Optymistycznie o nowym rządzie w USA

Stali czytelnicy naszych blogów wiedzą, że unikamy polityki. Osobiście nie muszę jej unikać, gdyż wielokrotnie deklarowałem neutralność wobec polskiej sceny politycznej i zachęcałem do skupiania się na myśleniu o szansach i zagrożeniach, a nie na kibicowaniu jednemu, czy drugiemu politykowi. W ramach tego modelu proponuję spojrzeć na prezydenturę D. Trumpa przez pryzmat polskiego inwestora szukającego swojej szansy na rynkach zagranicznych, z akcentem na USA.

Zacznijmy od obecnej już na rynkach nadziei, iż nowej administracji amerykańskiej uda się przejąć pałeczkę od Fed i  podtrzymać ożywienie inflacji. Pochodną byłby wzrost rentowności obligacji, większa przestrzeń do zacieśnienia w polityce monetarnej i możliwy wzrost wartości dolara. Konsekwencją będzie odpływ środków z innych rynków i powrót kapitału do USA. Największymi przegranymi byłyby aktywa z rynków wschodzących. Przerabialiśmy już ten element w czasie, gdy Fed zasygnalizował zakończenie programu luzowania ilościowego.  To jedna z najważniejszych zmiennych, która może mieć wpływ na przyszłe stopy zwrotu polskiego krasnala z pieniędzy wysłanych do pracy na Wall Street.

Samo umocnienie dolara lub chociaż utrzymanie obecnej relacji z walutami innych rynków wschodzących trzeba postrzegać w kategoriach pozytywnych dla polskiego inwestora, który szuka swojej szansy na rynkach zagranicznych. Mieszanka mocnego dolara i wzrostów na Wall Street jest nagrodą dla tych, którzy już wcześniej szukali swojej szansy w USA, ale jest znaczącym utrudnieniem dla tych, którzy dopiero myślą o takim kroku. Niestety sukces dolara i rekordy na Wall Street powodują, iż dla inwestora z Polski zrobiło się zwyczajnie drogo i w takich momentach aktywa lokalne są atrakcyjniejsze niż aktywa amerykańskie.  Dalsza pozytywna passa dolara jest kolejnym elementem, który można postrzegać w kategoriach sprzyjających naszym pieniądzom zainwestowanym w USA.

Nie bez znaczenia są również czynniki podatkowe. Jeśli nowej administracji naprawdę uda się obniżyć podatki lub chociaż wprowadzić jednorazowe wakacje podatkowe dla pieniędzy trzymanych przez spółki amerykańskie na kontach zagranicznych – dziś bałagan w podatkach w USA jest taki, że globalne korporacje wolą trzymać środki zagranicą i emitują dług, żeby skupić akcje z rynku i zwrócić pieniądze inwestorom – to można oczekiwać podniesienia dywidend (w najlepszym przypadku) lub chociaż kolejnych programów skupu akcji. Gra idzie o naprawdę duże pieniądze. Amerykańskie korporacje mają na kontach zagranicznych ponad dwa biliony dolarów, których połowa miałaby szanse wrócić na rynek, jeśli rząd powtórzy krok z 2004 roku.

Na koniec drobna uwaga dla osób zaniepokojonym prezydentem Trumpem. Mi też trudno wzbudzić w sobie sympatię dla osoby, ale szanowny czytelniku musisz pamiętać o jednym fakcie. Trump, z jego osobowością, życiem i zachowaniami jest prezentem dla mediów walczących o oglądalność. Im mocniej będzie przesuwał się poza granicę dobrego smaku, tym więcej pracy będą miały media i więcej będą mogły sprzedawać emocji. Oczywiście nie można wykluczyć scenariusza, w którym prezydentura Trumpa okaże się zła dla świata i USA – wycofane z globalnej sceny USA mogą powtórzyć błąd, który już raz zrobiły przed 200 laty, w czasach prezydentury Jamesa Monroe izolując się od świata pozwoliły rozepchnąć się innym mocarstwom – ale o tym dowiemy się dopiero za kilkanaście lat, a nie dziś z internetu.

[Głosów:4    Średnia:3.3/5]

2 Komentarzy

  1. pawel-l

    Z tym rozpychaniem to chyba nie do końca prawda.
    W czasach prezydentury Jamesa Monroe, większość krajów Ameryki Łacińskiej ogłosiła niepodległość. A doktryna zwana Monroe’a zawierała postulaty, według których Stany Zjednoczone uważają, że kolonizacja na półkuli zachodniej jest zakończona, a każda próba narzucenia systemów politycznych w państwach Ameryki Południowej, zostanie uznana przez USA za działanie wrogie.

  2. Adam Stańczak

    Chyba jednak prawda. Chwilę po przyjęciu doktryny na scenie światowej pojawia się świat pięciu imperiów, do których USA dołączą dopiero na początku XX wieku razem z Japonią. Szczyt imperium brytyjskiego przypada na XIX wiek. W XX wieku imperium miały tylko Rosja i USA i toczyły te swoje wszystkie proxy wars wyrzucając z mapy innych. Dobrym przykładem są Indochiny, gdzie USA nie chciała pomagać Francji w jej wojnie kolonialnej, a później sami tam wysłali wojsko na 10 lat mocno kalecząc sobie tyłki.

    Mapa świata na XXI wiek dopiero jest rysowana – zwłaszcza w regionie Pacyfiku, gdzie pojawiły się Chiny z ambicjami i potencjałem. Trójkąt Indie-Pakistan-Iran też jest ciekawy. Przy okazji ambicji Iranu w kwestii broni jądrowej niewielu rozumiało, że najmniej chodzi o Izrael czy Europę, a głównie o to, że sąsiedni Pakistan ma broń jądrową.

    Jeśli USA wybiorą izolację i wojny celne ze światem, to pewnie pojawi się jakiś nowy porządek na świecie, ale nie wiemy, jaki. Możliwe, ze Chiny rozepchną się w Azji i Afryce. Rosja już wróciła na Bliski Wschód, więc kwestią czasu jest, jak pojedzie dalej, bo że tam zostanie na wiele lat, to jest pewne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *