Dzisiejsza notka na blogach bossy ma nieco odmienny charakter i w dużej mierze jest odpowiedzią na pytania, jakie dostaliśmy mailem od czytelnika zainteresowanego ekspozycją na rynki zagraniczne poprzez fundusze indeksowe.

Pytania są nieco zmienione w formule, żeby odpowiedzi nabrały szerszego zakresu, ale myślę, że Pan X. (pozwalam sobie ukryć tożsamość) powinien otrzymać informacje, których szukał.

Czy są jakieś koszty, albo aspekty inwestowania w ETFy o których warto by wiedzieć? Tzw. haczyki?

Nie będzie przesadą teza, iż ETF-y wydają się najciekawszą z innowacji, jaka pojawiła się na rynku od wielu dekad. Zwyczajnie, żaden instrument w bliskiej historii rynków finansowych nie zyskał tak dużej popularności wśród inwestorów, zarówno indywidualnych, jak i profesjonalnych. Kluczem do sukcesu była idea taniej (czytaj niskokosztowej) ekspozycji głównie na rynki akcji, której jądrem było przekonanie, iż z rynkiem nie można wygrać. Wszystko, na co można sobie pozwalać, to starać się podłączyć pod proste mechanizmy, które mówią, iż w średniej i długiej perspektywie zwrot z rynków akcji jest dobrym sposobem na pomnażanie oszczędności, a kluczową zmienną nie jest wcale to, jaki można uzyskać wynik – jest nim wynik rynku  – ale jaki wpływ na wynik długoterminowych inwestycji mają koszty obecności na rynku.

W efekcie, twórcy i badacze pierwszych funduszy indeksowych skupiali się raczej na tym, jak możliwie wiernie otworzyć indeks przy najmniejszym koszcie zarządzania ekspozycją na wybrany rynek. Przykładowo, jeśli ktoś chciał zainwestować pieniądze na amerykańskim rynku akcji, to jego największym problem było znalezienie funduszu, który umożliwi to za najmniejszą prowizję i będzie miał najmniejsze odchylenie od wybranego benchmarku, co w literaturze przedmiotu określa się angielskim terminem tracking terror. W polskiej literaturze używa się pojęć błąd odwzorowania czy też błąd naśladowania. Pytanie do akademików, czy już ustalili jedno tłumaczenie pojęcia tracking terror.

Tracking error był i jest ważny między innymi dlatego, iż do symulacji stóp zwrotu używa się nie samych ETF-ów, ale benchmarków dla danych rynków. Oczywiście w przypadku ETF-ów z kilkunastoletnią historią można już pomijać benchmarki i skupiać się na stopach zwrotu samych ETF-ów, a błędem odwzorowania mierzyć wiarygodność danego funduszu. Generalnie zawsze warto spoglądać na błąd odwzorowania, bo w nim mogą kryć się koszty inwestycji. W istocie, badania pokazują, iż błędy odwzorowania mogą być różnie w zależności od sytuacji rynkowej i – jako efekt – nabierają znaczenia przy naprawdę dużych inwestycjach. Dla inwestorów długoterminowych i indywidualnych problem ma mniejsze znaczenie, bo sami twórcy dobrych funduszy dbają o minimalizację błędów odwzorowania.

Kolejny temat z inwestycjami w ETF-y, który wiąże się z problemem błędu odwzorowania, jest pytaniem, o charakter replikacji benchmarku. ETF-y dzielą się na syntetyczne i fizyczne. Generalnie rzecz ujmując fundusze z replikacją fizyczną kupują akcje spółek wchodzących w skład indeksu, a syntetyczne operują na bazie transakcji swapowych. Dobrze to poprzeć przykładem hipotetycznego ETF-u na powiedzmy złoto. ETF fizyczny będzie kupował złoto lub kopalnie złota, a ETF z replikacją syntetyczną nawet nie zbliży się do fizycznego złota czy akcji producentów. W powszechnym mniemaniu – budowanym na niechęci do wirtualnych inwestycji – fizyczna replikacja jest lepsza, ale replikacja syntetyczna również ma swoje zalety, z których kluczową jest mniejszy tracking error. Warto też pamiętać, iż ETF-y reklamujące się, jako replikujące fizycznie mogą dokonywać replikacji fizycznej w niepełnej postaci. Dlatego zawsze warto czytać prospekt funduszu, który zamierza się kupić i dostosować wejście do własnych preferencji.

Dużo większe znaczenie mają koszty. Chcemy tego, czy nie branża inwestycyjna istnieje również po to, żeby zarabiać pieniądze na klientach. W efekcie, na rynku roi się już od ETF-ów, które niosą obietnicę pobicia rynku w zamian za większą prowizję. Strategii jest masa, jedną z popularniejszych jest np. budowanie alternatywnego indeksu, z innymi niż benchmark rangami w koszyku. Dla przykładu GPW oblicza udział spółek w WIG20 na podstawie rankingu, czego pochodną jest większy wpływ pewnych spółek na zmianę indeksu. Nie trudno jednak wyobrazić sobie alternatywny WIG20, w którym wpływ spółek na indeks jest równo rozłożony lub – jeszcze dalej fantazjując – ETF na WIG20 z obniżoną rolą spółek z udziałem Skarbu Państwa.

W takich poszukiwaniach nie ma jednak niczego więcej nad próbę pobicia rynku w segmencie, który narodził się po to, by przestać próbować wygrać z rynkiem. Inaczej mówiąc, branża aktywnie zarządzających odpowiedziała na popularność ETF-ów proponując usługi, które mają w nazwie ETF, ale jak głęboko poszuka się w temacie, to bliżej takim funduszom do inwestowania aktywnego niż pasywnego odzwierciedlania rynków. Zwykle za tymi działaniami idą oczywiście badania historyczne, ale przewaga, którą proponują może być zjadana przez koszty. Dlatego warto być wyczulonym na koszty, jakie poniesiemy próbując wygrać jednym ETF-em z drugim ETF-em. Stawiam tezę, iż w przypadku ETF-ów dobrze trzymać się jednak zasady KISS.

Mizeria polskiego rynku funduszy indeksowych powoduje, iż naturalnym krokiem jest szukanie swojej szansy na rynkach zagranicznych. W efekcie mieszkając w Polsce i zarabiając w złotych dodajemy do inwestycji zmienną w postaci ryzyka kursowego. Oczywiście, może zdarzyć się, że rynek zrobi nam prezent i w krótkim odcinku czasu wyniesie kurs funduszy w dolarach czy euro na północ, a osłabienie złotego dołoży jeszcze jakiś procent. Ten kij ma jednak dwa końce i naprawdę, nie ma na tym polu dobrego lekarstwa. Uzupełnianie prostoty inwestowania w ETF-y próbami zabezpieczenia się przed ryzykiem kursowym kłóci się – w mojej opinii – z ideą niskokosztowej ekspozycji na dany rynek. Nie odmawiam jednak innym szukania taniego sposobu, na zabezpieczanie się przed ryzykiem kursowym.

Prywatne przykłady są najgorszym wzorem, ale osobiście swoje wyjście na rynki zagraniczne oparłem o cel: pieniądze, które zainwestowałem na rynkach zagranicznych będą wydane na rynkach zagranicznych. Po części przyjęta postawa wiąże się również z przekonaniem, iż dla inwestora z rynku peryferyjnego – jakim jest Polska – tzw. rozwinięte rynki zagraniczne są bezpiecznymi przystaniami. Mam przekonanie, na które stawiam kapitał, iż znacznie większym ryzykiem w długim odcinku czasu jest dla Polaka brak inwestycji w obcych walutach i narażenie się na kryzys zaufania do złotego, niż jakiś euforyczny wzrost siły złotego oderwany od dobrej kondycji rynków bazowych. Każdy jednak powinien sam ocenić, na ile ryzyko kursowe może podkopać idee wyjścia z inwestycjami na rynki zagraniczne i absolutnie nie zapominać o konsekwencjach wahań walut.

Na tę chwilę wydaje się to tak proste, jak uwzględnienie prowizji za zakup, opłaty za prowadzenie no i podatku, co do którego jeszcze nie jestem pewien jak jest obliczany, np. w przypadku dywidend z USA. Zastanawiam się, czy jest coś jeszcze, na co można się “naciąć”?

Notka się już zrobiła długa, ale myślimy w biurze o znacznym poszerzeniu części edukacyjnej odnośnie ETF-ów na rynkach zagranicznych. Kwestie podatku od inwestycji na rynkach zagranicznych są omawiane w serwisie. Generalnie problem opodatkowania zysków z dywidend osiąganych na rynkach zagranicznych jest dość złożony, a temat opodatkowania dywidendy u źródła przekracza możliwość blogonotki. Zresztą, nie wiem, czy nie naruszyłbym prawa udzielając porad podatkowych. Podpowiem jednak, że przy naprawdę dużych przychodach z dywidend, które bywają wysoko opodatkowane, można szukać opłacalnej pomocy u doradców podatkowych.

Na koniec, chciałem tylko napisać, że było kilka szkoleń w zeszłym roku, które mi umknęły, związanych z ETFami i liczę na to, że jeszcze się pojawią, bardzo cenie sobie możliwość edukacji, którą daje bossa.

Rozmawiamy w biurze o webinarze na temat ETF-ów na rynkach zagranicznych. Proszę śledzić serwis biura.

[Głosów:32    Średnia:4/5]

1 Komentarz

  1. Div

    No to klient może się zdziwić, jak mu biuro policzy podwójnie dywidendę z USA, tłumacząc “bo tak mamy i już”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *