Zatory płatnicze to zwrot, który robił karierę jakieś 8-9 lat temu. Przy okazji recesji, o której mało kto chyba pamięta (przynajmniej na podstawie aktualnych informacji w przeróżnych mediach). To wtedy firmy lawinowo nie wywiązywały się ze swoich płatności, bo gdzieś w mechanizmie ktoś komuś nie zapłacił faktury i cały ciąg zależności sypał się jak domek z kart. To wtedy modne było zakładanie w branży budowlanej – spółek, które reprezentowały dewelopera, nie mając żadnego majątku, których celem było rozliczanie się z podwykonawcami. Tylko, że podwykonawcy nie dostawali swoich pieniędzy i padali jak muchy.

To wtedy wiele zakładów pracy nie płaciło swoim pracownikom w terminie (nie opłacając również ZUS-u), mówiąc im „ciesz się, że masz pracę”. To wtedy wyrabiałem sobie w malej firmie poligraficznej wizytówki i ponieważ zapomniałem wziąć gotówki, powiedziałem właścicielowi, że zrobię mu przelew z konta, jeśli mi udostępni komputer. A on mi na to – „przyjmujemy tylko gotówkę. Już mieliśmy takich co robili przelewy, a później je anulowali”. W pewnym momencie nikt nikomu nie ufał. Wszyscy chcieli natychmiastowych rozliczeń.

Przez krótki moment pracowałem wówczas w firmie (spółka notowana na giełdzie warszawskiej), której właściciele mieli ambicje zostać „koncernem medialnym”. Ich polityka była prosta – nie płacili nikomu, ani pracownikom, ani podwykonawcom, ani usługodawcom (za wynajem, telefony itp.). To znaczy płacili, z kilkumiesięcznymi poślizgami i tylko tym, którzy się trochę bardziej awanturowali.

Zadziwiało mnie to, że obok w innym tytule  – bardzo znanym dzienniku – pracują dziennikarze, wydawałoby się rozsądni i inteligentni ludzie, którym nie płacono od kilku miesięcy, ale mamiono ich, że za chwile będą pieniądze i oni dzień w dzień robili gazetę – czyli pracowali za darmo. I oni w to wierzyli. Gdy zostały odcięte telefony, współtwórca gazety  – zaproponował zespołowi, żeby dzwonili z prywatnych komórek.

Ponieważ miałem podejrzenie, że szefostwo spółki manipuluje informacjami postanowiłem zawiadomić KNF i GPW. Celem było zawieszenie notowań akcji spółki – w mojej ocenie poważnego źródła finansowania szefostwa (sprzedawali akcje, po podbiciu kursu jakąś „enigmatyczną” informacją). Wtedy prezes spółki na chwilę się przejął i zaproponował mi „uregulowanie zaległości”. Podejrzewam, że właśnie tak działała ta metoda. Poinformowałem, że jeśli nie zapłaci całemu zespołowi, to nie oddam nowego numeru magazynu do druku. Mam satysfakcję, że wtedy zaczął się początek końca „koncernu” (jeśli, ktoś jest zainteresowany szczegółami zapraszam).

To również czas, gdy o podobnej strategii słyszało się jeśli chodzi o znany ogólnopolski salon sprzedaży książek.

Wiele przypadków sprawiło, że osiem lat później zająłem się wydawaniem książek. Trochę hobbystycznie, trochę traktując to jako nowe wyzwanie. Częściowo jest to kontynuacja wielu rzeczy, które robiłem od lat. Zawsze czytałem książki, polecałem je na wykładach, pisałem recenzje, cieszyłem się, gdy ktoś wydawał perełki, wzburzałem, gdy przekład był słaby i „zmarnowano” tytuł. Uznałem, że spróbuję rozszerzyć moją działalność okołogiełdową i wydam „kilka” książek giełdowych, które uważam za warte polecenia.

Wiele osób dookoła pukało się w czoło – „bierzesz się za przestarzały biznes”, „ to bardzo trudna branża” itp., itd. Ale cóż, słowo się rzekło. Jeśli coś jest trudne, czemu nie spróbować.

I przez rok słuchałem z dystansu, osób związanych z branżą wydawniczą od lat i niezmiennie się dziwiłem. Zadawałem pytania naiwne jak sześciolatek i wciąż słyszałem „nic się nie da zrobić”, „tak już jest”, „nie mamy wyjścia”.

Wiele osób pytało mnie, czemu moich książek nie ma w powszechnie znanej ogólnopolskiej sieci. Odpowiadałem – a dałbyś towar komuś, kto jest znany z tego, że nie płaci nikomu w terminie, zaproponował ci płatność w terminie 180 dni (słownie dla tych, którzy nie wierzą: sto osiemdziesiąt dni, czyli pół roku), zażądał rabatu 60% i dodatkowo zawarł w umowie zapis, że nie mogę dalej sprzedać jego wierzytelności, jeśli nie zapłaci w terminie. Nie wspominając już o takim szczególe jak prawo zwrotu książek.

Dziwiłem się, że ktokolwiek poszedł na takie warunki. Przecież to nie może zadziałać. Zwłaszcza, że wydawca wystawia fakturę i musi od niej zapłacić VAT i podatek dochodowy. Zagrożony jest cały system – wydawcy, drukarnie, autorzy, redaktorzy.

A propos. Gdy wprowadzano VAT na książki w tym roku, branża wydawnicza grzmiała, że to zarżnie rynek. Ja mówiłem – przecież to super. Stawka 5% nie jest jakaś zabójcza, a może wreszcie znormalizuje ten rynek. Ten główny problem z niepłaceniem w terminie. Właśnie dlatego, że wystawiając fakturę VAT należy zapłacić. Nie znormalizowało. Ale zdaje się, że jeszcze bardziej pogorszyło sytuację. I jeszcze bardziej się dziwiłem, że o problemie jest cicho.

Dziwiłem się, że wydawcy nie są w stanie się porozumieć i powiedzieć – nie dajmy tam książek przez kwartał. Zobaczymy co się stanie. Ale „wielki dystrybutor” rozgrywał to genialnie. Ze swojego punktu widzenia i oczywiście akcjonariuszy – korzystanie z darmowego wielomiesięcznego kredytu jest grą wartą zachodu.

Podejrzewam, że mieliśmy teorię gier w pigułce – specyficzną wersję „dylematu więźnia”, w której trzeba zdecydować, czy lepiej iść na współpracę, czy być egoistą. I wygląda na to, że większość wydawców wybierała egoizm (a propos polecam nowość “Sztuka strategii“, wydaną przez MT Biznes). Prawdopodobnie (to mój domysł) ci najbardziej się awanturujący dostawali jakiś „ochłap” zaległości. Podobnie jak to robiono w firmie, w której wcześniej pracowałem.

Jeden z hurtowników mówi mi, że nie może wziąć moich książek, choć bardzo by chciał, bo wielki dystrybutor wisi mu blisko „siedmiocyfrową” kwotę i on już ledwo przędzie. Nie dziwi mnie to. Dziwi, że pozwolono sobie na to.

Dziennikarze, którzy niegdyś pracowali w dzienniku opisywanym wyżej, ze względu na swoje preferencje polityczne narzekają na rząd, że jest nieprzyjazny dla biznesu. Naśmiewają się z „jednego okienka”, że się nie udało. Ale to nie to jest problemem dla przedsiębiorczości.  Większym są wielkie molochy, które mają gdzieś etykę biznesową. Moloch, o którym piszę to spółka giełdowa, czyli taka, od której czasem wymaga się wyższych standardów. I owszem, na swoich stronach ma oczywiście kodeks dobrych praktyk oraz własny kodeks etyczny, w którym można przeczytać: „Członkowie Kierownictwa i Pracownicy zobowiązani są starać się postępować uczciwie oraz na warunkach rynkowych z akcjonariuszami, klientami, dostawcami, konkurentami i pracownikami Spółki”.

Zabawne. Zwłaszcza, że niepłacenie w terminie jest standardem. Wielu z nas zna pewnie hasła o „odpowiedzialnym biznesie”, „fair trade” (na marginesie znów polecę książkę, w której pokazano, że nie zawsze fair trade jest fair. Pisał o niej Adam Stańczak). Pewnie niejeden Czytelnik nie kupił produktów firm, gdzie donoszono o wykorzystywaniu pracowników. Ale wygląda na to, że łatwiej oburzyć się razem z Naomi Klein, niż zauważyć analogiczne sytuacje na rodzimym rynku. Przeczytałem w ostatnich dniach wiele komentarzy, że „wielki dystrybutor” jest fajny, bo pozwala czytać książki, komiksy i że jest „super pro-klientowski”. Wielu z tych, którzy tak piszą, nie wie (albo nie chce wiedzieć), że te „zużyte” egzemplarze wrócą do wydawcy. Wielki wujek nie ponosi żadnego ryzyka.

Ruchy społecznościowe w ostatnich latach sporo zmieniły. Pod wpływem wielkich akcji społecznych wielkie korporacje rezygnowały z wątpliwych etycznie działań. Wieloletnie dyktatury upadały (vide „arabska wiosna”). Może więc nadszedł czas na podobny ruch w Polsce – nie korzystam z usług nieuczciwych firm. Nieuczciwych, czyli nie płacących w terminie – konsekwentnie. Coś zaczęło się dziać wokół „wielkiego dystrybutora”. Powstała kampania na Facebooku „nie karmię książkowego potwora”. To o czym wiedziała wyłącznie branża, ma szansę dotrzeć do powszechnej świadomości.

Wielu myśli, że chodzi o walkę z monopolem. To zły punkt widzenia. Chodzi o marne standardy w biznesie i ich piętnowanie. I uświadomienie zwykłym ludziom, że niepłacenie w terminie to domino, wcześniej czy później sięgnie ich samych, albo kogoś z otoczenia.

**

Długo zastanawiałem się czy pisać ten tekst. Nie jestem już jak kiedyś wyłącznie dziennikarzem. Jestem związany z instytucją, której logo firmuje moje teksty, a ja ją reprezentuję. Dodatkowo, można uznać, że dbam o swój własny interes jako wydawcy. Ale od wielu lat pisałem o spółkach giełdowych i wątpliwych zachowaniach, więc uznałem, że tym razem też to zrobię. Bo problem jest ważny.

A swoją drogą zastanawiam się, czy jakaś instytucja finansowa w swojej wycenie akcji uwzględni „ryzyko” ruchu społecznego. Moim zdaniem jest dość wysokie.

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

28 Komentarzy

  1. astanczak

    Z tą firmą o uznanej pozycji jest jeszcze jeden problem – coraz trudniej tam kupić książkę, jeśli szuka się czegoś konkretnego. W weekend chciałem kupić jakąś książkę do czytania dla dziecka (nie za duże litery, troszkę ilustracji, jakaś klasyka z dobrym tłumaczeniem i w miarę ładnie wydana, cena bez znaczenia – to nie są wymagania trudne do spełnienia) i po godzinie szukania wylądowałem w… supermarkecie Real, gdzie ceny były niższe a wybór właściwie taki sam, jeśli nie lepszy.

  2. blackswan

    nie-re-al-ne;
    nic, tylko trzymac kciuki, ze jak tylko pojawi sie w Polsce Amazon to zmiecie ten moloch w pyl

  3. lesserwisser

    “Zatory płatnicze to zwrot, który robił karierę jakieś 8-9 lat temu. Przy okazji recesji, o której mało kto chyba pamięta”

    Muszę skorygować bo zatory płatnicze to zwrot, który robił karierę jakieś 10 lat wcześniej, na poczatku lat 90 tych, gdy wdrażany był tzw “genialny” plan Balcerowicza i kiedy odsetki rosły jak na drożdzach z dopalaczem.

    Spowodowało to lawinowe narastanie nalezności, problemy z bieżącą płynnoscią firm, opożnienie zapłaty, upadek wielu niezłych przedsiębiorstw oraz sztuczne wzbogacenie takich podiotów jak banki i zakłady energetyczne. Mimo, że wszystko było wtedy jeszcze pastwowe nastopiło księgowe ociążenie horrendalnymi odetkami jednych i przesuniecie tak wykreowanego kapitalu do innych podmiotów, które tak dokapitalizowane zazwyczaj zostały potem sprywatyzowane i sprzedane podmiotom zagranicznym.

    Ale dzis mało kto o tym pamieta, bo za młode jesteśta na Heroda.

    Z ciekawością przeczytałem opis stanu rozkładu polskiej branzy wydawniczej, obraz jest zadziwiający, potwierdza jednak że u nas wszędzie patologia stała sie nromą, nawet w szeroko rozumianej kulturze i oświacie.

    Jak widać zatory płatnicze, wykreowane 20 lat temu, skutecznie rujnują nasze podmioty gospodarcze do dziś.

    Widmo Balcerowicza wciąż krąży po Polsce!

  4. podtworca

    Ech, skąd ja to znam. 4 lata temu też miałem wydawnictwo i myślałem, że wejście z programem na TOP listy pozwoli nam utrzymać się już w pierwszym roku. Tymczasem okazało się, że im lepsza sprzedaż, tym gorzej dla nas, bo produkcja towaru + wysyłka kosztowały, podatki od faktur trzeba było płacić a płaciły tylko małe sklepiki internetowe.

    Uratowała nas sprzedaż za granicę i wyniosłem naukę, że z polskimi molochami jeśli handlować, to jak w Azji – tylko za gotówkę. Mam za to dobre doświadczenia z filiami zachodnich wydawnictw w Polsce – kultura pracy, płatności w terminie, zaliczkowanie. Takie mamy państwo i rządy, jakim jesteśmy narodem..

  5. blackswan

    “Widmo Balcerowicza wciąż krąży po Polsce!”

    lol, Balcerowicz musi odejsc!

  6. pit65

    @lesserwisser

    Zgodnie z oficjalna doktryna “wolny rynek” wyreguluje 😉

    Tak sobie pomyslałem głupi jak się “wolnego człowieka” zamknie w pace to taż się dobrze wyreguluje 🙂

  7. lesserwisser

    @ pit65

    “Zgodnie z oficjalna doktryna „wolny rynek” wyreguluje”

    Też tak kiedyś sobie myślałem naiwny, dziś juz nie am tych złudzeń, w przypadku polskiego wydania kapitalizmu sarmackiego.

    Powtarzam – w Polsce patologia ma tendencje do stawania się normą.

    Kapitalizm tak – wypaczenia nie!

  8. Janusz

    Z każdą nieuczciwością “warto” walczyć (tak, jak “Warto być przyzwoitym”). “Wypaczenia – nie!”

  9. Wojtek S.

    Panie Grzegorzu, bardzo dobrze że napisał Pan ten tekst! Duże brawa!

    Ciekawe, że mieliśmy podobne doświadczenia. Moje wnioski – nie pracować za darmo, od razu kierować sprawę do sądu. W latach 2002-2003 pracowałem dla pewnej firmy, wydającej dziennik ubezpieczeniowy. W 2003 nie dostałem na czas honorarium za miesięczną pracę z tytułu umowy o dzieło. Monity nie przynosiły skutków, powiedziałem że kieruję sprawę do sądu. W sumie więc pracowałem dwa miesiące “za darmo”, czekając na wypłatę i aby nie zakłócić wydawania dziennika.

    Sprawa w sądzie cywilnym ciągnęła się dwa lata, ale nawet wyrok sądu nie skłonił właściciela do wypłaty honorarium+odsetki+2000 zł kosztów sądowych łącznie z honorarium prawnika. Natychmiast po uprawomocnieniu wyroku moja prawniczka skierowała sprawę do komornika, który wpadł do firmy, ostemplował komputery i pieniądze znalazły się natychmiast! Mam nadzieję, że właściciel dostał nauczkę na całe życie i teraz już płaci faktury.

    Polecam współpracę z brytyjskimi klientami. Tam w ciągu sześciu lat działalności użyłem słowa “solicitor” tylko dwa razy. Pieniądze przyszły natychmiast. Z tego co się orientowałem, gdyby do tego doszło, sprawa w sądzie potrwałaby dwa miesiące, a pozwany zostałby obciążony znacznie wyższymi kosztami postępowania niż w Polsce. Może kiedyś w Polsce będzie podobnie.

    pozdrawiam

  10. Bartolomeush

    Taki polski sposób na biznes, albo i byznes.

    Pierwszy przykład z brzegu – operatorzy telefonii komórkowej. Założę się, że większość z nas musiała kiedykolwiek reklamować jakąś usługę, np. taką która miała być darmowa, ale opłata i tak została naliczona. Jasne, operator się przyzna i pieniądze odda, ale dopiero w następnej fakturze (lub kilku kolejnych), czyli dopiero po miesiącu, w formie upustu. A ilu, np. korzystających z polecenia zapłaty, w ogóle nie zauważy… OK, nie są to kwoty wysokie, terminy tak długie jak w przypadku dystrybutora z tekstu GZ, ale biorąc pod uwagę liczbę abonentów – możliwości są spore. Ot, forma darmowego kredytu obrotowego.

  11. _dorota

    Komentarz Wojtka S. zawiera istotę problemu: powszechność wymuszania swoistego “kredytu kupieckiego” na pracownikach, dostawcach, kooperantach jest możliwa tylko w warunkach kompletnej niewydolności sądów powszechnych. To jest jedno z najgorszych zaniechań obecnego rządu (i nie zanosi się, żeby coś się w tej sprawie ruszyło).

  12. gzalewski (Post autora)

    Mnie zaskoczylo cos jeszcze innego. WYdawalo mi sie, ze problem dotyczy małych. Ze firmy typu Proszynski, ZYsk, Helion są w stanie wymusic na dystrybutorze normalne partnerskie traktowanie. Wszake tylko wtedy ma to sens.
    A tymczasem:
    http://wyborcza.pl/1,75248,10720845,Bunt_wydawcow.html
    I to dla mnie jest zaskoczenie. A pokazuje tylko jedno, ze wszyscy popelniaja strategoczny błąd mowiac o jakiejs innosci ksiazki jako towaru. Dystrybutorowi zlega czym handluje. Co prawda w przychodach calego NFI to wlasnie dystrybucja stanowi największy przychod, ale probuja zbudowac tez inne “nogi”

    @_dorota
    “najgorszych zaniechań obecnego rządu” – jeśli obecny rząd trwa od 8 lat to masz rację. Ale nie wydaje mi się.
    Zaden rzad niewiele zrobil. W pewnym momencie naprawde doszło do rozliczen gotówkowych. NIkt nikomu nie ufal.

  13. lesserwisser

    “Na półkach Empiku coraz trudniej znaleźć…”

    Właśnie przyszłem, po tym jak z siebie wyszłem, i wreszcie zrozumiałem przyczynę.

    Otóż widziałem dziś w kiosku Politykę Arystotelesa, tom 1, z świetnej serii Biblioteka Filozofów (takie pozycje też się czyta, a co – nie tylko ekonomiczne i finansowe koszałki opałki. 🙂

    Udałem się wiec do MPiKu by ją zakupić i przy okazji nabić sobie punkty bonusowe na kartę. A tu eee , nie mogłem jej znaleźć. Zmuszony więc byłem biegać po okolicznych kioskach, aż wreszcie gdzieś dostałem.

    Coraz częściej się to zdarza, córka mi też sygnalizowała problemy z zakupem właściwego tytułu w MPiK.

    Teraz rozumiem co za przyczyna.

    PS

    Wystarczyło by może wprowadzić specjalny przepis, że w przypadku zalegania z płatnością powyżej miesiąca, odsetki podwyższały by się, co tydzień, o 25% stawki odsetek ustawowych, a po trzech miesiącach sprawa automatycznie trafiała by do komornika.

    I problem mógłby się sam rozwiązać, bo jakoś wobec fiskusa i banków
    nie maja problemów z płatnościami.

  14. gzalewski (Post autora)

    less – w czyim tłumaczeniu ta Polityka – jakieś nowe?

  15. lesserwisser

    Grzegorz Z.

    To reedycja Polityki Arystotelesowej wedle klasycznego przekładu Sebastiana Petrycego z Pilzna, tom drugi pojawi się 7 grudnia.

    Poprzednia w serii była Etyka Arystotelesa.

    Wydawca Hachette.

  16. _dorota

    @ Lesserwiser
    “po trzech miesiącach sprawa automatycznie trafiała by do komornika.”

    A to by oznaczało zamknięcie drogi sądowej dla strony, która np. może kwestionować podstawę wystawienia faktury (generalnie: może kwestionowac istnienie wierzytelności). Zauważ, że nawet bankowe tytuły egzekucyjne mają być zniesione (i tak po prawdzie nie ma powodu, żeby banki miały takie prerogatywy, własciwe organom państwowym).

    Zamiast dodatkowo komplikować stan prawny trzeba się skupić na usprawnieniu orzekania w sprawach gospodarczych. Tak nawiasem mówiąc: obecny rząd miał na zrobienie czegokolwiek cztery lata, woleli zajmowac się jakimiś hasłami w rodzaju “jednego okienka”.

  17. ryzyk fizyk

    > woleli zajmowac się jakimiś hasłami

    Trudno się dziwić, rządy – każde – wolą “zajmować się” niż zrobić. Jak coś chce się zrobić, to się to po prostu robi a jak chcę się robić, to wówczas trzeba się tym zajmować.

  18. lesserwisser

    @ dorota

    Oczywiście masz absolutną rację, gdyż trochę bezmyślnie, dokonałem pewnego skrótu myślowego.

    Miałem na myśli uruchomienie legislacyjne swojego rodzaju szybkiej ścieżki orzeczniczej przez wydzielone komórki w sądach, które w trybie przyspieszonym orzekały by o zasadności roszczenia i na tej podstawie wystawiały by bankowy tytuł egzekucyjny – powiedzmy w ciagu 7 dni.

    Oczywiste jest, że ciężar dowodu, należności lub nie-należności świadczenia, ciążył by na obu stronach.

    Wydaje się jednak, że nieuczciwemu dłużnikowi, który został właściwie zaspokojony (prawidłowe wykonanie umowy) znacznie trudniej by było udowodnić, ze świadczenie jest nienależne, lub umowa została wykonana wadliwie.

  19. _dorota

    “Miałem na myśli uruchomienie legislacyjne swojego rodzaju szybkiej ścieżki orzeczniczej przez wydzielone komórki w sądach, które w trybie przyspieszonym orzekały by o zasadności roszczenia”

    To jak najbardziej, choć może nie w ciągu 7 dni (bo obie strony musza mieć możność wypowiedzenia się i tryb odwoławczy trzeba zapewnić).

    Etyka biznesowa musi być najzwyczajniej w świecie wymuszona działaniem wymiaru sprawiedliwości. Dopiero potem będzie szansa, że “wejdzie w krew”. Podobno frak dobrze leży dopiero w siódmym pokoleniu 😉

  20. Grześ

    Sądowy nakaz zapłaty można uzyskać już w 2 tygodnie. A w sumie ze sprzeciwem a także do uprawomocnienia nie minie raczej więcej niż 4-6 miesięcy. Oczywiście powinno być szybciej, bo sprawy są trywialne. Ale i tak jest dość szybko.

    Problem leży w:
    a) komornikach – oraz jakości czy kosztach ich usług
    b) adwokatach/radcach – jest drogo, przez co nie opłaca się windykować z pomocą profesjonalistów.

  21. lesserwisser

    Myślę, że, mimo wielu problemów i trudności, jakby przeprowadzić sprawnie parę takich expressowych pokazowych postępowań, ściągnąć długi z wysokimi odsetkami, obciążyć ich kosztami adwokackimi i sądowymi, dobrze nagłośnić sprawę w mediach, publikować listę nierzetelnych, to by nagle przybyło rzetelnych kontrahentów i problem szybko sam by się rozwiązał.

    Trzeba tylko chcieć, nie wystarczy bredzić, że żyjemy w państwie prawa, trzeba to pokazać, wszem i wobec!

  22. karroryfer

    Książka może nie jest zupełnie – ale jest jednak nieco inna ( niż zwykłe towary). Ja obecnie nawet gazety czytam w kompie – i mimo posiadania paru ładnych ( pełnych 🙂 półek w domu uważam że za parę lat książki papierowe będą kupowali tylko kolekcjonerzy ( jak winyle obecnie).
    I dlatego nieustannie mnie dziwi dlaczego tak mała jest promocja e-wydań i dlaczego są one ciągle tak drogie.
    Natomiast pełna zgoda że stan wymiaru sprawiedliwości w PL jest największym problemem tego kraju

  23. _dorota

    @ karroryfer
    Komp nie zastąpi ogromnej przyjemności czytania książki, obcowania z nią. Jest wygodniejszy tylko dla informacyjnej “bieżączki”, którą trzeba szybko przelecieć wzrokiem. Książka jest zbyt mocno wrośnięta w naszą cywilizację, żeby miała zaniknąć.

    Co innego może ją zdeprecjonować: inflacja banalnych treści. Ale w internecie szajsu jeszcze więcej.

  24. GZalewski

    wyobrazam sobie, ze moje dziecko idzie do przedszkola z tabletem, a nie z ulubioną ksiazeczką. I cala reszta dzieciakow tez. I budują z nich wieze.;)

  25. pit65

    @_dorota

    “Co innego może ją zdeprecjonować: inflacja banalnych treści.”

    Pismo obrazkowe na poziomie kamienia łupanego w wersji Hi Tech 🙂

  26. lesserwisser

    Eee book.

    Zima wydawców, wiosna czytelników a Lato prokuratora. 🙂

  27. _dorota

    Jesień średniowiecza (po euro 2012).

  28. Karolina Sykulska

    Panie Grzegorzu, proszę o pilny kontakt na mail, który Pan widzi. Myślę, że mam coś, co Pana zainteresuje.

    Pozdrawiam

    Karolina Sykulska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *