Czytajmy między wierszami

Bez wątpienia wydarzeniem ostatnich dni jest fala obniżek ratingów dla krajów strefy euro. Z niewiadomych dla mnie przyczyn kłopoty Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Irlandii i Włoch utożsamia się z kłopotami całej strefy euro i – znów nie wiedzieć czemu – szybko przeskakuje się do kłopotów samej europejskiej waluty, która miałaby stać się ofiarą rozpadu unii walutowej. Warto rozprawić się kilkoma mitami, jakie pojawiają się w tym kontekście w wypowiedziach mniej lub bardziej znanych komentatorów i dziennikarzy.

Niemcy – mimo pomruków wydawanych z Berlina – nie są zainteresowanie upadkiem unii monetarnej. Powrót do niemieckiej marki czy zawężenie strefy euro do najdynamiczniejszych gospodarek krajów Unii Europejskiej oznaczałby radykalne umocnienie tej nowej wspólnej waluty czy niemieckiej marki. W efekcie niemiecki eksport przestałby być kołem zamachowym gospodarki naszych sąsiadów i wskaźniki ekonomiczne z bezrobociem na czele skoczyłyby do poziomów, które naraziłyby nie tylko stabilność polityczną samych Niemiec, ale również Unii Europejskiej.

Komentujący niechęć Berlina do pomocy zadłużonej Grecji – bo do tego ostatnio sprowadzały się polityczne przepychanki – zapominają, iż 9 maja mieszkańcy jednego z ważnych landów (Nadrenii Północnej-Westfalii) idą do wyborów i żaden z polityków nie odważy się na kroki, które pozwoliłyby konkurencji na zarzucenie władzom topienia pieniędzy niemieckich podatników. Mówiąc inaczej Grecja po części – podkreślam, po części, bo kraj od lat wymagał reform – miała pecha i przegrała z kalendarzem wyborczym, który faworyzuje izolacjonistyczne hasła w Niemczech.

Jakiś przedziwnym zrządzeniem losu – jak to nazywam lenistwem intelektualnym, które każe pisać i mówić bez research’u – większość komentatorów wiąże ostatnią ucieczkę od wspólnej waluty z jakimś mitycznym osłabieniem euro. Doprawdy trzeba być mocno zanurzonym w świecie teraźniejszym, żeby mówić o słabości waluty w kontekście kilku tygodni czy nawet roku. Kiedy następny raz przeczytacie Państwo katastroficzny tekst o tym, iż euro jest rekordowo słabe – piewcy tej „katastrofy” operują oczywiście wartością nominalną – to zechciejcie porównać kursy eurodolara na przestrzeni ostatnich kilku lat.

W momencie wprowadzenia do powszechnego obiegu wspólnej waluty (zastąpienie walut narodowych nastąpiło w roku 2002) euro notowane było po około 90 amerykańskich centów, by w roku 2007 sięgnąć poziomu 1 dolara i 60 centów. Licząc w procentach euro wzrosło o przeszło 70 procent w osiem lat. Dalej na przestrzeni niespełna dwóch lat osłabiło się o mniej niż 20 procent. Stale euro jest warte 50 procent więcej niż w momencie przejścia euro ze statusu waluty stosowanej w rozliczeniach międzybankowych do statusu waluty obiegowej. Jeśli to nie jest miarą sukcesu, to co nią jest? Również relacja euro do jena czy euro do funta nie zostawia wątpliwości, co do siły euro – wyjątkiem jest tylko szwajcarski frank, ale Bank Szwajcarii od miesięcy daje do zrozumienia interwencjami, co sądzi na ten temat.

Jeśli 20-procentowy spadek na przestrzeni dwóch lat ma być miara upadku wspólnej waluty, to ja bałbym się  nazwać to nawet korektą. Niemniej rozumiem moich kolegów komentatorów – dla osoby operującej na rynku lewarem 1:20 albo 1:50 spadek o 20 procent przy źle obstawionym kierunku i nadmiernym ryzyku jest końcem świata. Nie wymagajmy jednak od innych, żeby poddawali się optyce ludzi, którzy obudzeni w środku nocy zacytują poziomy oporu na wykresach czy wysokość stóp procentowych w Japonii. To, co dla nas jest końcem świata dla czytelników i słuchaczy jest mało znaczącym wahnięciem w historii, która ma luźny związek z ich życiem.

W tym kontekście umieszczenie relacji pomiędzy dolarem a euro na przestrzeni ostatnich ośmiu lat wystarcza do tego, by zrozumieć dlaczego największe kraje strefy euro bardzo powoli zbierają się do walki z – jak krzyczą rynki – rekordowo słabym euro. Z punktu widzenia interesów gospodarczych dużych krajów unii walutowej euro jest ciągle zbyt mocne a dolar zbyt słaby. Przez to spada konkurencyjność europejskiego – czytaj francuskiego, włoskiego, niemieckiego – eksportu. Warto zrozumieć, iż to co politycy mówią nie koniecznie ma związek z tym, jaki mają interes – dziś jest nim podniesienie strefy euro z największej recesji od dziesiątków lat i to w świecie, gdzie silna waluta nie jest ideałem, do którego dąży konkurencja. Wszyscy dziś oszukują, więc politycy unii walutowej muszą grać, jak im konkurencja pozwala.

Trzeba jeszcze dodać, iż z racji uwarunkowań prawnych skokowi wartości euro nie można się przeciwstawić, bo kraje Unii zrzekły się narodowej polityki zarządzania wyceną waluty. Europejski Bank Centralny nie może – w przeciwieństwie do Rezerwy Federalnej, Banku Japonii czy Banku Chin – prosto manipulować kursem jednocześnie kłamiąc, iż silna waluta jest w interesie danego kraju. Historyczne uwarunkowania – doświadczenie inflacji w okresie międzywojennym – i prawne skoncentrowanie na inflacji a nie wzroście gospodarczym powoduje, iż Europejski Bank Centralny właściwie nie ma narzędzi pozwalających na „luzowanie ilościowe”. EBC, jako jedyny z największych banków centralnych, nie kupował w ciemno i masowo papierów dłużnych z rynku, jak robiły to Fed, Bank Anglii i Bank Japonii.

Zresztą przed kryzysem politycy w Waszyngtonie, Berlinie, Paryżu, Tokio i Londynie mieli wspólnego wroga, którym był Pekin i jego polityka taniego juana. Kryzys wzmocnił egoizmy  w poszczególnych krajach i każdy – mimo zaprzeczeń – jest zainteresowany raczej własnym podwórkiem niż globalną równowagą. Na jej budowanie przyjdzie czas, jak gospodarki wstaną  z kolan. Warto o tym pamiętać, gdy wzywa się bankierów centralnych i polityków poszczególnych krajów do obrony siły walut. Odpowiedzią będą kłamstwa, że owszem zrobimy, ale działania będzie odsuwało się w czasie, bo trend sprzyja dziś kłamcom. Dlatego na deklaracje polityków i ich działania trzeba patrzeć w szerszym kontekście i koniecznie czytać między wierszami a nie rzucać się w nurt ślepej krytyki.

[Głosów:0    Średnia:0/5]

7 Komentarzy

  1. exnergy

    Nawet choć ładna pogoda nie sprzyja głębszej lekturze, to fajnie się czyta Pana teksty.

  2. gzalewski

    “Jakiś przedziwnym zrządzeniem losu – jak to nazywam lenistwem intelektualnym, które każe pisać i mówić bez research’u”

    No ale to jest chyba dość popularne wśród komentatorów, lubiących często mienić sie analitykami.
    Nie mam o czymś pojęcia, ale się wypowiem. A dane. Dane nie są tak istotne. Istotne jest moje zdanie

  3. gość

    “Dane, wszędzie dane ale żadnej myśli”

  4. punktor

    Wszechwiedzący Panie Zalewski,
    Nie “luzowanie jakościowe” ale “LUZOWANIE ILOŚCIOWE”

  5. astanczak (Post autora)

    @ “Wszechwiedzący Panie” punktor

    jak widać każdy może się pomylić, bo prztyczek chyba do mnie a nie do Grzegorza Zalewskiego – dziękuje za zwrócenie uwagi. Przyznam szczerze, że używam na siłę polskiego pojęcia, stąd pewnie błąd. W sumie chodzi o zwiększenie masy pieniądza a więc również obniżenie jego jakości, ale zgadzam się, że dosłowne tłumaczenie quantitative easing powinno odwoływać się do ilości a nie jakości. Poprawione.

  6. lc

    Panie Adamie, zastanawia mnie dlaczego bierze Pan pod uwagę osłabienie Euro w ciągu ostatnich dwóch lat, a nie np w ciągu ostatnich 2-3 miesięcy.W przypadku gdy w tak krótkim okresie dokonuje się tak mocne osłabienie to zaczyna to być bardziej zastanawiające. Zaczął się bardzo silny trend spadkowy EURO – to widać wyraźnie – do jakiej wartości ? Któż to wie, ale nie wygląda to dobrze.

  7. astanczak (Post autora)

    @ lc

    Proszę porównać trend spadkowy z 2008 i 2010 roku – obecny swoja dynamiką jest znacznie słabszy – eurodolar spadł teraz o mniejszą część tego, co w 2008 roku w niemal dwa razy dłuższym czasie. Inaczej mówiąc na przestrzeni 24 miesięcy widzieliśmy znacznie dynamiczniejszy i mocniejszy spadek wyceny euro a jednak nie mówiono wówczas o upadku wspólnej waluty. Również w pierwszej połowie 2009 roku nie mówiono o jakimś fenomenie euro a jednak trend wzrostowy był równie silny, jak dzisiejszy spadkowy.

    Wykres miesięczny eurodolara dobrze to pokazuje:

    http://stooq.pl/q/?s=eurusd&c=5y&t=c&a=ln&b=0

    Nie neguję trendu spadkowego na euro – trend jest trendem i nie dyskutuje się z nim – ale negują tezę, iż ów trend jest trendem upadku euro. Ten trend – gdyby osłabła jego dynamika – byłby błogosławieństwem dla strefy euro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *