Zainteresowanie Komisji Nadzoru Finansowego jedną z firm rozlało się szeroką falą po finansowej blogosferze. W morzu domysłów i wątpliwości oraz czytelnej próbie wychłodzenia rozmachu spółki przez nadzór przebija znacznie poważniejszy problem – konsekwencji analfabetyzmu finansowego.
Na początek warto odnieść się do działań Komisji Nadzoru Finansowego. W branży, w której ludzie przynoszą swoje pieniądze w celu ich pomnożenia czy zdeponowania, samo wyrażenie wątpliwości jest równoznaczne z postawieniem tezy, iż mamy do czynienia z czymś wątpliwym. Samo wdrożenie procedury szeroko komentowanej w mediach oznacza, iż każda firma pod lupą KNF staje na progu likwidacji. Dziś już właściwie nie ma żadnego znaczenia, czy X albo Y znalazł niszę, której nikt wcześniej nie znalazł. Ważne jest, iż wiatrak rzuca wątpliwościami i tylko od ulokowania spółki na rynku zależy, czy informacje dotrą do klientów. Jeśli klientami spółki są w większości ludzie omijający mainstreamowe media, to szkoda może być do przełknięcia. Jeśli nie, przekroczony zostaje próg krytyczny i firma stanie się wspomnieniem nie dlatego, że mogła oszukiwać klientów, ale w wyniku zakwestionowania wiarygodności. Nie muszę dodawać, że plotka jest wyjątkowo groźna w czasach kryzysu.
Osobiście jestem przekonany, że KNF musiał działać w przekonaniu, iż – luźny cytat z jednego z poprzednich szefów nadzoru – „ratuje wielu ludzi przed oszustwem”. Zwyczajnie w takich wypadkach bardzo łatwo sięga się po tezy ze stanów przyszłych, potencjalnie możliwych, których nikt nie sprawdza i nie jest już ważne, czy uda się obronić w sądzie własną decyzję. Z logiki działalności instytucji wynika, iż lepiej utopić jakąś spółkę, wobec której są wątpliwości, niż narazić się na zarzut braku działania. Dla jasności, nie widzę w działaniach KNF niczego, czego nie robią inne instytucje. Jeśli przypomnimy sobie sprawę dopalaczy, to sięgano nawet po nadzór sanitarny. Wszyscy byli dumni, że państwo zadziałało i problem udało się rozwiązać zanim prawnie poszerzono zakres prohibicji.
Na poziomie państwa to, co łączy głośną dziś sprawę z gorączką złota w tle z tzw. dopalaczami sprowadza się do kultury prawnej, w której zabić można każdego, kto nie ma po swojej stronie armii prawników. Przy szacunku dla rozmachu działań młodego właściciela przedsięwzięć rzucających wyzwanie wielkim graczom, to ciągle człowiek o zbyt małym kapitale, by zdołał przeciwstawić się urzędnikom państwowym. Z polskim państwem wygrywają i zostają na rynku tylko podmioty wielkości Eureko, za którymi stoją duże kancelarie prawne a nie firemki wynajmujące słabo rozpoznawalnych adwokatów. Polska firma może wygrać z radykalnie działającym państwem tylko wówczas, gdy jest podczepiona pod zagraniczne firmy i powiązana kapitałowo z wielkimi instytucjami.
Ważniejszym od działań nadzoru, który – trzeba podkreślić – zawsze w takich sytuacjach operuje w bardzo trudnej sytuacji ryzykując uruchomienie mechanizmu samospełniającej się przepowiedni, jest analfabetyzm finansowy. Dziś państwo przygotowuje ludzi do tego, żeby z pamięci cytowali powstańcze wiersze a nie przygotowuje do życia w świecie kredytów, oszczędności, inwestycji lub chociażby planowania budżetów domowych. Większość młodych Polaków wchodzi w dorosłe życie przygotowanymi do powstania a nie do walki z nieuczciwymi sprzedawcami, którzy manipulują procentami przy niemal każdej wyprzedaży. Tak długo, jak państwo nie powalczy z analfabetyzmem finansowym, tak długo KNF będzie zmuszany do działań chroniących analfabetów. W sumie KNF przypadła niewdzięczna rola ochrony ludzi, którzy nie rozumieją wiele z sytuacji, w jakiej znaleźli się na własne życzenie.


Dodaj komentarz