W sporze o OFE mam wątpliwą przyjemność bycia w obozie, który właściwie od początku istnienia systemu nie przywiązywał wagi do tego, jaka będzie emerytura i kto ją zapłaci.
Nie dlatego, że nie wierzyłem w OFE czy wierzyłem w ZUS. Nie wierzyłem w jedno i drugie, bo zwyczajnie żyłem w przekonaniu, że obowiązkowe systemy emerytalne nie mogą działać równając ludzi najpierw przymusem uczestnictwa a później przymusem uwiądu przed telewizorem. Zawsze miałem marzenie, że nigdy nie przejdę na emeryturę a jeśli już zostanę zmuszony, to przy takim poziomie zabezpieczenia we własnym majątku, który pozwoli na spokojne czytanie książek, ale już nie leżenie pod palmami czy latanie po świecie. Zwyczajnie nie kupowałem świata, w którym marzy się, że jako 70-latkowie pojedziemy na safari w Kenii, jeśli wcześniej nie pojechaliśmy. Zawsze wydawało mi się, że 70 lat, to wiek, w którym minimalizuje się pewne działania niż je maksymalizuje i nie kupuje paciorków sprzedawanych przez masową turystykę.
Tak zarysowana postawa zbiegła się z wiedzą nabytą od uwrażliwiających na demografię nauczycieli na studiach, którzy właściwie w wieku 21 lat otworzyli drzwi do przyszłości świata i Polski. Zapaść demograficzna była do przewidzenia lata wcześniej. Rozejrzenie się po danych mówiło i ciągle mówi, że reformowanie systemu emerytalnego w Polsce było tyleż samo potrzebne przyszłym emerytom, co Państwu, które czeka zderzenie z coraz większą dziurą w FUS. Wszyscy rozsądni ludzie wiedzą, że ZUS jest nie tyle bankrutem, co czarną dziurą w każdym kolejnym budżecie, który musi sklejać każdy minister finansów. W przyszłości nie będzie miało znaczenia, czy minister jest czerwony, czarny, różowy czy zielony. Każdy napisze budżet tak, by zdołał zebrać kasę na dopłatę do FUS.
W takim kontekście zupełnie nie mogę zrozumieć dlaczego dyskusja o likwidacji, ograniczeniu czy co tam jeszcze chcą media i komentatorzy zrobić z OFE, pomija kluczowy temat, jakim są cele przyświecające wprowadzaniu reformy. Częścią programu OFE było również takie pokierowanie składkami na FUS, by dzisiejszymi oszczędnościami przesyłanymi do OFE a nie do ZUS protezować przyszłą dziurę w FUS. Dziś tego tematu już nie ma a różnej maści użyteczni idioci – z pełną premedytacją używam tego słowa – dają wodzić się za nos zwolennikom likwidacji OFE pomijając kluczowy temat, jakim jest elementarna dla przyszłości kraju sprawa oszczędzania dzisiaj, żeby nie trzeba było pożyczać czy kraść jutro. Tak było i tak będzie, czy ktoś chce, czy nie.
Problem z porażką systemu dwufilarowego – trzeci właściwie nie istnieje – polega na tym, że nie towarzyszyła mu równoległa reforma administracji publicznej, racjonalizacji wydatków w administracji i odpowiedzialna polityka budżetowa od końca zeszłego wieku. Likwidacja OFE nie zmieni na tym polu niczego. Polska będzie operowała o deficyty budżetowe przez lata i w kontekście deficytu w FUS, czy zlikwidujemy OFE czy nie. Naprawdę problem z emeryturami polega na tym, że Polskę czekają lata coraz większej ekspansji podatkowej państwa, która będzie podkopywała przedsiębiorczość, obniżała atrakcyjność inwestycyjną i zwyczajnie dławiła rozwój gospodarczy oraz goliła coraz bardziej obywateli coś produkujących. Mgła rozpylana przez szum medialny może to przykryć, ale dziury nie zaklei.
Zmarła Margaret Thatcher, której nie uhonorowaliśmy na blogach. Nie wszyscy się zgodzą z laurką, więc w tylko w moim własnym imieniu evergreen, który jak ulał pasuje do dyskusji o OFE.


Dodaj komentarz