Forexowi milionerzy: ukłony dla analityków, część 2

Przypomnę, że rozstrzygamy tym razem efektywność szukania źródeł ruchów cen z poprzednich sesji. I nie tylko.

 

W poprzednim wpisie pokazywałem, że spora część ruchów dziennych nie jest skutkiem jakichś szczególnych okoliczności lecz raczej długoterminowych oczekiwań i technicznych działań inwestorów (algorytmy, indeksowanie, AT, arbitraż). Wyszukiwanie konkretnych źródeł zmiany kursów zawiera w sobie sporą dawkę losowości i zwykle  prawdziwość wniosków jest nie do ustalenia.

Proszę jednak nie wieszać analityków za to, że mimo wszystko próbują objaśniać giełdowy świat. Robią dokładnie to samo co znaczna część inwestorów, tyle że muszą zmierzyć się z problemami odpowiedzialności za słowo publicznie. Mylą się zresztą równie często co zwykli inwestorzy, rozróżnienie jednak tych trafnych przypadków od niecelnych jest niemożliwe w czasie rzeczywistym, nawet po fakcie zresztą nie sposób często ustalić czy ten lub ów analityk/inwestor wykrył prawdziwe powody ruchów cen.

Dodajmy jednak nieco pikanterii. Dość często dochodzi do nieco paradoksalnych sytuacji, szczególnie gdy porównuje się wiele równoległych analiz czy komentarzy. Czytamy wówczas z zaskoczeniem, że dokładnie ten sam powód wywołał zupełnie przeciwne reakcje inwestorów dzień po dniu, albo ten sam ruch rynku tłumaczy się zupełnie przeciwstawnymi argumentami. Lub gdy z samej tylko reakcji rynku np. na dane, ocenia się ich jakość. Jeśli indeksy najpierw rosną a potem spadają po ścięciu przez bank centralny stóp procentowych, można tłumaczyć to na zmianę entuzjazmem czy rozczarowaniem inwestorów, ale można również doszukiwać się dziesiątków innych powodów, kreatywność w tym przypadku nie zna granic i nie podlega w zasadzie weryfikacji, bo i jak. Nadal jednak miejmy na uwadze, że to nie tylko analitycy lecz i sami inwestorzy tego rodzaju próby objaśnień stosują i z podobnym w zasadzie skutkiem. Klawiatura, papier czy umysł zniosą więc wszystko w tak kompleksowym środowisku niepewności.

Trzeba również sobie koniecznie zdać sprawę, że obie grupy mają dość odmienne cele i strategie, w związku z czym myślą i komunikują się nieco odmiennym stylem.

Dla analityka jest to zawód, w którym mocno pracuje się też na prestiż, a tego z kolei wyznacznikiem nakładanym przez odbiorców jest przede wszystkim TRAFNOŚĆ. Trafność w zrobieniu prognozy przede wszystkim, w ustaleniu i powiązaniu faktów, wykryciu zależności, dotarciu i wydobyciu nieznanych danych i powiązań, doboru argumentów, wyliczeniu wartości, przekrojowej syntezie, wyszukiwaniu okazji itd. Z trafności próbuje się go rozliczać, choć tak naprawdę sens ma jedynie ocena jakości, przenikliwości czy bogactwa analitycznych argumentów i powiązań, albo chociażby siła wpływu na rozumienie rynków przez czytelników i ich efektywne decyzje, choć dla mnie najbardziej liczy się rzetelna identyfikacja ryzyk oraz szans. Idzie wprawdzie za tym wszystkim często popularność, lecz nie ona jest dobrą monetą dla wyceny analityka. W wielu przypadkach jej źródłem może być po prostu wyrazistość sądów lub ich masowy wpływ na działania czytających, choć merytorycznie są słabe. Tak było choćby podczas technologicznej hossy z przełomu wieków, po której okazało się, że niektórzy analitycy swoją celebryckość musieli zamienić na sądową ławę, zamiast bowiem jakościowego towaru serwowali zmanipulowaną miazgę.

Analityk musi się nieco nagimnastykować by zachować spójność swoich ocen i podtrzymać swoją trafność lub ją dobrze dopasować do kontekstu swoich prac, nie ufamy przecież analitykom, którzy się mylą albo często zmieniają zdanie.

Żeby się wyróżnić można sięgnąć po niestandardowe środki, jak choćby wycenić akcję na zero złotych jak zrobił kilka lat temu jeden z węgierskich analityków Robert Rethy wobec Lotosu. Lubimy wyrazistość i oryginalność, ale ciągnie nas raczej do rzetelnej roboty i wysoko cenimy mimo wszystko trafność, bo w niej wyczuwamy konfitury. Nawet rankingi analityków na niej właśnie się opierają.

Tymczasem pogoń za trafnością prognoz i osądów to zguba dla inwestora. Jego rola jest zgoła inna! Słynne „mieć rację czy pieniądze” ma tu w pełni uzasadnione zastosowanie. Grzechem początkujących i czasem nawet średniozaawansowanych inwestorów i zarazem konsumentów analiz jest próba naśladowania analityka, gdy tymczasem zadanie jego jest CAŁKOWICIE inne. Dla inwestora czy tradera zasadniczym celem jest ZARZĄDZANIE RYZYKIEM. Nietrafne decyzje wymagają interwencji, trafne decyzje potrzebują decyzji o zamknięciu w odpowiednim momencie, trzeba z rozwagą określić wielkości pozycji, dobrać rynki, wyznaczyć alokację i dywersyfikację, zadbać o koszty. A więc wszystko to o co analityk nie musi się martwić, nie jest to bowiem jego zadanie. Z kolei inwestor w pogoni za trafnością gubi cel, do którego sam się przecież powołał – zarządzanie a nie napinanie się w uzyskiwanie trafności. Nie bez powodu zresztą instytucjonalni zarządzający mają do dyspozycji działy analiz, które produkują im tony pomysłów i obrabiają miliony danych. Nie ma jednak wśród tej analitycznej produkcji wyjaśnień tego, dlaczego indeks wczoraj wzrósł. To jedynie szum informacyjny. Mimo to inwestorzy lubują się w nim grzebać. O tym dlaczego – w kolejnym wpisie.

–kat—

[Głosów:12    Średnia:3.7/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *