jenów obserwowanych w ostatnim czasie daje premię, jakiej potrzebował japoński eksport po okresie, gdy gospodarkę dusiły konsekwencje silnej waluty. Wzrost inflacji to kolejna zmienna, którą można zapisać, jako sukces japońskiego programu luzowania ilościowego. Wreszcie zwyżka Nikkei, w której część chce widzieć symptomy bańki spekulacyjnej, jest w dużej mierze prostą odpowiedzią rynku na działania władz, które nie bały się podjąć rękawicy rzuconej na polu wojen walutowych.

Gdy patrzy się na wykres Nikkei – poniżej miesięczny kurs kontraktu CFD na Nikkei z naszej platformy BossaFX – to trudno nie odnotować zwyżki z ostatnich trzech lat, czyli od połowy 2012 roku, która wyniosła ponad 100 procent. Na właśnie te trzy lata przypadają efekty działań japońskich władz monetarnych w postaci słabego jena i ożywienia inflacji. Ten sam proces zdaje się mieć miejsce teraz w Europie, gdzie dzięki programowi luzowania ilościowego ze strony EBC zaczyna ożywiać się inflacja, a gospodarki wracają na ścieżkę wzrostu wspieranego również eksportem.

Czy zatem DAX, CAC i indeksy STOXX w prosty sposób powielą scenariusz japoński? Zapewne nie wprost, ale patrząc na Nikkei nie trudno zrozumieć dlaczego europejskie średnie szybują na rekordach wszech czasów, gdy część inwestycyjnego świata krzyczy o największej bańce spekulacyjnej w historii, która skończy się wielkim kacem. Hossy mają to do siebie, iż potrafią trwać znacznie dłużej niż marzenia o szybkiej bessie, która przywróci równowagę w systemie. Nikkei, który w pierwszej odpowiedzi na działania władz japońskich zyskał 56 procent (rok 2013), udowadnia właśnie wymarszem nad 20000 punktów prostą prawdę – nie ma takiej zwyżki, która nie może znaleźć kontynuacji.

nikkei (źródło: BossaFX)

[Głosów:16    Średnia:5/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *