Bardzo dużo szumu (reklamy?) zrobili blogerzy bossy wokół funduszu sygnowanego przez Krzysztofa Rybińskiego. Nie ukrywam, że z szacunkiem podchodzę do rozmachu medialnego, któremu poddała się blogosfera. Wygląda na to, że mamy Polsce pierwszy fundusz, który wykorzystał środowiskowe zainteresowanie do samonapędzającej się promocji i już za to należą się oklaski.

W sumie, chyba nawet Towarzystwo, pod którego skrzydłami rozwija się produkt, życzy sobie sukcesu połowicznego – czyli subskrypcji, ale już nie do końca wyniku.  Dla oczekujących oceny pomysłu na starcie notki napiszę, że widzę w nim przepis na piękną katastrofę i świetną okazję do stracenia pieniędzy.  Dodam tylko, że do końca 2014 roku naprawdę aktywni gracze wyciągną z rynku 50 procent zarówno na spadkach, jak i na wzrostach euro, więc dla spekulanta cały ten szum wokół funduszu jest zwyczajnie letni.

Ilość założeń, które przyjęto na starcie jest tak ogromna, iż nie wiadomo, od czego zacząć krytykę. Jak dla mnie najciekawsze jest założenie, iż w sytuacji upadku Włoch i „run on banks” w Polsce przeżyje samo towarzystwo Opera, które w oceanie paniki oprze się masowej likwidacji udziałów w funduszach. Powiedziałbym, że dziś klienci mają w pamięci bliską przeszłość, w  której spadało na giełdach wszystko i to niezależnie od tego, czy zarządzający był gwiazdą dekady, czy utracjuszem roku. Ta pamięć w sytuacji kryzysu nie pozwoli zostawić pieniędzy na rynku.

To, co najbardziej zaciekawiło mnie w tym funduszu, to poziom skomplikowania sobie życia przy jednoczesnej ślepocie na fakty. Proste przypomnienie roku 2008 pokazuje, że w czasie masowego wycofywania się kapitału z ryzyka królem na rynku jest dolar i japoński jen. Dlatego, jak ktoś chce zabezpieczyć się przez Armagedonem, to powinien zamienić część swoich zasobów na dolary i jeny w kantorze czy banku i znaleźć dobre miejsce na ich ukrycie w domu bez przesadnego afiszowania się tym faktem.

Przypomnijmy, iż w drugiej połowie roku 2008 pary USD/PLN i JPY/PLN umocniły się o blisko 100 procent w sześć miesięcy. Powiedziałbym, że to całkiem godny szacunku zysk z piękną premią w postaci fizycznego posiadania walut, które mogą być potrzebne, gdyby zaczęły upadać banki w Polsce. Kolejny plus, to fakt, iż przy braku końca świata dolary czy jeny nie powinny tracić szczególnie na tle innych walut. Przy operacji nie trzeba płacić za zarządzanie i czytać później przeprosin od zarządzających za to, że „kometa nie trafiła w ziemię, jak tego oczekiwaliśmy”.

Ktoś powie, iż tym razem może być inaczej i wcale dolar nie będzie królem. Problem w tym, że nawet dzisiaj dostajemy dowody na to, że dolar pozostanie królem – zwłaszcza w regionach świata, które są prowincją. A Polska jest prowincją. Tylko w ostatnim czasie pojawiły się informacje, iż w sytuacji kryzysowej dolar jest najbardziej pożądanym aktywem. W Iranie popyt na amerykańską walutę jest dziś tak duży, iż władze rozważają nawet wprowadzenie kary śmierci dla spekulantów a dokładniej dla osób, które w Polsce znamy pod pojęciem cinkciarzy. W Argentynie, która boryka się z inflacją, kontrole graniczne używają psów do poszukiwania nielegalnie wywożonych dolarów przez granicę. W takich przykładach inwestor indywidualny powinien szukać wskazówek.

Siląc się na porównanie uwzględniające szacunek dla wiedzy i doświadczenia Krzysztofa Rybińskiego oraz szefostwa Opery powiedziałbym, że są idealnym przykładem aktualności miejskiej legendy o inżynierach, którzy poświęcają energię na badania i rozwój projektu długopisu działającego w warunkach braku grawitacji, zamiast sięgnąć po ołówek. Podsumowując, jeśli zakładacie Państwo kolejną falę megakryzysu, to zwyczajnie kupcie sobie kilka paczek dolarów i skoncentrujcie energię na dobrym ich ukryciu poza systemem finansowym a naiwnym zostawcie obietnicę, że w sytuacji upadku świata będą zdolni wypłacić wam wasze pieniądze.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

14 Komentarzy

  1. lesserwisser

    Czyli wychodzi na tp, że proffessore Rybiński maluje kolorową przyszłość zaczarowanym ołówkiem!

    Boom bum Mr Doom. 😉

  2. eisn05

    jak dotąd działa przynajmniej strategia Rybińskiego, że nieważne czy dobrze, czy źle, ale żeby pisali
    no i oczywiście każdy z opiniujących, nawet krytykując lub wyśmiewając pomysł, nie zaniedbuje podkreślać głębokiej wiedzy i doświadczenia – czy nie ma tutaj sprzeczności?

  3. blackswan

    eisn05
    slowko na dzis: sarkazm

  4. blackswan

    tudziez ironia
    tudziez podziw
    tudziez szacunek
    itd.

    w zaleznosci od komentujacego…tu nie ma sprzecznosci

  5. _dorota

    “chyba nawet Towarzystwo, pod którego skrzydłami rozwija się produkt, życzy sobie sukcesu połowicznego – czyli subskrypcji, ale już nie do końca wyniku.”
    Ja myślę, że sama subskrypcja w założonej kwocie będzie sukcesem pełnym: dla Towarzystwa i dla prof. Rybińskiego.

    A za kilka lat napisze się list do subskrybentów:
    “Zachowaliśmy się w minionym roku jak skończone barany. W tej chwili niczego bardziej nie żałuję niż utworzenia [Eurogeddonu] 4 lata temu”…. 🙂
    http://www.bankier.pl/wiadomosc/Prezes-OPERA-TFI-bylismy-kompletnymi-baranami-przepraszamy-1889725.html

  6. zelazny.karzel.wasyl

    @ Dorota i list Opery

    Najwyraźniej Zarządzający Opera TFI mają ambicje na Verdi’ego i Puccini’ego, a wychodzi im z tego co najwyżej Offenbach i Kalman 🙂

  7. Kasia

    Rybiński ma “parcie” na zaistnienie w mediach,tylko po co mu “prof”?

  8. Lucek

    “Rybiński ma „parcie” na zaistnienie w mediach,tylko po co mu „prof”?”

    Kiedyś, kiedyś dawno temu, ten kto miał na wizytówce przytwierdzonej do drzwi od mieszkania swoje imię i nazwisko poprzedzone tytułem naukowym zyskiwał na dobrym samopoczuciu. Zawsze to podnosiło prestiż, gdy na przeciwko mieszkał “Jan Kowalski”, a u nas było “mgr. Kurdupelski”. Piętro wyżej “dr Brzęczyszczykiewicz” vis-a-vis “profesorostwa Śledziewskiego”.
    A jakie cudowne można otrzymać epitafium będąc zasłużonym dla nauki…

  9. deli deli

    werbując sobie klientów i owijając wokół palca wskazującego na psychozę strachu, otwiera sobie ten naukowiec puszkę Pandory. Klienci motywowani i podszyci strachem bardzo utrudniają życie instytucjom wszelakiego prestiżu. Szybko tracą cierpliwość, rzucają przedmiotami, które wymacają pod ręką (ołówki, pióra wieczne i obsadki, flamastry, spinacze otwierają im się w rękach jak scyzoryki obnoszą się z postawami roszczeniowymi i jawnej wrogości.
    Powtarzajcie za mną krótkowzroczni bakałarze;
    …qiam pekawi nimis cogitatione verbo et opere: mea culpa, mea culpa mea maxima culpa…

  10. astanczak (Post autora)

    @ deli deli

    Dobra uwaga z tym nakręcaniem w ludziach paniki, no ale stara zasada marketingu mówi, że trzeba u ludzi wywołać potrzebę a później dostarczyć im obietnicę jej zaspokojenia.

    Niemniej, gra na strachu to niebezpieczna ścieżka, raczej rodem z polityki – polityki niskich lotów.

  11. _dorota

    @ deli deli

    …opere et omissione
    W ich przypadku to raczej omissione zadziałało

  12. lesserwisser

    Opere et omissione? – chyba raczej operetta at comissione!

    A potem będzie expiatio – verbo, opere et omissione, mea culpa, mea culpa, mea maxima culpa.

  13. deli deli

    Kontra, kontrapunkty, punkty po dziesięć dla każdego, pozdrawiam Moich Przyjaciół z Bossablo!

  14. Adam

    głos GZ w trójce cyt…..”czysty zakład ..” cele jeśli korekta pojawi się i potrwa dłużej to bohaterowie nie opędzą się od wywiadów , reportaży , splendoru , i strumienia kasy , ale niedawno w 2008 r kiedy wig 2400 , medialna osoba p. Alfred opowiadał o końcu spadków i wyruszeniu na zakupy , już nie pracuje w tamtej firmie , ma nową , trzymam kciuki za Pana profesora . Gladiatorzy idą na igrzyska .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *