Podczas ostatnich kilkunastu dni musiałem zabijać pozornie wolny czas lekturami, więc nie ominę okazji by kilku refleksji nie wrzucić tutaj.

 

Pierwsza z nich wpadła mi w ręce zaraz po wywiadzie z jej autorem – Matthiew Tyrmandem, jak najbardziej synem TEGO Tyrmanda. Wspólne z Kamilą Sypniewską stworzyli mocno biograficzną książkę „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”. Jego życie zawodowe po skończeniu Uniwersytetu w Chicago wypełniła wymarzona od dziecka kariera tradera na Wall Street, ale lektura akurat tego wątku rozczarowała mnie nieco w stosunku do tego co usłyszałem wcześniej w wywiadzie. Ten okres zajmuje ważne miejsce w całej narracji, ale to nie jest książka o inwestowaniu tylko o poszukiwaniu tożsamości.

Matthiew opisuje rozmowy rekrutacyjne a potem pracę w dwóch funduszach jako equity a potem portfolio trader, z czego pierwszym pracodawcą był słynny SAC Stevena Cohena, mającego ostatnio złą prasę z powodu inside trading. Znajdujemy także wyznania na temat prywatnych inwestycji Tyrmanda. To wszystko jednak dość powierzchowne z punktu widzenia czytelnika siedzącego w branży. Dużo jednak mówi o samym autorze i ma większą wartość w kontekście samej biografii niż wiedzy o kuchni Wall Street.

Tyrmand okazał się bowiem zdolnym, ambitnym i pracowitym traderem, choć nie jestem do końca przekonany, że rzeczywiście udało mu się wygenerować jakieś istotne alfa. Ta znacząca przygoda z giełdą naznaczona została skrajnymi afektami: od miłości do nienawiści. Podkreśla bowiem jego uwielbienie dla samych mechanizmów rynkowych, którym towarzyszy jednak nienawiść do brudnej, niewolniczej wręcz subkultury stworzonej przez przemysł finansowy. A on szuka swoich korzeni w filozofii ojca, który wolność przedkładał ponad wszystko. Natomiast Tyrmand w 2013 to bardziej naprawiacz demokracji i polityki, choć nadal zakochany w wolnym rynku i giełdzie.

Dwa poniższe szczegóły z jego tradingowej kariery sprawiły, że wyciągam książkę na blog:

Po pierwsze, i wiem to z wywiadu, daje on upust swojemu niezadowoleniu ze świata finansów w erze pokryzysowej. Jak twierdzi od ok. 2 lat przestał rozumieć rynek, jawiący mu się obecnie jako chaos, który zaburzył wcześniejszą jego wiedzę, wizje, jasność myślenia i strategicznego działania.

Po drugie, jak wyznał dla Gazety Prawnej, chciałby otworzyć fundusz hedgingowy inwestujący w Polsce, a rozmowy z potencjalnymi zainteresowanymi wspólnikami były dość zaawansowane. Po części dlatego, że odkrył i pokochał kraj przodków. Nie wiem natomiast czy również dlatego, że tu rynek wydaje mu się bardziej przejrzysty skoro amerykański go zawodzi. Okazuje się jednak, że porzucił ten plan z powodu właśnie trwającej reformy OFE, której nie szczędzi gorzkich słów. Rozumiem obawy choć nie podzielam.

Giełda, która miałby sens istnienia tylko ze względu na OFE nie byłaby w pełni zdrowym organizmem, no chyba, że o to właśnie chodzi. Jeśli zabrać OFE połowę aktywów to teoretycznie z 6% dzisiejszych obrotów na GPW można by liczyć na niecałe 3%, choć trzeba wziąć poprawkę na nowe, wyższe limity dopuszczalne dla akcji. To chyba nie jest dramat dla aspirującej do wyższej ligi giełdy.

Owszem każdy rodzaj zmniejszenia instytucjonalnych obrotów zniechęca kapitał zagraniczny, ale przecież giełda to przede wszystkim zwierciadło gospodarki, w które zaglądają najbogatsi inwestorzy światowi. Kosztem rezygnacji z pasywnego zarządzania przez OFE, bo inaczej nie można nazwać kupno obligacji, zwalnia się miejsce na przyjęcie środków z UE i zmniejsza garb zadłużenia budżetu czyli nas wszystkich. Cięcia w OFE nie oznaczają przy tym, że kursy akcji nie będą rosły, co dla aktywności szczególnie drobnych inwestorów ma zasadnicze znaczenie. Czy brak OFE zepchnie nasz parkiet do jeszcze niższej ligi? Ja nie miałbym nic przeciwko gdyby zamiast akwizycji ze strony naszej giełdy jakiś potentat wykupił po prostu nas, o ile miałoby to wzmocnić GPW.

Z punktu widzenia finansowego nowy podział nie zmienia nic dla nas – oszczędzających. Emerytura bowiem teoretycznie będzie taka sama bez względu czy to ZUS czy to OFE ma nas rozpieszczać (podobne stopy zwrotu). Dodajmy koniecznie – tak samo tragicznie NISKA! Sam mam zamiar pozostać w OFE, przede wszystkim ze względu na dywersyfikację i bez względu na fakt tego, że dopiero co rządowa agencja nadzorująca fundusze emerytalne w Wielkiej Brytanii zmiażdżyła w raporcie prywatne fundusze z kretesem.

Tragedią jest natomiast brak innych czynników prorozwojowych jak choćby długoterminowej strategii rozwoju rynku kapitałowego do 2020, jasnego prawa czy zachęt inwestycyjnych w postaci choćby ulg podatkowych dla długoterminowych inwestorów. Patrząc przez ten pryzmat nie będzie niczym nadzwyczajnym stwierdzenie, że to nie o OFE trzeba się bić lecz o stabilizujący i przydający powagi kapitał krążący po świecie. O takich właśnie Tyrmandów.

—kat—

[Głosów:0    Średnia:0/5]

6 Komentarzy

  1. astanczak

    kathay i jego point of view – miła odmiana 🙂

  2. Thome

    Tyrmand (Leopold) był dość umiarkowanym wolnościowcem, ale i zagorzałym antysocjalistą (jak każdy, kto poznał smak równości). Ciekawe, czy syn rozumie kontekst “Dziennika” 🙂

  3. GZalewski

    @Thome
    Z wywiadów syna wynika, ze on zupelnie ojca nie znał. Wiec to jest takie odkrywanie jego rzeczywistości w zupelnie innym kontekscie

  4. _dorota

    “(…) to nie o OFE trzeba się bić lecz o stabilizujący i przydający powagi kapitał krążący po świecie.”
    Dokładnie odwrotnie. Krążący po świecie kapitał jest najbardziej k…skim zjawiskiem, jakie można sobie wyobrazić. Wchodzi na krótko, generuje bańki spekulacyjne, zyski realizuje nie patrząc, czy zostawia po sobie zgliszcza.

    Natomiast inwestowanie przez przyszłych emerytów w gospodarkę swojego kraju (a choćby i też w papiery skarbowe) nie jest to nic innego jak budowanie miejsc pracy dla siebie i następców. Przypomnę, że finanse Japonii stabilizuje właśnie bardzo wysoki udział podmiotów krajowych w długu. My zmierzamy w przeciwnym kierunku – wystawiając się na kaprysy hien. Zamiast budować kapitał w kraju przez oszczędności emerytalne obywateli tego kraju.

    @ młody Tyrmand
    Co może być ciekawego w facecie, który miał trywialny zamiar sprzedać nazwisko ojca? Przecież “fundusz Tyrmanda” byłby tylko banalną próbą spieniężenia marki wypracowanej przez tatusia.

  5. GZalewski

    @dorota
    “Przecież “fundusz Tyrmanda” byłby tylko banalną próbą spieniężenia marki wypracowanej przez tatusia”
    A sprobuj sie zastanowic kto mialby byc grupą docelową. Myslisz, ze tylu jest czytelników Złego, ktorzy zachowują sie jak groupies i kupują wszystko jak leci z marką “Tyrmand”?

  6. _dorota

    Czy czekoladki “Mozartkugeln” kupują tylko znawcy muzyki Mozarta i masońskiej symboliki Czarodziejskiego Fletu?
    Wystarczy szeroka znajomość nazwiska. W pokoleniu mojego Ojca Tyrmand był kimś w rodzaju celebryty (o ile taki szablon można przyłożyć na tamte czasy). A i młodsi kojarzą, ostatnio znowu zaczyna być modny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *