O naturze i powabie ryzyka, vol. 4

Kilka rodzajów specyficznych ryzyk występuje w głównej mierze w świecie aktywnego tradingu, choć chwilami mogą się zazębiać z tymi, opisanymi w poprzednim wpisie, charakterystycznymi dla inwestowania.

Czasem trudno określić w którym miejscu zaczyna się trading a kończy inwestowanie. Jednym z czynników różnicujących jest TIMING, a więc zmiany pozycji zależne od koniunktury, lub po prostu od układu trendów cenowych w dowolnej skali czasowej. A ponieważ wstrzeliwanie się w zmiany tych trendów to nie jest wcale prosty proceder, wobec tego obciąża go ryzyko zwane TIMINGOWYM. Kiedy zamiast długofalowego „kup i trzymaj” decydujemy się na wielokrotne wchodzenie i wychodzenie z rynku, istnieje prawdopodobieństwo, że bądź nie zarobimy tyle, ile oferuje pasywne podejście, albo wręcz zakończy się ta zabawa stratą. Zabezpieczenie się przed tego rodzaju ryzykiem to zasadnicza część setek podręczników inwestycyjnych/tradingowych, a więc brak tu miejsca na szybkie porady w tej mierze. Może poza jedną: bardzo sensownie jest zastosować mutację strategii „Sztangi” zaproponowanej przez N. Taleba, a więc wrzucić większość kapitału na bezpieczne lub indeksowane aktywa, a niewielką końcówką udowadniać sobie umiejętności tradingowe i w razie powodzenia zwiększać ową część.

Tuż obok plasuje się ryzyko SYSTEMU (algorytmu, mechanicznej strategii). Główna jego część osadza się również na ryzyku tkwiącym w nieudanym timingu, ale dochodzi do niego kilka drobniejszych. Mogą to być: błędy w danych, brak wystarczających danych, problemy z łączami, błędy w zapisie kodu, błędy w logice kodu, nadmierna optymalizacja itp. Zostawmy je graczom systemowym, którzy zwykle i tak najczęściej wykładają się na ryzyku timingowym.

Czy wspomniane w poprzednim wpisie dwa najważniejsze dla giełd ryzyka – RYNKOWE I SPECYFICZNE – wpływają również na trading? Z pewnością, choć w nieco innym wymiarze. Dotykają przede wszystkim pozycyjnych strategii długoterminowych, opartych głównie na inwestycje w akcje. Ryzyko straty w pojedynczej transakcji wprawdzie nie ulega wówczas zmianie, o ile rzetelnie tym ryzykiem zarządzamy, ale rośnie prawdopodobieństwo i częstotliwość pojawiania się tych strat, a więc i obsunięcie kapitału, mocno skorelowane ze spadkami najważniejszych indeksów.

Inaczej wygląda to jednak w przypadku wszelkich krótkoterminowych strategii tradingowych, które powstały właśnie po to, by uniezależnić rozkłady ich zysków oraz strat od trendów i zmienności szerokiego rynku. One mają wręcz korzystać z tych mniejszych lub większych fal cenowych, które poniewierają długoterminowe trendy. Do tego dochodzi często dywersyfikacja nie tylko rynków, ale również samych strategii, co zastępuje lub uzupełnia jedyną broń przeciw ryzyku RYNKOWEMU jakim jest hedging (zabezpieczenie strat, np. derywatami). Użycie jednocześnie strategii trendowych jak i antytrendowych, z odpowiednimi mechanizmami stopów obronnych, pozwala na lepszą amortyzację strat, choć oczywiście wszystkich ryzyk nie eliminuje.

Ale w zamian cierpią one czasem na ryzyko innego rodzaju – ryzyko ZMIENNOŚCI, którą w roli miernika tak uwielbiają teoretycy finansów i nowoczesnej metody portfelowej. Dla części strategii tradingowych to wzrost zmienności bywa zabójczy, szczególnie gdy jest to zmienność „płaska” (duże wahania niemal w miejscu, wiele fałszywych wybić), dla innych to właśnie brak zmienności okazuje się pułapką, która nie tyle generuje straty, co gasi potencjalne zyski (nieosiągnięcie zakładanych rezultatów).

Z kolei ryzyko PŁYNNOŚCI, a więc brak wystarczających ofert na zaspokojenie popytu i podaży, znacząco zwiększa spready między cenami i luki w notowaniach, czy tworzy spore poślizgi w realizacji zleceń. Najczęściej dotyka największych graczy, czyli instytucje, a ostatnio również algorytmy dużych częstotliwości, z powodu których owo ryzyko przenosi się coraz częściej na graczy detalicznych podczas tzw. flash crashes (głębokie zmiany cen liczone w minutach czy sekundach, po których rynek często wraca do poprzedniego stanu). Ale nie trzeba sięgać nawet aż tak daleko, spora część małych akcji notowanych na GPW, a szczególnie New Connect, to potencjalne źródło tego ryzyka. Ofiarą jego padali również gracze systemowi, którzy układając własne kody nie sprawdzili uprzednio, że ich realizacja jest niemożliwe lub znacząco utrudniona z powodu braku płynności, grając w rezultacie tylko z animatorami.

Ryzyko LEWARA. Użycie zbyt dużych wielkości pozycji w stosunku do kapitału, co umożliwia właśnie lewar, czyli swego rodzaju kredyt udzielony przez brokera, spowodować może znaczące straty, z bankructwem włącznie, nawet wówczas, gdy inne czynniki ryzyka nie znajdują się na krytycznych poziomach. Nie ma obowiązku użycia lewara, szczególnie na forexie, można go regulować samemu, choćby wielkością pozycji, i zwiększać, gdy pojawia się zyskowność (przewaga statystyczna). Z lewarem z kolei łączy się ryzyko KREDYTOWE, czyli konieczność zapłaty odsetek od „pożyczonego” kapitału. Nawet gdy transakcja pozostaje w strefie zysków, punkty swapowe (czyli owe odsetki) mogą całe zyski przejeść w czasie.

Drobne sprawy, ale wymagające uwagi, składają się na ryzyka, które nazwijmy TECHNICZNYMI. Wymagają one stworzenia rezerwowych scenariuszy na wypadek awarii komputera, braku dostępu do internetu, nie działania stosownych programów itp.

Nie mówi się niemal wcale o ryzykach, których ja z kolei nie potrafię pominąć. Można je nazwać PSYCHOLOGICZNYMI, albo BEHAWIORALNYMI. Pojawiają się wówczas, gdy sami dla siebie stajemy się ryzykiem. Błędy poznawcze, emocje, błędy manualne, nieprawidłowe motywacje, brak wiedzy i umiejętności, problemy ze zdrowiem czy jasną świadomością (używki) zwiększają znacznie szansę na pojawienie się negatywnych rezultatów tradingu niezależnie od stanów rynku i posiadanej przewagi. Nie na darmo mówi się, że największym wrogiem tradera jest on sam, przez co jest w stanie „położyć” zyskownie działającą strategię albo tracić na akcjach nawet podczas hossy, czyli gdy ryzyko Rynkowe jest niewielkie.

Na koniec wspomnijmy ryzyka UKRYTE (ang. Hidden risks). Nie posiadają one swojej własnej specyfiki poza tą, że potencjalne zagrożenia znikają nam z radarów. Bądź to z powodu braku wiedzy, bądź informacji, bądź niedokładnej analizy. Po to zresztą czyta się analityków czy profesjonalne serwisy, które tego rodzaju ryzyka potrafią naświetlić, choć nawet i one nie ustrzegają się błędów prze- lub niedoszacowania. Świetnym przykładem jest anegdotyczna dziś sytuacja, gdy angielska królowa, słuchając ekonomistów wymieniających co i dlaczego poszło źle w czasie kryzysu 2007 roku, zapytała na koniec ze zdziwieniem, dlaczego w takim razie wiedząc to wszystko nie ostrzegli rynków jeszcze przed kryzysem?

No i mamy wreszcie rzeczywiście ukryte ryzyka o dużej skali oddziaływania, które N.Taleb nazywa Czarnymi Łabędziami (lub czasem Szarymi). Nie jesteśmy w stanie ich przewidzieć, ale musimy być na nie przygotowani. Jak choćby takie jak w 1987 roku, gdy w czasie jednej sesji indeks Dow Jones w USA spadł o 22%! Do tamtego dnia było to niewyobrażalne zdarzenie z gatunku ryzyka.

Na deser zostawiam jeszcze jeden rodzaj ryzyka, które wymaga nieco bardziej szczegółowego opisu, a więc pojawi się w kolejnym wpisie.

—kat—

[Głosów:6    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *