Systemy jednodniowe – rewizyta 3

Ponownie w komentarzach pod tytułowym wpisem jak i w mailach do mnie  pojawiły się kwestie i pytania odnośnie mechanicznych systemów warte zapisania w osobnym tekście, co niniejszym z przyjemnością czynię.

Tym razem proponuję kwestie podniesione przez pita65 i Jana Łasicę.

Pierwszą zatytułuję roboczo:

Nuda i rutyna w zdyscyplinowanej realizacji wszystkich wskazań mechanicznego systemu transakcyjnego.

Zacytuję z Jana Łasicy:

„Dla mnie trading nigdy nie będzie nudny, bo to jest wciąż walka. Ze zmianą warunków na rynku. Z wypalaniem się systemów. Z przeoptymalizowywaniem. Z chciwością i strachem. Z pokusami do obniżenia dyscypliny. Z czarnymi łabędziami (na własnej skórze odczułem, że Taleb ma rację pisząc jak jest ich dużo). Poza tym zawsze jest więcej do zrobienia jeszcze , niż dostępnego czasu.

Przekonanie o nudzie tradingu wydaje mi się błędem związanym z brakiem czujności i chyba niewłaściwym rozeznaniem naszych szans wobec Rynku.”

Proponuję bezwzględnie oddzielić od siebie 2 niezależne od siebie procesy (każdy można powierzyć do realizacji dwóm oddzielnym ludziom lub komputerom):

(I)                 Kreacja, testowanie, remontowanie, ulepszanie, kontrolowanie systemów transakcyjnych.

(II)               Rygorystyczna realizacja wszystkich wskazań (sygnałów) generowanych na bieżąco przez systemy transakcyjne, czyli w zasadzie składanie zleceń i zarządzanie nimi.

Moje wyznanie o nudzie i rutynie, jakie wkradają się w życie systemowego lub systematycznego tradera, dotyczyło tylko i wyłącznie procesu nr II. W rzeczy samej można go powierzyć w 100% komputerowi podpiętemu do rachunku, są to bowiem tylko instrukcje do realizacji poleceń kupna lub sprzedaży aktywów. Można również wynająć do tego celu człowieka, który będzie robił dokładnie to samo w odpowiednim momencie, choć nie będzie ani tak szybki ani dokładny jak komputer. W moim przypadku sam się obsadzam w tej drugiej roli z określonych przyczyn i w zasadzie mógłbym to porównać do przykręcania przez 8 godzin tej samej śrubki przy taśmie fabrycznej. Emocji starcza być może na 1-2 dni, i to głównie tych, gdzie wdraża się w życie nowe rozwiązania, bo po kilku miesiącach tego typu bezmyślnej właściwe klepaniny w klawiaturę człowiek zaczyna tęsknić choćby za liściem spadającym z drzewa jako urozmaiceniem czasu. Z punktu widzenia nie tylko twórcy systemów to czas stracony, który można wypełnić bardziej kreatywnymi albo przynajmniej rozrywkowymi zajęciami. Nawet obserwacja zmieniającego się rynku i odnajdowanie w nim inspiracji po miesiącach czy latach znajduje swój emocjonalny kres, no i praca w roli maszynki do zleceń po prostu wypala. A jeśli ktoś próbuje urozmaicić sobie ten czas intuicyjnym „poprawianiem” sygnałów systemu, to tego rodzaju rozrywki kończą się zwykle fatalnie i w sensie emocjonalnym i finansowym, nie jest więc rozsądne oddawać się tego rodzaju pokusie.

Nie można tego wszystkiego, co powyżej mylić z kreatywną twórczością budowniczego systemów mechanicznych lub strategii każdego innego rodzaju. Jeśli ktoś posiada pasję w tym kierunku, jak ja i moi dyskutanci, to choć z czasem i tu wkrada się rutyna, na nudę raczej nie można narzekać. Czas płynie tu zadziwiająco szybko a głód i niedosyt pojawiają się natychmiast po rozpoznaniu nowego pomysłu, usprawnienia, kodu, softu, rynku, instrumentu itd.

Mamy więc czas tradingu i czas na kreowanie systemów do tego tradingu. Nie ma przeszkód by oba mieszać ze sobą, choć ja wyraźnie staram się je oddzielać ze względu na (a) możliwości, (b) efektywność, (c) chęci. Piszę to jako wieloletni praktyk, kładąc pod szalunek argumentów swoje doświadczenia.

W zakresie (a), czyli możliwości, za przykład niech posłużą choćby oba jednodniowe systemy, od których wszystko się zaczęło w tej dyskusji. Istotną kwestią jest tu częstotliwość. CO DZIEŃ trzeba zameldować się na otwarciu by policzyć potencjalne poziomy otwarcia pozycji, pominięcie jakichś dni oznacza zmiany rozkładu zysków/strat i osłabienie własnej dyscypliny, co odbija się na psychice potem. Następnie trzeba ustawić zlecenia otwarcia, potem zlecenia na zamknięcie, dopilnować prawidłowej realizacji wszystkich, rozwiązywać problemy z awariami wszelkiego rodzaju, updateować dane i wygenerować wstępne sygnały (można przed sesją kolejnego dnia) by kontrolować prawidłowość pracy systemu. Zwykła orka i niezbędna konieczność. Jeśli do tego dochodzą inne systemy, dzień wypełnia się seriami tego rodzaju procedur. A gdy zajmuje to całą sesję, albo jeszcze i po niej w przypadku rynków zagranicznych, efektywność wykorzystania wolnego czasu spada znacznie na rzecz właśnie tego typu rutynowych działań. Tak jak każda rutynowa, nudna robota osłabia to zapał i chęci, a także skraca czas na zadania kreatywne czy zwykłe życie. Nie mówiąc o tych chwilach, gdy wchodzi się w zjazd kapitału i dodatkowo trzeba napędzać system odpornościowy, który potrafi podszeptywać różne mało fajne podpowiedzi. W tym takie, które każą pogrzebać w samym systemie by sprawdzić czy na pewno nie da się czegoś zrobić lepiej, a to czasem również wytrąca z rytmu i miesza w psychice. Odcięcie więc całej tej manualnej części wydaje się jak najbardziej optymalnym rozwiązaniem przy dłuższym obcowaniu z systemami.

Dobrym wtrętem było wspomnienie teamu Żółwi i ich czasu wolnego między transakcjami, zapełnianego głównie grą w ping-ponga. Ich sygnały padały czasem niezwykle rzadko, ale i tak musieli spędzać czas sesji w oczekiwaniu na nie. Nie musieli natomiast zajmować się kreowaniem, jako że gotowy system dostali na wstępie i zostali zobowiązani do jego stosowania. Poniekąd byli więc maszynkami do tradingu, ale znajdowali wiele motywacji w samej przygodzie, w znaczącej wielkości transakcji i premiach, czy w przebywaniu ze sobą, co przy samotności większości nas traderów było wręcz ekstrawagancją. Jednym słowem – trading systemowy to nie tylko same kody, ale pewien wybór stylu życia.

Żyjemy we wspaniałych czasach, w których można nie uwiązywać się do biurka, ponieważ urządzenia przenośne pozwalają teraz nie tracić ani na chwilę kontaktu z rynkiem oraz rachunkiem i zająć się czymś niezwiązanym z giełdą. Oczywiście to luksus tych, którzy nie wymagają nieustannie pracującego programu z kodami, jak np. w przypadku daytraderów pracujących z systemami minutowymi czy godzinowymi. W najprostszej wersji systemów dziennych czy tygodniowych wystarczy po sesji zaciągnąć dane i wygenerować sygnał a potem złożyć zlecenie na kolejny dzień. W przypadku moich systemów jednodniowych wszystko łatwo policzyć z palca, ale i tak systematyczność wymaga wielokrotnego kontaktu z rachunkiem i kursami. Bywa uciążliwe w przypadku innego rodzaju zajęć w tym samym czasie, ale grzeszyłbym narzekaniem, nareszcie przyszły dzięki temu takie czasy, że mogę w końcu nieskrępowanie jeździć na wakacje. Moja niechęć do tej codziennej rutyny narodziła się jednak w nieco innych warunkach.

Kilku z odwiedzających nasze blogi Czytelników pamięta jeszcze, gdy w pierwszych latach po wejściu na GPW kontraktów terminowych nie było dostępu do transakcji i notowań w czasie rzeczywistym (poza drogimi terminalami), a zlecenia składało się telefonicznie! Powstawały już pierwsze systematyczne strategie, ale i tak ciągłe dzwonienie do biura maklerskiego było zmorą. Nie mieliśmy jeszcze przenośnych komputerów, więc wyjazd jakikolwiek oznaczał przerwę w ciągłości tradingu. Już wtedy wszelkie moje pomysły szły w kierunku systemów, które można liczyć ręcznie poza domem. Koszmarem były natomiast choćby różnice czasowe gdy internet się rozhulał. W USA trzeba było wstać w środku nocy żeby sprawdzić otwarcie GPW, za to w Chinach nie mogłem wbić się na rachunek, ponieważ wiele stron jest tam blokowanych.

Mamy jednak przewagę w stosunku do choćby graczy intuicyjnych, którzy po sesji tracą co dzień sporo czasu na analizy, a w trakcie sesji nierzadko na bieżąco muszą podglądać sytuację i analizować informacje czy aktualne wykresy. Przeszedłem wszystkie rodzaje tradingu w życiu, więc mam materiał do porównań. A także doświadczenia, do których niespecjalnie chciałbym wracać – chodzi właśnie o „samotność” tradera, czy może raczej daytradera. Wiele dni spędzonych całe sesje przed komputerem w domu, albo jeszcze dłużej, gdy doszedł forex, potrafią wyczerpać energię nawet największego odludka i zniechęcić do tego rodzaju zawodu. Ku swojemu szczęściu doszedłem do tego poziomu, na którym rzeczywiście mogę tradować w dowolnym miejscu i tylko wtedy, gdy mam na to ochotę. Ceną tego było rozluźnienie rygorów tradingu systemowego i przejście na hybrydowy, natomiast systemy jednodniowe byłyby powrotem do codziennej rutyny, na ucieczkę od której pracowałem w końcu ponad 20 lat…

O kilku innych kwestiach z naszych dyskusji na forum blogowym pozwolę sobie skrobnąć nieco szerzej w kolejnym wpisie.

—kat—

[Głosów:6    Średnia:4/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *