Nie byłem przekonany w pierwszej chwili, że to mógłby być dobry materiał na wpis, mam nadzieję jednak, że się myliłem.

Historia zaczęła się od maila z gorącą prośbą o spotkanie i rozmowę o sprawach jak najbardziej giełdowych, poparte wszystko kilkoma całkiem konkretnymi argumentami. Grzecznie musiałem odmówić, przede wszystkim z braku czasu, jak również z tego powodu, że te argumenty nie za bardzo współgrają z tym, czym się zwykle zajmuję. Jednakże wymiana maili zmierzała w kierunku, w którym to moje kontrargumenty zaczęły słabnąć, a przy tym osoba po drugiej stronie tej korespondencji zaczynała jawić mi się dość intrygująco. A ponieważ tak się złożyło, że musiałem w sprawach osobistych pojawić się w miejscu pobytu proszącego, więc skorzystałem z zaproszenia i muszę powiedzieć, że choć było to spotkanie rozciągnięte na kilka dość długich godzin ponad mój limit, ale za to dość miło i efektywnie spędzonych. Owoc tego spotkania to kilkanaście paragrafów, które zamieniłem na niniejszy wpis. Dodam, że to na prośbę drugiej strony, ale obudowaną moimi warunkami dodatkowymi.

Krzysztof okazał w wyśmienity sposób swoją gościnę, nie pozwalając mi o nic się kłopotać. Przez weekend trzykrotnie zmienialiśmy miejsce rozmowy, jedynie temat pozostawał cały czas niezmienny, czyli kwestia… jego strat inwestycyjnych. A także ogólnie psychologicznego i filozoficznego ich wymiaru oraz znaczenia dla wszystkich inwestujących. Poszliśmy na tyle daleko w tych dyskusjach, że nieodzowne okazało się przejrzenie i zanalizowanie wszystkich transakcji na jego rachunku. Mam nadzieję, że zarejestrowana nasza finałowa rozmowa okaże się pomocną lekcją dla wszystkich znajdujących się w podobnej sytuacji kryzysowej.

Kat: Nie wiem od czego zacząć, nawet nie wiem jak cię przedstawić…

Krzysztof: Zdaję sobie sprawę, że to nieco niezręczna sytuacja, szczególnie gdy ty stałeś się jej audytorem, ale poprzestańmy na tym, że jedno z moich imion to Krzysztof, a cała reszta moich cech personalnych chyba jest bez znaczenia dla sprawy.

Nie jesteś pierwszym moim rozmówcą, który prosi o dyskrecję i anonimowość, przynajmniej wyjaśnij: dlaczego?

Oh, sam wiesz, że pieniądze lubią ciszę (uśmiech). A tak bardziej serio, to jak ci już wyjaśniłem, gdybym się ujawnił ze swoją tożsamością, miałbym sporo problemów ze środowiskiem w miejscu mojej pracy, a póki co bardzo nie chciałbym jej zmieniać. Oczywiście ryzykuję spotykając się z Tobą, ale liczę, że nasz dżentelmeński układ zadziała. W razie czego poradzę sobie z opanowaniem sytuacji w pracy, ale będzie mnie to kosztować sporo czasu, zgniłych kompromisów i energii, które lepiej wykorzystać w innym miejscu. Poza tym nawet wówczas nie każdy mógłby to wszystko właściwie zrozumieć, o czym również mamy zamiar chwilę porozmawiać.

Ok, rozumiem, sam nie zawsze chciałem występować pod nazwiskiem, choć z innych powodów. Nie traćmy więc czasu na uprzejmości i powiedzmy o co chodzi z tymi twoimi stratami, skąd, jak, dlaczego?

Chciałbym tylko, żeby to właściwie zabrzmiało. Moja ponad trzyletnia przygoda z rynkiem walutowym, tak ostatnio piętnowanym przez media, zakończyła się sporo pod kreską. Ale nie jestem jednak jakąś symboliczną ofiarą forexu czy nieuczciwych brokerów. Własnymi nietrafionymi decyzjami i nie zawsze racjonalnym podejściem sam się do strat doprowadziłem. Nie było to jednak skutkiem jakichś dziwnych zbiegów okoliczności, które wymagają odczynienia czarami. Po prostu klasyczny zjazd transakcja po transakcji. Własną głową i rękami. Kolejne wpłaty, kolejne rozczarowania, kolejne olśnienia. W sumie pewna porażką, którą staram się usilnie przerobić w głowie.

Możesz zdradzić ile? Ja widziałem zestawienie i trochę mnie zaskoczyło. Próbowałem sobie uzmysłowić poziom bólu czy rozgoryczenia w takiej sytuacji. Jak było z Tobą?

Ech… Pozostańmy na tym, że starczyłoby na naprawdę porządny samochód niezłej klasy. Ale ja nie odczuwam tego w ten sposób, to może być mylące dla osób postronnych. Kiedy się to rozkłada na lata, na kilka przelewów, na różne życiowe sytuacje po drodze, to te wszystkie negatywy przeżywam w różnej skali i na wielu poziomach. Poza tym to nie jest w perspektywie tych lat i mojego budżetu kwota, która aż tak boli. Być może nieco racjonalizuję. Ale nie była to tragedia w moich finansach, raczej pewna wyrwa, która spowodowała konieczność rezygnacji z tych czy tamtych wydatków. Sama kwota to szczegół. Ważniejsze jest wszystko to co działo się przy tej okazji po drodze. I po tym wszystkim.

Wiesz, ludzie potrafią skakać z okien po stracie na giełdzie. Masz jakiś swój sposób, żeby nie popaść w takie emocjonalne rozchwianie?

Mam swoje tak zwane kotwice. Rodzina, spełnienie zawodowe, pasje. Wiem jak radzić sobie z emocjami na podstawowym poziomie. Poza tym kiedyś już przeszedłem bankructwo swojej małej firmy przez nieuczciwego wspólnika, więc wąchałem już ten smak goryczy. Wydawało mi się, że znam siebie dość dobrze. Mimo to musiałem przeżyć nowe, mało sympatyczne uczucia, dotąd nieznane. Ale to są tak obszerne tereny i osobniczo zróżnicowane, że nie da się jakoś generalizować. To materiał na solidną książkę czy blog, dlatego zwróciłem się do ciebie z prośbą o rozmowę.

Ok, do tego dojdziemy. Chciałbym jednak żeby czytający tę rozmowę mieli jako takie pojęcie z kim mają do czynienia. To bowiem tłumaczy kilka spraw. Powiedz czym spekulowałeś, jak, jakie miałeś wcześniejsze doświadczenia?

Moja działka to wyłącznie waluty. Najpopularniejsze pary, czasem złoty. Raz skupiałem się agresywniej na jednej, czasem pozycji było kilka. Zmniejszałem też z czasem wielkość tych pozycji, ale chyba bez głębszego pomysłu. Stawiałem sobie za cel transakcje kilkudniowe lub dłuższe. Najgorzej przestrzeliłem za pierwszym razem. W tydzień poszło 14 tysięcy i nawet nie obejrzałem się jak i kiedy. Dziś wiem, że pozycje były zbyt agresywne jak na zmienność. Doświadczenie? Hmmm… Powiedzmy, że zawsze byłem gdzieś blisko branży finansowej, więc ani waluty ani analizy różnego rodzaju nie były mi jakoś obce. Inwestowałem wcześniej w akcje, długoterminowo, całkiem udanie. Nie byłem więc żółtodziobem.

Skoro mówisz, że znasz siebie, to pewnie wiesz skąd pomysł, cel czy motywacja do gry na forexie? To są często znaczące czynniki wyniku.

Dokładnie rzecz biorąc mówiłem, że tylko wydawało mi się, że znam siebie. Okazuje się, że człowiek nigdy się nie pozna jeśli nie spróbuje forexu (śmiech). Powodów chyba było kilka. Ale nie moda, moi znajomi zajmowali się tym wcześniej, ale ta rywalizacja mnie nie pociągała, miałem inne pola do spełniania się. Po części to była chyba chęć sprawdzenia swojej wiedzy, zmierzenie się ze sobą. Ale pewnie też włączył mi się ten „animal spirit”. Tak to bywa gdy mężczyzna wchodzi w słuszny wiek, kiedy szuka nowych wyzwań, kiedy chce sobie coś udowodnić.

Rozumiem. To co Twoim zdaniem było powodem strat? Jak powstawały? Ale przypomnij sobie swoją ich analizę sprzed naszego spotkania o ile to możliwe.

Zapewne trywialnie zabrzmi wykręt pod tytułem emocje, na których intensywność nie byłem przygotowany? A od nich potem ciągnął się sznur błędów, hodowanie strat. Nieco impulsywności. A wreszcie musiałem zawiesić rękawice i przeprowadzić ze sobą poważną rozmowę. Tym bardziej, że zaczęło to wchodzić z butami w moje normalne życie.

Co wyszło z tej rozmowy z samym sobą?

Potrzebowałem się poskładać, zresetować, nabrać dystansu, oddzielić wyraźne granice. Tym bardziej, że w pracy pewne rzeczy nabierały rozmachu. A to mnie zaczęło uwierać, ciągnąć w dół. Czułem, że nie mogę ruszyć do przodu jeśli się z tym nie rozliczę. Czułem gdzieś przepaść między tymi jaki jestem, jaki się czuję, co potrafię, a co się zdarzyło na forexie. To nie tylko pieniądze jak się okazuje, to dziura w ego, w psychice. Miałem potrzebę wyprostować te sprawy, znaleźć przekonujące wytłumaczenia, wyciągnąć wnioski. Kontekst sprawił, że to były nowe uczucia, z którymi musiałem się zmierzyć, żeby pójść dalej bez garba.

Mówiłeś o kryzysie małżeńskim.

Tak, to chyba najbardziej mnie dotknęło. Żona o wszystkim nie miała pojęcia. Dla mnie to było rodzaj hobby, dodatek do życia, który w pewnym momencie zaczął się rozrastać niczym rak. Kobiety nie muszą wiedzieć wszystkiego o naszych męskich sprawach i tak to traktowałem. Wyszło przypadkiem, tak zwykle to bywa w marnych scenariuszach. Nie chodziło nawet o te pieniądze, ale o brak zaufania, separację, tajemnice, wykręty i tego typu sprawy.

Jak się to skończyło?

Na szczęście dla nas dobrze. Powiedziałbym, że wzmacniająco. Ale nie obyło się bez pomocy psychologa. Nie, nie chodzi o jakieś terapie par. To ja musiałem się odnaleźć, zdefiniować, poskładać. Poukładać rzeczywistość tak jak powinna wyglądać, bo chyba traciłem powoli horyzont.

Jak pomógł ci psycholog?

Bardzo fachowa pani psycholog. To był dobry wybór i dobry krok. W zasadzie nie dowiedziałem się wiele epokowo nowego, ale pomogła mi nazwać pewne rzeczy, zebrać je do kupy, pokazać zależności, ustalić cele, pomogła się odnaleźć, zrozumieć. No i rozładowała urażone ego. Otworzyła również na to, że tutaj teraz rozmawiamy.

W jaki sposób?

Cóż, psycholog pomoże Ci zaglądnąć w twoją głowę, w twoje uczucia, poskłada cię do kupy, ale nie jest w stanie pomóc zrozumieć jednej rzeczy, na której mi równie mocno zależało. Ja musiałem wiedzieć, zrozumieć skąd i dlaczego wzięły się te straty. Emocje to nie wszystko. Dziś widzę, że brakowało mi pewnej praktycznej wiedzy o inwestowaniu, chociaż wydawało mi się, że ją posiadam. Jakiegoś merytorycznego wglądu. To mi ciążyło, stopowało, nie pozwalało pójść dalej, nie dawało spokoju. Zabierało poczucie mocy i sprawczości.

Ok, wyjaśnijmy, że to właśnie był jeden z motywów tego dość długiego i intensywnego spotkania. Było jednak coś więcej.

Tak jest. Przegadaliśmy to dość dokładnie, więc tylko krótko podsumuję. Próbując pomóc sobie samego odkryłem dość sporą lukę w tym, co proponują teorie, podręczniki i inne motywacyjne materiały. Co zabrało mi sporo czasu, kiedy człowiek nie myśli do końca racjonalnie dojście do sedna i sensownej wiedzy zajmuje dużo więcej dni i nerwów. Moim zdaniem cała ta teoretyczna otoczka jest zbyt perwersyjnie optymistyczna, przeładowana magicznym myśleniem, typowo amerykańskim kultem sukcesu. Zyskowne inwestowanie czy spekulacja są w zasięgu ręki, tylko wystarczy nie popełnić kilku błędów i trzymać się planu. Przewidywalność i pokonanie niepewności zapewni ci albo naśladowanie idei wyznaczonych przez Warrena Buffetta albo studiowanie wykresu. Gdy się jednak w to zagłębisz to widać studnię bez dna, sprzeczne hipotezy, powierzchowne filozofie, świat pędzący w kółko i po raz kolejny w wielu miejscach zjadający swój ogon. A w tym cyklu kolejnych fal wygranych i przegranych brakuje mi właśnie jakiejś pomocy i wskazówki dla tych ostatnich. Miliony stron internetowych wskaże ci drogę do zysków, ale nie ma niemal nic dla większości, bo przecież 90% ponoć traci na giełdzie. Podpowiedzi jak sobie poradzić ze stratami, jak się odnaleźć w tym chaosie informacyjnym, jak odzyskać poczucie wartości, jak nie wpaść w traumę na resztę życia, jak sensownie poddać analizie swoją porażkę, jak wyciągnąć niewykoślawione wnioski. I tak dalej, i tak dalej…

Przyznam ci nieco racji. Jednak ludzie chcą słyszeć jak się zarabia pieniądze, a nie jak czuć się dobrze z porażką. To ostatnie staje się ważne w najgorszym możliwym momencie, kiedy spora część inwestorów próbuje już się odciąć, zapomnieć, a nie wgryzać się jak ty. Ale mimo to znajdziesz trochę materiałów na ten temat na naszym blogu. Podam ci linki.

Świetnie, ale kto ma czas i cierpliwość przekopywać się przez tysiące wpisów? Jak masz w głowie sieczkę po takiej emocjonalnej rzeźni, to chaos informacyjny wydaje się jeszcze większy, osłabia wręcz. Nie wiesz nawet czym chcesz na końcu tego wszystkiego być. Kiedy tracisz, żadne porady o urabianiu emocji nie działają, marzysz tylko o jednym, że ta strata papierowa przestanie w końcu krwawić. Ale kiedy rzucasz ręcznik ostatecznie, nie czujesz nic pozytywnego, wszystkie te tony poradników pozytywnego myślenia o inwestowaniu nie mają nawet wagi papieru. A w takiej chwili potrzebujesz naprawdę prostych komunikatów, dostępnych na wyciągnięcie ręki. Inaczej ani nie zostajesz inwestorem, ani nieskrzywionym człowiekiem.

I tu masz rację. Weź jednak pod uwagę, że taką pomoc zapewni ci przede wszystkim jak już sam wiesz psycholog. I tu pojawia się problem, że musi on mieć jednocześnie pojęcie o finansach i inwestowaniu. Bez tego jak widzisz oba światy się nie sklejają. Znajdziesz kilku takich, są znani w branży, czytani. Aczkolwiek gdybym miał ci w takiej chwili polecić do przeczytania coś, co cię z tego dołka wyciągnie, to stoję bezradny.

Wiesz, mało tego. Myślę, że tego typu osoba musi mieć coś więcej na rachunku życiowym – właśnie solidną stratę, poczuć to samemu, spisać, ubrać w słowa, mądre komunikaty poparte nauką.

Zapewniam Cię, że zdecydowana większość tych, co przeżyli na rynku i sobie radzi, ma za sobą tego typu historie. A niemal całość podręczników powstaje w USA. Może nie synchronizujemy się z ich kulturą sukcesu i znaczeniem porażki. Odbudowuje się tam przez pozytywne przekazy, silniejszą motywację, kolejną książkę o nowej metodzie. Porażka nie ma miejsca w mainstreamie, sam musisz ją przekuć na pozytywne wnioski, nowe moce.

Zróbmy to po swojemu. U nas porażkom buduje się pomniki. Może nie aż tak, ale wykorzystajcie tę lukę na znalezienie odpowiedniego przekazu dla takich, jakim ja niedawno byłem.

Puszczamy pomysł w świat. Ja obiecałem Ci przynajmniej wywołanie tematu przez publikację tej rozmowy. Dotrzymuję dżentelmeńskiej umowy.

CDN

-kat—

[Głosów:6    Średnia:3.2/5]

5 Komentarzy

  1. Kornik

    Bylem w podobnej sytuacji, wiec podziele sie wrazeniami.

    Wydaje sie, ze kolega Krzysztof zaszarzowal we mgle. Moj blad byl innego rodzaju i polegal na tym, ze w dobrze ulozonym planie nie uwzglednilem mozliwosci, iz zmianie ulegna zasady obrotu. Do glowy mi nie przyszlo, ze to, co dziala od lat i funkcjonuje dobrze, zostanie wywrocone i zastapione nowa formula (mam na mysli ta tzw. reforme mnoznika).

    Nie wnikam juz, co bylo powodem decyzji wladz gieldy – czy faktycznie chcieli ozywic handel, czy ktos "zalobbowal", bo byly juz szykowane maszynki do golenia nieefektywnosci (czytaj – aktywnej drobnicy inwestorskiej).

    Skutek tych prob "ozywienia handlu" byl taki, ze dostalem ostro po plecach, a moj rachunek kontraktowy do chwili obecnej pozostaje martwy.

    Jednak z gry nie wypadlem, a zawdzieczam to nawykowi, aby nie stawiac wszystkiego na jedna karte. Przy czym nie mowie tu o bredniach typu – aby zwiekszyc swoje szanse, dywersyfikuj sie. Mowie tu o postepowaniu, ktore polegalo na tym, ze kiedy postawilem pieniadze na pewien model gry, to jednoczesnie mentalnie pozostawalem sceptyczny. To zas sklonilo mnie do tego, aby nie palic za soba mostow i rownolegle prowadzic poszukiwania na innych, tymczasowo zarzuconych sciezkach.

    Dzieki temu, w chwili najwiekszego kryzysu, gdy lina modelu sie zerwala (lub zostala przecieta – nie wnikam), bylem uwiazany druga, ktora co prawda nie uchronila mnie przed upadkiem i bolesnymi siniakami, ale zabezpieczyla przed lotem w przepasc i umozliwila kontynuacje mozolnej wspinaczki (inna sciezka oraz przy uzyciu innych narzedzi).

    Problemow osobistych tez nie uniknalem, ale w tym przypadku rowniez zdolalem sie wybronic, dzieki stalosci, cierpliwosci, uporowi, wewnetrznemu optymizmowi i nieustajacemu entuzjazmowi, ktore to cechy nieustannie staram sie pielegnowac i rozwijac poprzez sport (chociaz cechy te nie sa u mnie zbyt widoczne, poniewaz jedna z cech mojego sceptycyzmu jest nawyk wiecznego szukania dziury w calym, co czesto objawia sie w postaci przykrego dla innych nawyku mekolenia).

  2. AlGebroid

    @Kornik: Zaintrygowałeś mnie. Czy mógłbyś przybliżyć jak zmiana mnożnika mogła doprowadzić do strat? Sam byłem niezadowolony ze zmiany (musiałem poprawić oprogramowanie bo pozmieniały się kody kontraktów i w dodatku dla opcji pozostawiono stary mnożnik 10). Ale to była tylko niedogodność, a nie straty. Co dla Ciebie popsuła ,,reforma mnożnika"?

  3. Kornik

    Po pierwsze, wyraźnie zmieniła się mechanika rynku. Po drugie, jak każdy model, ten również posiadał określone parametry. W nowych warunkach stał się po prostu mało elastyczny, a ja nie mogłem w żaden sposób tego zmienić. Zmiana mnożnika pozbawiła mnie pola manewru. W tej sytuacji miałem do wyboru: podziękować i wstać od stolika, albo przyjąć na siebie nieokreślone, gigantyczne ryzyko. Wybrałem tę drugą opcję, ponieważ trudno rezygnuje się z wielu lat pracy, a poza tym miałem cichą nadzieję, iż "prześliznę się", jak Brandt, i odzyskam tę elastyczność. Niestety tak się nie stało. Brandt miał fuksa, więc mógł zrobić biznes; ja miałem pecha, więc musiałem poszukać innego zajęcia. Właściwie powinienem być zadowolony, że w tak drastycznie zmienionych warunkach model przetrwał tak długo. Ale jaka to radość z konstrukcji, która ostatecznie wali ci się na głowę?…

    1. pit

      Coś mi się zdaje ,że zabrakło validacji czułości algorytmu na zmiane danych wejściowych na etapie wdrażania i borykasz sie z tego konsekwencjami.
      Zmiana nie była drastyczna choć zawsze jest obawa ,że poziom szczęśliwości aplikowany nam przez regulatora przekroczy normy i rozsadzi nasze wysiłki.

      TAk sprawdziłem sobie z ciekawości 6 różnych posiadanych algorytmów z plusową wartością oczekiwaną , które opracowane były przed rokiem 2010 na tamtych parametrach, a nie doczekały sie wdrożenia odnośnie Twojej tezy o drastyczności i nie widzę niczego takiego.Nadal działają.

  4. Kornik

    No, właśnie, nie doczekały się. Mój model nie był abstrakcją. Pracował w przestrzeni rynku. Jego zachowanie po zmianie zasad obrotu i solidna wyrwa w kieszeni, to dla mnie wystarczające dowody, iż coś się jednak wydarzyło. Nie mogło się nie wydarzyć, skoro zmieniła się wartość kroku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *