W ostatnim czasie zrobiło się sporo zamieszania na temat złota, które miałyby kupować Chiny w celu zdywersyfikowania własnych rezerw walutowych. Przytacza się różnego rodzaju wypowiedzi przedstawicieli Pekinu, którzy sygnalizują większe zainteresowanie złotem. Zapewne zgodzicie się Państwo, iż albo Chińczycy są szaleni mówiąc publicznie, iż chcą wymienić posiadane dolary na złoto w celu ochrony własnych rezerw albo na rynku wyolbrzymia się pewne wypowiedzi z dyskusji, która toczy się zawsze, gdy pojawiają się kryzysy walutowe lub dłuższe trendy spadkowe na rynku dolara.
W moim pojęciu interesu narodowego nie mieści się strategia, w której opowiadam, że chcę rzucić na rynek miliardy dolarów, żeby za nie coś kupić, bo to proste zaproszenie do tego, żeby posiadane dobro – dolary – stało się tańsze a pożądane dobro – złoto – droższe. Mówiąc w skrócie to prosta droga do tego, żeby za coś zapłacić drożej. Dlatego uważam, że Chiny stały się dziś raczej nadzieją kupujących złoto niż prawdziwym elementem układanki kształtującym ceny.
Bez wątpienia takie spekulacje padają na podatny grunt. Wedle powszechnie cytowanych danych – ja opieram się na raportach World Gold Council (WGC) – w ostatnich kilku latach Chiny zwiększyły swoje oficjalne rezerwy złota o 75 procent (do przeszło 1050 ton). Wszyscy nagle uświadomili sobie, że na całość chińskich rezerw tylko 2 procent przypadło złotu. Kolejnym elementem są informacje, iż Chiny, jako jedyny kraj w ostatnich kwartałach, zwiększał konsumpcję indywidualną złota. Na to nakłada się informacje o parzących chińskie dłonie rezerwach dóbr dolarowych, których wartość topnieje na fali kryzysu finansowego i polityki Fed.
Przyznacie Państwo, iż to idealna układanka, którą można wytłumaczyć każdy skok ceny złota. Problem w tym, że to tylko część opowieści. Konsumpcja indywidualna złota w Chinach wzrosła między innymi dlatego, że Chiny nie doświadczyły skokowego osłabienia waluty, której kondycja do dolara jest pochodną decyzji administracyjnych a nie wolnego rynku. Gdyby wartość chińskiej waluty kształtowana była tylko mechanizmem rynkowym, to zapewne juan doświadczyłby w zeszłym roku spadku porównywalnego do tego, co spotkało waluty indyjską czy turecką – żeby oprzeć się na krajach, gdzie popyt konsumencki na złoto jest również pochodną tego, jak kształtuje się wolnorynkowy kurs ich walut do dolara. Polecam spojrzeć na wykresy indeksów chińskich, które nie były chronione administracyjnie i porównać z wykresem ceny złota w dolarach, juanie (na wykresie, jako renminbi), rupii indyjskiej i liry tureckiej (źródło: WGC).
Już ten przykład pokazuje, że mówienie o popycie na złoto w Chinach, gdy w innych krajach doszło do załamania konsumpcji, jest manipulowaniem danymi, ale to dopiero początek. W Chinach do roku 2001 handel detaliczny był kontrolowany przez państwo. Wedle jednego z raportów WGC rynek profesjonalnego inwestowania w złoto pojawił się w Chinach dopiero w… 2005 roku. Spróbujcie Państwo sobie przypomnieć, co działo się w Polsce, gdy startowała GPW. Jak skokowo rosło zainteresowanie akcjami. Wyobraźmy sobie, że do 1990 roku w Polsce zabronione byłoby posiadanie złota – statystyki dla Polski wyglądałyby w ostatnich 20 latach imponująco. Mówiąc inaczej w Chinach mamy do czynienia z rynkiem złota, który dopiero się rodzi i co za tym idzie rzucanie procentami musi być czynione w kontekście a nie w oderwaniu od niego.
Większość analityków rynku złota w Chinach jest zgodna, iż czeka go świetlana przyszłość. Na dziś – znów WGC – na głowę Chińczyka przypada dwa razy mniej (w gramach) złotej biżuterii niż w Indiach i blisko pięć razy mniej niż w Stanach Zjednoczonych. Wprawdzie ja nie jestem zwolennikiem prostych porównań, słyszałem już takie na temat wina – co by było gdyby każdy Chińczyk wypijał butelkę – ale uwzględniając ciągoty modernizacyjne i zapatrzenie Chińczyków w zachodni styl życia zapewne popularność złotej biżuterii będzie tam raczej rosła niż spadała. Tylko mówmy o procesie, który zajmie lata a nie miesiące.


Dodaj komentarz