Tym razem jest (odrobinę) inaczej

Rzadko zajmuję się komentowaniem bieżącej sytuacji, dziś znajduję  powody by to zrobić.

Zapowiada się nerwowy tydzień dla posiadaczy akcji, jednostek funduszy czy kredytów frankowych (obstawiłbym na przebicie kursu 4 PLN choć chciałbym nie mieć racji). Giełdy stanęły na progu oddzielającym korektę od kolejnej bessy stąd zrozumiałe są obawy o ciąg dalszy koniunktury i nerwowość związana z koniecznością podjęcia ewentualnych decyzji o własnym zaangażowaniu na rynku. Głosy są jak zwykle podzielone, zanim ujawnię swoje zdanie chciałem pokrótce uzasadnić dlaczego brzmi właśnie tak jak za chwilę.

 

Tekst zacząłem pisać zanim jeszcze agencja S&P ogłosiła swoją decyzję o obniżeniu ratingu dla USA przed weekendem. Nie zmieniło to mojego osądu tylko go utwierdziło. Termin jej ogłoszenia działa na korzyść rynków ponieważ w weekend było dość czasu by wszystko przemyśleć, w dzień roboczy zachwiałaby mocno rynkami. Choć mówiąc prawdę rynki nie zasłużyły akurat na wstrząsy z powodu firmy czy firm najbardziej skompromitowanych podczas poprzedniego kryzysu. Nie dość, że ich rating można w drobniejszych sprawach po prostu kupić, że w najważniejszych sprawach kompletnie mijały się z prawdą i timingiem, to podczas przesłuchań przed Senatem ich szefowie z całkowitą i kompromitującą bezczelnością wyznali, że to wszystko co wypisywali nie było oficjalnymi wycenami tylko prywatnymi opiniami. Świat zdaje już sobie sprawę z ich niewiarygodności, problem jest jednak taki, że nie wypracowano nowego mechanizmu wydawania ratingów.

Strzał wykonany przez S&P okazał się kolejną kompromitacją na skutek błędnych o 2 biliony $ szacunków, które Departament Stanu natychmiast wytknął a agencja przyznała się do pomyłki, twierdząc jednak, że ich wiara w nieskuteczne działania nie zmieniła się. Ciekawe czy „wiara” to kolejne „prywatne opinie”? To jednak tylko prężenie sflaczałych muskułów po samopostrzale w stopę. Agencje starają się nadrobić zszarganą reputację i wychodzi to fatalnie. Co mogą zrobić pozostałe z trójki gigantów? Nie zmieniając ratingu potwierdzą niewiarygodne oceny konkurenta i pogrążą jego wiarygodność, zmieniając już teraz narażą się światu. Wiadomo bowiem, że choć profesjonalni inwestorzy potrafią właściwie ocenić te działania to ziarno obaw zaczyna powoli wydawać owoce.

 

O ile era agencji ratingowych w tej formie powinna dokonać żywota jak najszybciej to nie zmienia jednak problemów wielu państw z zadłużeniem. Nietrudno połączyć tę kwestię ze spadającymi indeksami akcyjnymi oraz rosnącym kursem złota, franka i jena. I trzeba dodać, że to wystarczający powód na solidną bessę…

Dwa słowa o tym dlaczego tym razem jest inaczej. Bessa sprzed dekady wzięła początki z samego rynku, nierealne i wręcz stratosferyczne wyceny spółek technologicznych musiały wrócić na ziemię a start-upy oferujące marzenia zbankrutować. Ostatni kryzys pochodził również z wnętrza rynku, który musiał wypalić ogniem toksyczne aktywa i wyczyścić do kości bilanse. W obu wypadkach zaraza przeniosła się po jakimś czasie do realnej gospodarki, powodując jej zastój.

Tym razem mamy do czynienia z problemem znanym i doskwierającym na długo przed obiema w/w bessami, tyle że ignorowanym przez świat. I wyrosłym nie z rynku, ale z działań polityków, a choć po części to koszt ostatniego kryzysu, szczególnie w USA – QE I i II , to największe zadłużenie nastąpiło w czasach Busha. Rządy większości państw powiększają swoje długi nawet podczas dobrej koniunktury, kiedy w takim razie miałaby zacząć się ich spłata?! Doszliśmy do ściany i rynek musi to odchorować ponieważ nie ma takiej szansy, żeby problem redukcji zadłużenia nie przeniósł się do realnej gospodarki, która poradziła sobie z rosnącymi cenami towarów ale nie poradzi sobie bezkosztowo ze zmniejszeniem wydatków rządowych lub podniesieniem danin czy nawet bankructwami państw.

Gdyby choroba miała trwać tak długo jak całkowite redukowanie długów to mielibyśmy bessę o gigantycznej skali, od dawna zapowiadanej przez Prechtera, w której ostatnia hossa byłaby jedynie drobną korektą całych spadków zaczętych na przełomie wieków. Oczywiście rynek ma swoje prawa i wystarczy by uwierzył, że doszliśmy z redukcjami deficytów do stanu jako takiej równowagi, z szaf powypadają już wszystkie trupy a chciwość zastąpiła strach.

Tak jak podczas każdego przesilenia padają również głosy o okazji w ewentualnych zakupach akcji już dziś, nie stawiam jednak na to złamanego grosza. Niepewności i strachu jest jeszcze za dużo a poza tym zarządzający funduszami sami wskazują na swoje niedźwiedzie nastawienia (pisałem o tym 2 tygodnie temu). Drobni inwestorzy mogą pozbywać się zarobionych podczas hossy portfeli ale to instytucje rozdają karty i od ich oceny sytuacji zależy los koniunktury. Rynkowi amerykańskiemu na plus trzeba zapisać najniższy od wielu lat wskaźnik Cena/Zysk, jest dużo zdrowszy niż podczas poprzednich bess i nie przeszkadzają temu wysokie, choć wymagające lekkiego urealnienia wyceny spółek technologicznych i internetowych, tu bowiem rzeczywiście nadeszła rewolucja i przesunięcie przepływów finansowych (w Kanadzie po raz pierwszy wartość reklam internetowych przekroczyła gazetowe).

 

Ponownie bardzo chciałbym się mylić ale większe prawdopodobieństwo przypiszę dalszym spadkom. Za dużo dziś nerwowości, emocji, drobiazgów urastających do wagi tragedii a za mało czynów naprawy bilansów. Jak w takiej sytuacji oczekiwać zmniejszania się deficytów? Rosnący frank, czyli jedno z „safe heavens” za chwilę rozsadzi gospodarkę Szwajcarii, która ma dość roli przytulającego cały świat. Jen od dawna przestał spełniać znaczącą rolę w transakcjach carry trading a eksport japoński przestaje sobie radzić przy obecnych kursach. Rację może mieć Jim Rogers, że najmniej ryzyka niesie za sobą kupno towarów i opartych na nich instrumentach. Natomiast szukanie jakichś wsparć technicznych na wykresach indeksów akcji to bezproduktywne działanie. Utrzyma się tylko jedno, to ostateczne i zobaczymy je już po fakcie. Kilkanaście innych po drodze jest bez znaczenia w powodzi emocji. Najpierw apogeum musi osiągnąć saldo wypłat uczestników funduszy a sprzedający akcje rzucą ręcznik.

Niewykluczone, ze politycy już za chwilę znajdą pomysły na schłodzenie obaw i naprawę deficytów, które pomimo to spadać nie będą, ale z tym jak się okazuje można przez lata żyć na koszt kolejnych pokoleń.

Niepewność od zawsze jest gorsza dla rynków niż złe wiadomości.

p.s. Fragment oskarowego dokumentu “Inside job” z przesłuchań agencji ratingowych:

http://www.youtube.com/watch?v=zIGThxn_eGk

 

–Kat–

[Głosów:0    Średnia:0/5]

2 Komentarzy

  1. vinc

    “trzyma się tylko jedno, to ostateczne i zobaczymy je już po fakcie”

    eee, no Kat.. Ty jeszcze Lucka nie widziałes w akcji ..on na ircu gdzie jest królem pokazuje poziomy i mówi które s ą ważne / tylko lepiej sie nie dopytywać bo robi sie nerwowy/.. on spokojnie wyznaczy gdzie światowe rynki sie odwrócą.. a zaraz pewnie pokaze wykres historyczny który wykaze jego nieomylność i kunszt tarderski:)

  2. Lucek

    Żeby nie było, że tylko na mircu, do tego po czasie.
    Ulubiony B-line dla lepszego utrwalenia:)

    http://charts.dacharts.net/2011-08-08/Lucek_45_1.png

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *