W blogosferze i mediach związanych z rynkami sporo szumu wywołało ostatnie wystąpienie szefa Rezerwy Federalnej na George Washington University. Poza kilkoma banałami pojawił się ciekawy wątek złożoności kryzysów, który w świecie szybkich odpowiedzi i banalnych uproszczeń jest wart odnotowania.
Wykład – pierwszy z czterech – był w dużej mierze monografią wprowadzenia systemu Rezerwy Federalnej w USA i odpowiedzi Fed na kryzys lat trzydziestych XX wieku. Dla osób, które poświęciły odrobinę czasu na prześledzenie historii Wielkiego Kryzysu nie było tam nic nowego. Dla osób, które poświęciły nieco więcej czasu na zrozumienie obecnych działań szefa Fed w kontekście jego prac naukowych trudno było o zaskoczenia. W istocie Ben Bernanke przedstawił w skrócie własne oceny działań Fed w latach trzydziestych XX wieku i kilka komentarzy na temat ówczesnej lekcji dla współczesności.
W większości przypadków na plan pierwszy wybija się jednak krytykę systemu monetarnego opartego o standard złota, który zdaniem obecnego szefa Fed był jedną z przyczyn skali kryzysu w początkach XX wieku i w żaden sposób nie jest odpowiedzią na obecny kryzys, bo zwyczajnie pozbawia bank centralny narzędzi, które – zdaniem wykładowcy – ułatwiają walkę z kryzysem. Nie chcę wchodzić w potencjalną polemikę, jaka rozpęta się zapewne po tym wystąpieniu na temat standardu złota z prostej przyczyny – większość i tak okopie się we własnych poglądach mówiąc obok siebie.
Ciekawszy w wykładzie i odpowiedziach na pytania szefa Rezerwy Federalnej wydaje mi się sygnał, w którym Bernanke wprost daje do zrozumienia, iż lokowanie przyczyn kryzysu gospodarczego – dowolnego – w jednostkowym wydarzeniu jest zwyczajnym zawężeniem problemu. Osobiście nazwałbym taką postawę dobitniej, ale zostawmy epitety na boku. W skrócie rzecz relacjonując Ben Bernanke słusznie daje do zrozumienia, iż nie można korzeni kilkuletniego kryzysu szukać w kilkudniowych spadkach na rynkach akcji, czy upadku jakiegoś banku. Problemy, które wywołały kryzys są dużo głębsze niż nadmierne ryzyko podejmowane przez najbardziej szalonych bankowców czy bańki spekulacyjne.
Oczywiście w świecie, w którym emocje koncentrują się na tym, co kto zepsuł, a nie jak to naprawić, trudno przekonać ludzi do przyjęcia do wiadomości faktu, iż za kryzys roku 2008 odpowiadają w równym stopniu sprzedający karty kredytowe, jaki i zadłużający się nad miarę klienci banków. Nie można przyjąć do wiadomości, iż winę za niespłacony kredyt ponoszą do spółki kupujący za duży dom i kredytujący tą fanaberię u osób, które nie mają szans spłacić zaciągniętego kredytu. Stąd już tylko krok to postawienia na szafocie prezesów jednego, czy drugiego banku i – ku uciesze gawiedzi -publicznie zgilotynowanie za chciwość.
Czasami zastanawiam się, jakiego klucza użyć wobec osób, które tak łatwo poddają się fałszywemu przekonaniu, iż w sytuacji dynamicznie rozwijającego się kryzysu można znaleźć pierwszy kamyczek w lawinie. W większości przypadków dochodzę do wniosku, iż ludzie dzielą się na tych, którzy postrzegają świat w kategoriach prostych przyczyn i skutków – często naciąganych – i na tych, którzy widzą wokół siebie procesy o własnej dynamice. W takim podziale zwolennicy pierwszego obozu ocieniając fakty dzielą je na dobre lub złe a zwolennicy drugiego podejścia mają tendencje do zawieszania ocen i dodawania wątpliwości.


Dodaj komentarz