Ostatni wpis na temat konfliktu pomiędzy Wall Street i Main Street wzbudził sporo emocji. Część komentatorów próbowała nawet obsadzić mnie w roli zwolennika Wall Street, chociaż w mojej naturze leży raczej obserwowanie świata niż angażowanie się w polityczne spory. Niemniej poskrobię jeszcze szczelinę, która otworzyła się na świecie i postaram się nieco inaczej opisać mój punkt widzenia na to, co dzieje się w USA i dlaczego mam dystans do całości sporu.
Na początek zajmijmy się najgłośniejszym elementem tego zamieszania, jakim jest argument, iż ludzie z Wall Street – w domyśle 1 procent społeczeństwa – przechwytuje większą część bogactwa i którego pozbawia resztę społeczeństwa. W literaturze przedmiotu nazywa się to rozwarstwieniem społecznym a w praktyce politycznej pozwala kreować wroga, na walce z którym można zbić kapitał i sięgnąć po władzę.
Problem w tym, iż jest to w dużym stopniu myślenie oparte o rzeczywistość, która właściwie już nie istnieje. Wraz z procesami globalizacji wrogiem amerykańskiego robotnika nie jest bankier z Wall Street, ale robotnik w azjatyckiej fabryce. Również konkurencją w walce o zasoby dla bankiera z Wall Street nie są państwo Doe z Nebraski, ale inni bankierzy z Londynu czy Singapuru i – coraz częściej – z Pekinu.
Od dwudziestu lat amerykański John Doe i angielski John Smith przegrywają walkę o pracę z chińskimi konkurentami a Wall Street ciągle wygrywa walkę z innymi stolicami finansowymi. Dlatego też, realne bogactwo amerykańskiego robotnika jest coraz mniejsze a na Wall Street roi się od ludzi zamożnych. Jeśli zechcemy powiązać wzrost zarobków na Wall Street z faktem, iż Wall Street stała się stolicą globalnej gospodarki, na której krzyżują się najważniejsze jej ścieżki, to zwyżka wydaje się w pełni zrozumiała, bo odzwierciedla wzrost siły światowej gospodarki i wzrost znaczenia stolicy tej gospodarki.
W tym kontekście konflikt pomiędzy Wall Street a Main Street uważam za bezzasadny, bo to są światy, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Sukces Wall Street nie został zbudowany na okradaniu Main Street, ale na tym, że idealnie odnalazła się w nowym świecie i stała się jego nieformalną stolicą. Tragedia Main Street – również w innych państwach – polega na tym, iż klasa polityczna nie umie znaleźć recepty na to, jak pomóc Main Street w walce z konkurencją w innych państwach.
To może wyglądać dość abstrakcyjnie, ale wyobraźmy sobie sytuację, iż na świecie nie ma państw a są tylko centra gospodarcze i peryferie gospodarcze. W takim układzie centrum finansowym świata będzie bez wątpienia Wall Street, ale już centrum produkcyjnym będzie raczej Azja. Czy w takim modelu ktoś postawiłby Wall Street zarzut za to, że jest bogata? Mówiłoby się raczej o sukcesie w globalnej konkurencji. Myślę, że wiele innych miast chciałoby mieć swoją Wall Street.
Niestety wszyscy żyjemy w epoce przejściowej, w której siły gospodarcze uciekają spod kontroli państw a społeczeństwa i państwa pozostają zorganizowane – również na poziomie wyobraźni obywateli i klasy politycznej – wedle modelu państwa narodowego. Modelu, którego już właściwie nie ma a przynajmniej słania się na nogach. To zbiorowe wyobrażenie Main Street, iż Wall Street może jej coś dać wydaje mi się fałszywe, bo pomiędzy Main Street a Wall Street jest coraz mniej punktów stycznych.
Pisałem już, że Wall Street, obok Hollywood i Krzemowej Doliny to najważniejsze elementy, jakie USA mają do zaoferowania światu. Powiedziałbym nawet, że tak, jak ropa dla państw na Bliskim Wschodzie a surowce dla Rosji są zasobami strategicznymi, tak Wall Street jest dla Stanów Zjednoczonych sektorem strategicznym. Zadaliście sobie kiedyś Państwo pytanie dlaczego w środku kryzysu USA nie sprzedały swojego sektora bankowego Chińczykom czy Arabom lub Persom? Pierwsi i drudzy mieli zasoby, by przejąć słaniające się na nogach banki. Wytłumaczenie, że koledzy z rządu ratowali kolegów z banków chyba nie do końca odpowiada na pytanie.
Osobiście nie mogę pozbyć się wrażenia, że obserwujemy właśnie coś, co już miało miejsce w historii w czasach rozwoju handlu morskiego. Pierwszy proces globalizacyjny w historii uczynił z Amsterdamu jedno z najważniejszych miast świata. Handel z Indiami dał Amsterdamowi i Holandii złoty wiek XVII. Z dynamicznym rozwojem przyszła też pierwsza wielka bańka spekulacyjna na rynku cebulek tulipanów. Myślę, że takich analogii pomiędzy Amsterdamem a Wall Street znalazłoby się znacznie więcej a tłumaczenia psychologią tłumu czy chciwością należałoby uzupełnić o ciekawsze elementy.
W istocie uważam, że dziś rolę Amsterdamu XVII wieku przyjęła na siebie Wall Street, która konkuruje z innymi centrami finansowymi, jak Amsterdam konkurował z innymi miastami portowymi ówczesnej Europy. Mimo tego, iż rozumiem korzenie oburzenia oburzonych, nie mogę zrozumieć dlaczego to, co jest sukcesem USA wszyscy bardzo chcą uznać za wrzód, który trzeba wyciąć ze zdrowej tkanki amerykańskiego społeczeństwa. Od upokorzenia czy obłożenia podatkami ludzi na Wall Street nie przybędzie miejsc pracy w Nebrasce. Jednak rzucanie kamieniami w banki może spowodować, iż inne centra finansowe chętnie powalczą o rolę liderów.
Wracając do Amsterdamu. Niewiele osób wie, iż sukces Amsterdamu ufundowany został na porażce Antwerpii, która przeszła do historii świata, jako pierwsze miasto giełdowe. Przejęcie przez Hiszpanów Antwerpii spowodowało, iż miejscowi kupcy przenieśli się do Amsterdamu i przyczynili się do potęgi miasta. Nie wiem, czy oburzeni zdają sobie sprawę, iż na świecie upadek jakiejś Antwerpii nie oznacza końca procesu gospodarczego, który zbudował jej potęgę, ale narodziny nowej potęgi, często w innym państwie, choć z tymi samymi ludźmi.


Dodaj komentarz