Wywiad z IronManem, część 2

Kontynuacja części pierwszej, rozpoczętej w poprzednim wpisie.

Kathay: Skończyłeś więc kolejny etap w prop tradingu, i rozumiem, że teraz kariera nabrała nowego rozpędu?

IronMan: Chyba nie tak jak sobie wyobrażasz 🙂 Jeśli masz w życiorysie prop trading to nie jesteś niestety dobrym kandydatem dla finansowych korporacji czy funduszy, do których chciałem aplikować. Nie miałem za bardzo znajomości w tym akurat środowisku, nie jestem też imprezowiczem, co być może mogło pomóc w nawiązaniu kontaktów. Proponowano mi jakieś stanowiska, ale głównie przekładanie papierków w back office bez specjalnych widoków na przyszłość. Jedna koleżanka ze studiów spotkana w międzyczasie robiła w futures towarowych, co było jakąś perspektywą, ale zaszła w ciążę i przyjechała do Polski więc kontakt się urwał.

Z czego więc żyłeś?

Dysponowałem już jako takim kapitałem i chyba przynajmniej niezbędną wiedzą praktyczną, stwierdziłem, że spróbuję na własne ryzyko w większej skali niż wcześniej. Myślałem o tym wielokrotnie, ale raczej w perspektywie odległego terminu, może nawet raczej jako emerytura. Nadal czułem potrzebę wykuwania swoich umiejętności i łapania doświadczeń u któregoś z finansowych potentatów. Skoro jednak tam nie chcieli…. Nie miałem jeszcze rodziny, a więc koniecznych zobowiązań, mogłem sobie pozwolić na nieskrępowane ryzyko. Wynajmowałem mieszkanie, które przekształciłem w biuro. Wykupiłem 2 niezależne łącza internetowe, 2 komputery a potem jeszcze laptop w rezerwie na wypadek awarii, 4 monitory, później dokupiłem jeszcze 2 porządne tablety z najwyższej półki, które zapewniały mi mobilność. I jakoś poszło… Osiągnąłem do dziś poziom kapitału operacyjnego, który pozwala mi na podejmowanie rozsądnej skali ryzyko, utrzymanie i dalszą akumulację. Oczywiście zawsze gdzieś z tyłu głowy masz zakodowane, że na rynku wszystko może się zdarzyć i nagle stracisz płynność. Utrzymuję więc żelazne rezerwy na taką, odpukać, niekorzystną ewentualność, nie są one zaangażowane w bieżący trading, więc zawsze mogę zacząć z nimi od nowa.

Co masz na myśli mówiąc o rozsądnej skali ryzyku?

Głównie pojedyncze straty i ich relację do kapitału. Nie angażuję się na 2% w transakcji jak radzą ci wszelkie podręczniki. Zresztą nawet nie celuję w 1%. To wszystko ma potem przełożenie wprawdzie na zyski, ale teraz nie czuję takiego parcia jak wówczas gdy budowałem kapitał. Wiesz, jeśli zakładam stosunek zysku do ryzyka na poziomie załóżmy 2:1 to jeśli gram kapitałem 100 000 funtów i jestem gotowy poświęcić 1% czyli 1 000 funtów, to moja premia za ryzyko sięga 2 000 funtów. Uproszczę nieco, ale powiedzmy, że tyle wyniesie mój tygodniowy bilans transakcji, wówczas 2 000 funtów starczy mi na pokrycie wydatków moich i rodziny. Z drugiej strony zobacz, że jeśli ktoś angażuje w taką grę załóżmy 1 000 funtów to jego zysk sięgnie 20 funtów. Co możesz zrobić z taką kwotą? Praktycznie nic, jedynie angażować ją dalej na rynku. To właśnie stwarza parcie. Chciałbyś się uniezależnić, ale nie stać cię na to. Żeby przyśpieszyć kumulację kapitału musisz zwiększyć poziom jednostkowego ryzyka i całego portfela. To spina, dodaje ci ciśnienia w tętnicach i podwyższa poziom stresu, o błędy wówczas łatwiej. Zakładam oczywiście, że potrafisz generować absolutną stopę zwrotu czyli mówiąc inaczej działasz w warunkach przewagi statystycznej.

Jak jest w takim razie z twoją przewagą?

Stawiam na spory automatyzm decyzji, w dużej mierze wiem więc skąd czerpię przewagę i gdzie są najsłabsze punkty w tej strukturze. Nie sposób tego opisać w kilku zdaniach. W każdym bądź razie wszystkie moje pozycje są oparte na kilku powtarzających się układach cenowych, które praktycznie potrafię wyłapać już po kilku sekundach wpatrywania się w nowy wykres. Zamknięcie pozycji to mieszanka – przede wszystkim ‘target profits’ oraz po części mechanicznie prowadzone stopy aktywowane nowymi maksimami. Ale decyzje o tym gdzie stopować zyski są dość elastyczne, zależne od sytuacji, w pewnej więc mierze to podejście discretionary, nie wiem jak to po polsku nazwać. Natomiast ryzyko trzymam na krótkim wędzidle, straty ucinam natychmiast i zdecydowanie. To dobry i zdrowy nawyk, do tak rygorystycznie zarządzanego ryzyka można budować całą strukturę tradingu bo wiesz, że ci się nic nie rozłazi.

To esencja tego co nauczyli cię w USA?

Powiedzmy, że moja autorska wersja przefiltrowana przez doświadczenia 🙂 Tam bardzo mocno stawiano na analizy poza czysto tradingowe. Do sesji musiałeś mieć gotową listę akcji, które chcesz grać danego dnia i każdy wybór musiał mieć przede wszystkim motyw, który generuje zmienność, coś w stylu „event driving” czyli rozgrywka szła w oparciu o jakieś wydarzenie typu IPO, dane kwartalne, ważne raporty ze spółki czy rekomendacje specjalistów albo zdobywane kontrakty. Liczyła się też sytuacja w sektorze, miejsce całego rynku jak i jakość fundamentów. Pod to były gotowe modele tradingowe, robione jak to się mówi „in-house” czyli opracowane przez właścicieli firmy. Oparte głównie na analizie struktury zleceń, volumenu oraz samych cen w 1 do 5 minutowych zakresach. Takie materiały dostawałeś na biurko i twoim zadaniem było umieć to przeczytać i optymalnie zagrać. Nie stać mnie czasowo na taki zakres analiz, tym bardziej, że tam robił to zespół. Szukam zmienności na własną rękę, wiem mniej więcej gdzie jej się spodziewać na podstawie innych czynników. Dla mnie ważniejsza stała się sama taktyka rozgrywki.

Czyli co?

Jeśli spółka nabiera pędu to widać to w cenach i wolumenie, potrafię wówczas powiększać pozycję przy wybiciach. Nie opuszczam rynku jednym zleceniem, skaluję wyjścia, lubię wbić się w momentum, przytrzymać dłużej jeśli rynek nie jest gwałtownie sprzedawany. Nie gram po krótkiej stronie, nawet jeśli chodzi o indeksy, nie uważam to za naturalny ruch rynku, parcie i tak idzie zwykle mocniej na kupno. Mam ulubione spółki, ale staram się szukać zmienności wszędzie. Zdarza mi się trzymać pozycję overnight czyli do kolejnej sesji, zawsze obserwuję wówczas pre i after market.

Mówisz o indeksach, w jakiej formie?

Zdarza mi się zagrywać ETFy. To daje kontakt i poczucie rytmu całego rynku. Ale generalnie stawiam raczej na pewne rozproszenie kapitału więc chętnie zapuszczam się na DAX, FTSE, rzadziej inne indeksy. W USA w ogóle nie brałem tego pod uwagę, zresztą sesja europejska była już często rozegrana gdy tam świtało. Tutaj czasowo mam okazję brać udział w niej od początku dnia.

Myślałem może o jakimś lewarze, typu kontrakty terminowe futures.

Nie czuję takiej potrzeby. Lewar nie zawsze oznacza szybszy zysk. Ale nie będę ukrywał, że część kapitału używam pod nieznaczny lewar – na forex. To zupełnie inny rynek od tego co robię na akcjach, nieco więcej symetrii, inaczej rozłożona zmienność, gra na short i long, brakuje mi jednak podglądu na zlecenia i wolumen. Ciężko było się przestawić i uczyć, ale zdecydowałem, że muszę rozproszyć kapitał, lekcja po ostatnim kryzysie i upadku Lehmann była bolesna. No i do tego high frequency trading, który mocno rozpycha się w akcjach, zamula rynek albo go gwałtownie przyspiesza. Forex ma nieco innych zalet a poza tym poczułem, że pasujemy do siebie charakterologicznie 🙂 Czuję się dużo lepiej kiedy cały fundament mojego działania opiera się teraz na dwóch nogach. To pozwala na nowe strategie zarządzania całym kapitałem.

Jak to wszystko mieścisz czasowo? Jak doglądasz?

Na 2 monitorach mam podgląd na akcje, na trzecim forex, czwarty jest roboczy. Jeśli widzę dobry układ i szansę na wykorzystanie zmienności w akcjach, zwykle koncentruję się na jednej, czasem dwóch naraz. Dziennie to kwestia czasem 7-10 transakcji na różnych papierach. Forex podchodzę z dużo szerszej perspektywy bo jest trochę za dużo szumu. Transakcje na 30 czy 60 minutowych bars są tu w sam raz, mam na nie czas zanim ruszy rynek w USA.

Co sądzisz o Analizie technicznej? Jak w tym wszystkim co robisz znajdujesz dla niej rolę ?

Ach, temat rzeka. Czytałem z ciekawości twoje wpisy na blogu w tym zakresie, więc wiem do czego pijesz. Generalnie zgadzamy się w wielu miejscach. Z tym, że moje podejście nie jest tak doktrynerskie. Rozumiem jednak, że ty potrzebujesz w swoich tekstach punktu odniesienia, wyraźnych granic i definicji, identyfikacji źródeł i analizy skutków. Ja natomiast patrzę na to jedynie z punktu widzenia skuteczności. Opieram się w dużej mierze na wykresie, ale dla mnie to bez znaczenia jak to wszystko nazwę. Wykres, jako zapis ruchów rynku a więc nastroju i strategii inwestorów lub ostatnio również intensywności działań algorytmów, to jedynie inspiracja dla intelektu i tworzywo dla umiejętności wyłapywania i efektywnego wykorzystania powtarzających się unikalnych wzorów tworzonych przez zmiany kursów. Dla mnie jednak dużo większe znaczenie ma nie to jak wizualnie się to wszystko układa lecz jak optymalnie ułożyć proporcje zysku do ryzyka. Tego nie wyczytasz na wykresach. Dlatego klasyczna Analiza techniczna zawodzi, głównie z tego powodu, że większość koncentruje się na poprawności rysowania a nie liczenia. Nie mówiąc o znacznym nacisku losowości (randomness), kompletnie zwykle niedocenianej w A.T. i przekładającej sporą dozę niestacjonarności i szumu z rynku na bilans i rozproszenie zysków/strat. Ja wykres raczej czytam niż go obrysowuję. Jeśli widzę znany mi układ cen w perspektywie ostatnich 15- 60 minut to znam z góry wszystkie scenariusze, do których prowadzi, zupełnie jak w szachach czy kartach, na każdy ruch rynku mam wówczas gotowy swój, ale non stop muszę kalkulować proporcje swoich odpowiedzi w relacji do przegranych „rozdań”. To kwestia rozegranych tysięcy partii i zgromadzonej w pamięci wiedzy strategicznej i obliczeniowej. Powiedzmy więc , ze A.T. w sensie obrazów to jedynie początek lub część większej całości.

CDN

—kat—

[Głosów:56    Średnia:3.9/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *