Jedno pytanie pojawia się w dyskusjach ustawicznie: czy z samego inwestowania lub spekulacji da się żyć. Być może odpowiedź uda się znaleźć w poniższym wywiadzie, po który niedawno wpadłem na dzień do Londynu.

Kathay: wykorzystam Cię trochę aby znaleźć odpowiedź na pytanie: “jak żyć?”. Z giełdy ma się rozumieć!

IronMan: Skoro powiedziałem A i dałem się namówić na wywiad to trzeba powiedzieć B 🙂 Tylko nie oczekuj ode mnie wykładu z filozofii albo porad jak w TV śniadaniowej, która zaprasza gości znających wszystkie odpowiedzi w 5 minut…

OK., będę wyrozumiały, choć wiem na ile cię stać. Wyjaśnij może dlaczego rozmawiam z jakimś IronManem a nie postacią z imieniem i nazwiskiem?

Powód jest prozaiczny – w tym kraju ludzie sukcesu to często ofiary wręcz nienawiści, albo przynajmniej adresaci niezaspokojonych potrzeb. Nadal nie wyplątaliśmy się chyba z okowów komunizmu, albo po prostu nieusuwalnie pętają nas specyficznie polskie przywary narodowe, nieznane na taką skalę choćby tu w Anglii.

Co masz konkretnie na myśli?

Nie chciałbym wyjść na buca czy nadętego bufona, bo choć pewne rzeczy związane z biedą rozumiem, sam się wychowywałem w skromnych warunkach, to ku mojemu rozgoryczeniu miałem okazję poznać na własnej skórze „inwazyjną interesowność” rodaków. Pochodzę z małego miasteczka, gdzie wszyscy o sobie wszystko wiedzą. Kiedy więc do takiego środowiska dotrze wiadomość, że komuś udało się osiągnąć sukces finansowy, choćby była to sama plotka jedynie, natychmiast masz u drzwi dawno nie widzianych krewnych czy znajomych, którzy mają nadzieję na drobną przysługę. W Londynie czy w Nowym Jorku mogę obejść ze swoją twarzą wszystkie telewizje i zebrać gratulacje za jakikolwiek znaczny wyczyn finansowy, w Polsce nauczyłem się, że anonimowość jest dużo większą zaletą. Pozostańmy więc na etapie pseudonimów. A poza tym sukces to zbyt wygórowane słowo w tym przypadku.

W pewnym sensie rozumiem, w Polsce trafiający 6 w lotto ukrywają się za szczelną barierą informacyjną, w USA pozują do zdjęć z wielkim czekiem. Ale przecież do znacznych pieniędzy sporo osób doszło również własną przedsiębiorczością i akurat ci się z tym nie kryją. Może twoja ostrożność jest zbyt przesadna?

Nie, w tym wypadku ważne są pewne uwarunkowania. Przede wszystkim środowisko – małe miasteczko gdzieś, pardone moi, na zadupiu i wszelkie uprzedzenia, mity i stereotypy kształtujące takie społeczeństwo. Przez lata dzięki tradingowi udało mi się zarobić na dom niedaleko Londynu i samochód, który służy jako nieodzowny środek transportu oraz kapitał obrotowy, który musi nieustannie pracować na rynku. To nie są jakieś oszałamiające fortuny ani tym bardziej wskaźniki sukcesu. Kiedy jednak plotka zacznie mocno wyprzedzać fakty, jesteś ugotowany i tak było ze mną. Do moich rodziców zaczęli się niemal masowo zgłaszać znajomi z propozycjami przedsięwzięcia albo po finansowe wsparcie czy też pomoc w załatwieniu pracy w Anglii. Spróbuj odmówić to stajesz się persona non grata. Kiedy nie odmówisz, kolejka zacznie się wydłużać. Albo spróbuj wytłumaczyć człowiekowi, że pracujesz jako trader na swój rachunek i nie znasz nikogo na budowie w Londynie i okolicy. Moi rodzice bardzo to przeżyli, to negatywnie poniekąd wpłynęło również na mnie. A nie sposób z tak obciążoną głową usiąść przez monitorem i podejmować decyzje angażujące dziesiątki tysięcy funtów. Ja muszę mieć spokojną głowę bo inaczej sypie mi się transakcja za transakcją, a to moje życie i polisa na utrzymanie dla rodziny. Porządek w głowie to fundament tradingu, myślę że wie to każdy kto próbował tego na nieco większą skale.

Rozumiem problem i nie mogę się nie zgodzić co do tego ostatniego. A skąd właśnie IronMan? Znałem cię lata temu pod innym nickiem.

No tak … W zasadzie to nie ja wybrałem nowy, ale otrzymałem go w firmie, która wiele mnie nauczyła. Łatwiej było zwracać się do siebie krótkimi, 2-3 sylabowymi nicknames. Wtedy amatorsko trenowałem triathlon, koledzy wiedzieli o tym bo często przyjeżdżałem rowerem, szybko więc zostałem ochrzczony.

Co jest twoim własnym wyznacznikiem sukcesu? Co ważnego udało ci się osiągnąć?

W kwestii zawodowej najpewniej to, że potrafię utrzymać się z tradingu na własny rachunek, a niezależność daje mi wiele innych możliwości ulepszania siebie. To ważne dla własnego poczucia wartości kiedy pasja staje się jednocześnie twoim zawodem. W tym wszystkim ważna jest dla mnie rodzina, która często dodaje sił, motywacji czy oparcia.

Nie widzieliśmy się sporo lat, pogadajmy więc o tym co się przez ten czas z tobą działo jeśli chodzi o sprawy inwestycyjne.

Początkowo wylądowałem w Nowym Jorku, to miała być brama do kariery na Wall Street 🙂 Wciągnął mnie w to znajomy po studiach biznesowych w USA, ale kiedy przyleciałem on już był bez pracy, więc marzenia o wspólnej karierze w pewnym małym funduszu inwestycyjnym pękły niczym bańka. On zdecydował się na wyjazd do Miami, ja nadal chciałem być blisko finansów więc szlifowałem bruki Manhattanu, ale to raczej to były za wysokie progi, tylko jeszcze o tym nie wiedziałem w swojej naiwności. Dyplom najlepszej polskiej uczelni ekonomicznej nie miał tam najmniejszego znaczenia, dużo bardziej okazała się przydatna praktyka inwestycyjna. Choć pewnie najbardziej pomocny jak to zwykle bywa okazał się przypadek. Poznałem pasjonata triathlonu, który wciągnął mnie do prop tradingu. Wiem, że dla wielu marnie to brzmi, ale mi się wydawało, że wygrałem los na loterii.

To zanim będziesz kontynuował powiedz proszę, nie wszyscy bowiem orientują się w tych niuansach, czym jest prop trading, lub może używając pełnej nazwy – proprietary trading .

Ok. Modeli zarządzania kapitałami na rynku jest w tym systemie kilka, ale generalnie chodzi o to, że stajesz się najemnikiem do obracania środkami prywatnej firmy czy banku, dostając w zamian prowizję z zysków, które wypracujesz. Dobre w tym jest to, że ryzyko strat idzie również na ich konto, nie twoje, choć oczywiście ujmują ci je w miesięcznym bilansie zysków i strat. W firmie, do której się dostałem, obracano akcjami amerykańskich spółek w perspektywie intraday czyli wychodziłeś po południu z trading roomu bez pozycji na rynku.

I jak ci poszło z tego rodzaju spekulacją? Zawsze lubiłeś o ile pamiętam tego rodzaju szybkie transakcje.

Problem w tym, że był to raczej krótki romans. Przez 4 miesiące przechodziłem szkolenie w ramach ich programu stażowego. Dostałem naprawdę solidną dawkę wiedzy, poznałem ich filozofię rynku, metody zarządzania transakcjami, ryzykiem i wielkością pozycji, przeszedłem trening demo, ale gdy wszedłem do real tradingu nie trwało to długo niestety. Powód prozaiczny – nie udało się z załatwieniem pozwolenia na pracę 🙁 Firma próbowała mi pomóc, ale niestety…

To dlatego teraz rozmawiamy w Londynie a nie Nowym Jorku?

Zasadniczo tak. Przez jakiś czas tradowałem na własnym rachunku, nie wypadłem więc z rutyny i podjąłem okazję by przetestować nowo zdobytą wiedzę. Miałem jeszcze nadzieję, że uda się z pozwoleniem, ale kończyły się pieniądze. Wprawdzie szło nieźle, niemniej jednak kiedy zaczynasz przejadać z konieczności kapitał operacyjny (samo wynajęcie pokoju było rujnujące) to nie wróży dobrego końca. Nie liczyłem na cud, więc spakowałem się i kupiłem bilet do Londynu.

Tutaj twoja kariera dostała kopa?

Powiedzmy, ale wcale nie było tak różowo jak w filmach. Dzięki znajomościom w tym środowisku miałem szansę po przyjeździe dostać od razu pracę, ponownie w prop trading, ale różnica do tego co zostawiłem w Nowym Jorku była spora.

Inne klimaty, podejście, nastawienie ludzi?

Przede wszystkim ta firma nie miała opcji szkolenia. W zasadzie cała edukacja polegała na tym, że pokazują ci jak wszystko działa od strony softu i rozliczeń, ale żadnego know-how odnośnie samych strategii tradingowych. Nie miałem już jednak środków, poza tym liczyłem na to, że będzie to tylko przystanek, szukałem stanowiska związanego z czymś poważniejszym.

Jak szło tym razem? To był złoty strzał?

W zasadzie nie było źle od strony finansowej, mimo że firma nie okazała się do końca fair. Ponownie gra szła na akcjach i doceniano mój progres, więc dostawałem coraz większy kapitał operacyjny. Mogłem złapać oddech, jako tako się urządzić, nabrać doświadczenia. W kwestii ryzyka nie było dyskusji i to poniekąd było mobilizujące. Jeśli osiągałeś dzienny limit straty – zamykali ci rachunek do kolejnego dnia. Nie miałem na szczęście takich dni za wiele, natomiast rekord dziennego zysku w firmie należał do mnie. Niestety przyszedł koniec, biznes został zamknięty. Dowiedziałem się później, że właściciele robili jakieś machlojki choć oficjalna wersja jaką nam przekazano nie trzymała się kupy. Kolejne doświadczenie i kolejny raz trzeba było zaczynać od nowa…

CDN

[Głosów:72    Średnia:4.8/5]

6 Komentarzy

  1. Wojtek S.

    Bardzo ciekawe! Dziękuję i czekam na kolejne odcinki.

  2. follower

    gratuluje wywiadu i z niecierpliwoscia czekam na CD

  3. Adam

    Mam nadzieje ze nie bedzie 15 czesci ale max jeszcze 2 odpowiednio dlugie…. i nie co miesiac ale w miare szybko…

  4. Olo

    Panie Tomku może by Pan napisał o wywiadzie jakiego ostatnio udzielił Michael Franzese. Ciekawa rzecz.

  5. robcio

    ciekawe kto to jest ten IM ?? gdzie o nim można sie dowiedzieć? jest na jakimś forum?? równie dobrze mógłby to być SoftDick a ponieważ i tak nie zdradzi swojej techniki więc bedzie historyjka jakich wiele..

  6. pit65

    NO to wchodzimy w fazę komiksów 🙂

    Był IM, czas na Kpt America, Hulka, Spidermana i ..womana, etc … 🙂

    Pan Tomek w krainie komiksów się wykaże 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *