Wystąpienie szefa Fed w Kongresie było kolejnym z serii, którym Ben Bernanke próbował wyciszyć rynkowe obawy przez końcem luzowania ilościowego a pośrednio dalej sterować rynkowymi oczekiwaniami tak, żeby wyhamować wzrost rentowności na rynku długu. Po zachowaniu giełd widać, iż przeszło miesiąc pracy w laniu oliwy przyniosło efekty, ale znów odezwały się głosy, iż Fed funduje hossę bez fundamentów.
Na początek owej krytyki zachowania Fed zacznijmy od zdania, które powiedział sam Bernanke – rynki zaczynają rozumieć, o co chodzi Fed. Nie wiem, czy tylko ja uśmiechnąłem się do ekranu i serwisu informacyjnego. Chciałoby się powiedzieć rychło w czas, ale od czasów Hegla wiemy, że proces staje się zrozumiały, kiedy już można na niego spojrzeć z perspektywy zakończenia. W istocie od samego startu ultra luźnej polityki Fed zderzał się krytyką, którą w najlepszym razie była pochodną innego systemu wartości a w większości przypadków zwyczajną krytykanctwem bez spoglądania na model, wedle którego działał Fed pod wodzą Bernanke.
Kiedy już wszyscy pogodzili się z tym, że jednak działania Fed przynoszą efekty, jak bumerang wróciła idea bańki spekulacyjnej, którą ma fundować Bernanke. Znów można powiedzieć, że działania Fed zderzają się z krytyką głównie z powodów niezrozumienia celów, jakie sobie postawiła Rezerwa Federalna i narzędzi, po jakie sięgnęła. Warto zatem podkreślić prosty fakt, Fed nie może mieć nic przeciwko wzrostom cen aktywów. Wręcz można powiedzieć, że z punktu, do którego chce doprowadzić proces budzenia gospodarki, każde koło zamachowe ma swoją rolę do odegrania a wszystkie łącznie mają się złożyć na pęd gospodarczego ożywienia, które z czasem będzie już nie do zatrzymania.
Z takiej perspektywy patrząc wzrost cen nieruchomości i wzrost cen aktywów są pomocne, bo podnoszą subiektywny, jak i nominalny poziom bogactwa w amerykańskich gospodarstwach domowych. Z czasem, kiedy średnie poczucie bogactwa stanie się wyższe, przeleje się do gospodarki i spełni swoją rolę. Jeśli zgodzić się na taki punkt widzenia, to właściwie już teraz można powiedzieć, iż Fed może nie śni o tym, żeby pojawił się jakiś nowy bąbel spekulacyjny, ale nie miałby nic przeciwko temu, by ceny akcji i nieruchomości dalej rosły i to z dynamiką, która nie będzie zbyt powolna. W skrócie mówiąc Fed nie jest zainteresowany powolnym wzrostem cen, ale odpowiednio szybkim.
W istocie wczorajsze wystąpienie w Kongresie zawierało sygnał, iż Fed jest gotowy do działania, gdyby ożywienie na rynku nieruchomości zaczęło gasnąć. Nie oszukujmy się, iż jakaś dynamiczna przecena na rynkach akcji zostałaby przez Fed pominięta. W obecnej grze wzrosty cen nieruchomości i wzrosty cen akcji, to tak naprawdę tylko klocki puzzla, który Fed składa społeczeństwu, by uwierzyło, iż kryzys minął. Naprawdę idea QE sprowadza się do każdego niestandardowego działania, które podniesie temperaturę pacjenta. Wall Street swoimi zwyżkami wyręczyła Fed z konieczności szukania sposobu na podniesienie cen akcji, ale już Bank of Japan bez trudu sięgnął po jockera. Boleśnie to zabrzmi dla niektórych, ale Fed zwyczajnie po drodze z hossą na Wall Street.
Polecam zatem, by krytycy Bena Bernanke i Rezerwy Federalnej oraz tropiciele przyszłych baniek spekulacyjnych wpisali sobie zdanie do sztambucha: ta hossa jest dobra!

