Czy trzy wiedźmy faktycznie istnieją?

Rychłoż się zejdziem znów? – spytała. – Hm… Trzy czarownice spojrzały po sobie z zakłopotaniem.
– W przyszłym miesiącu będę zajęta – powiedziała Niania. – Urodziny i różne takie. Poza tym nazbierało się pracy przez to całe zamieszanie. Same wiecie. I o duchach trzeba pomyśleć.

– Sądziłam, że odesłałaś je do zamku – zdziwiła się Babcia.

– Nie chciały wracać. A szczerze mówiąc, przyzwyczaiłam się do nich. Dotrzymują mi towarzystwa wieczorami. Już prawie nie krzyczą.
– To miło. A ty, Magrat?
– Zawsze jakoś o tej porze roku jest mnóstwo pracy, nie zauważyłaś?

– Istotnie – przyznała uprzejmie Babcia Weatherwax. – Nie warto wiązać się ścisłymi terminami, prawda? Zostawmy tę kwestię otwartą. Zgoda? Pokiwały głowami. A potem, gdy nowy dzień rozjaśniał okolicę, trzy czarownice samotne, zajęte własnymi myślami, wróciły do domu.

Terry Pratchett „Trzy wiedźmy” Dzień trzech wiedźm oraz godzina trzech wiedźm (triple witching day; triple witching hour) to pojęcia przez uczestników rynku kojarzone  nie z ezoteryką, ale raczej z rynkiem instrumentów pochodnych. Tym mianem zwykło określać się ostatni dzień (lub ostatnią godzinę notowań) obrotu instrumentami pochodnymi (opcjami oraz kontraktami terminowymi) powiązanymi z rynkami akcji, który przypada na większości światowych giełd w trzeci piątek każdego miesiąca kończącego kwartał, czyli w marcu, czerwcu, wrześniu i grudniu. To wtedy na najważniejszych giełdach wygasają kontrakty na indeksy akcji, opcje na indeksy akcji, oraz opcje na akcje. Od kilku lat mówi się czasem o dniu czterech wiedźm (quadruple witching), ponieważ do podstawowej trójki dołączyły jeszcze kontrakty na akcje.

Skąd wzięła się nazwa – w angielskich wierzeniach ludowych „witching hour” to momenty wyjątkowej aktywności różnego rodzaju zjaw, demonów czy duchów, których wyjątkowa aktywność przypadała szczególnie na północ. Stąd dosłownie należałoby mówić o godzinie czarów,  jednak w języku polskim wiedźmy zadomowiły się już bardzo dobrze, choć zwyczajowo mówi się u nas na przykład o godzinie duchów, jako tym momencie w środku nocy, w którym mogą wystąpić się różne paranormalne wydarzenia.

W literaturze określenie to pojawia się po raz pierwszy w Hamlecie (1600) Williama Shakespeare’a

Tis now the very witching time of night,

When churchyards yawn and hell itself breathes out

Contagion to this world: now could I drink hot blood,

And do such bitter business as the day

Would quake to look on.

Co w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego brzmi następująco

Nadeszła nocy czarnoksięska pora,

Gdy otwierają się groby, a piekło

Tchnie jadowitym oparem ku ziemi.

Umiałbym teraz chłeptać krew gorącą

I czyny spełniać tak gorzkie, że drżałby dzień patrząc na nie[…]

Trzy wiedźmy (czarownice) występują również w kolejnej sztuce Shakespeare’a – w Makbecie (1606) zaś sama godzina czarów/czarownic w przedmowie Mary Shelley do Frankensteina (wydanie z 1831 roku) „Night waned upon this talk, and even the witching hour had gone by before we retired to rest.” („Noc upływała na takich rozmowach i nawet godzina duchów minęła, zanim położyliśmy się spać”)

http://www.american-buddha.com/lit.frankenstein.authintro.htm

Co to wszystko ma wspólnego z rynkami finansowymi. Otóż, ktoś musiał uznać, że w dniach, w których następuje wygasanie instrumentów pochodnych związanych z rynkami akcji mamy do czynienia z „paranormalną aktywnością” na rynku, czyli krótko mówiąc wszystko może się wydarzyć. Zupełnie teoretycznie w tych dniach faktycznie wielu wielkich graczy może być zainteresowanych przesuwaniem rynku na swoją korzyść (w zależności od posiadanych pozycji), co może skutkować wzrostem zmienności cen, gwałtownymi przesunięciami poziomów kursów i innymi tego rodzaju sytuacjami, które normalnie oczywiście również występują, ale nie w takiej skali i natężeniu.

Na giełdzie warszawskiej zjawiskiem wzrostu zmienności interesowano się od lat – powtarzając slogany o „zwiększonej zmienności” bez potwierdzania tego, żadnymi statystykami (te przez długi czas zupełnie nie wskazywały na jakiekolwiek różnice w poziomach zmienności), zaś nasilenie zainteresowania przypadło na 2009 rok, gdy GPW zaczęła publikować raporty dotyczące koncentracji dużych pozycji na rynku kontraktów na WIG20 i gdy faktycznie następowały gwałtowne zmiany wartości indeksu oraz samych kontraktów. Ludzka pamięć jest jednak zawodna i już kilka razy spotkałem się z wypowiedziami, w której dzień wygasania kontraktów zrównywano z wystąpieniem tzw. „cudofixingów”, czyli sesji na których wielki gracz postanowił przesunąć wartość indeksu rzucając na rynek znaczne pakiety akcji, podczas gdy jeden z najsłynniejszych cudofixingów miał miejsce 12 listopada 2008 (rynek został „podniesiony” na fixingu o 77 punktów, czyli 4,5 procent w stosunku do ostatniej wartości poprzedzającej fixing).

Czy faktycznie zmienność w dniu wygasania kontraktów jest wyższa niż na pozostałych sesjach? Skorzystam z informacji podanych przez Johna Rozario w „Managing Financial Risk: A Guide to Derivative Products, Financial Engineering and Value Maximization

W badaniach obejmujących okres 1983-1986 Edwards zauważył, że zmienność cen akcji w dniu wygasania kontraktów była średnio wyższa niż w innych dniach. Efekt występował szczególnie w ostatniej godzinie notowań. Podobne wyniki uzyskali Stoll i Whaley badający dane w latach 1983-1985. Według nich zarówno zmienność, jak i obroty były wyższe w ostatniej godzinie handlu.

W 1987 roku giełda w Chicago przesunęła termin wygasania opcji i kontraktów na SP500 na otwarcie sesji. Na zamknięciu wciąż wygasały opcje na SP100 i opcje na akcje. Dzięki temu uczestnicy rynku mieli cały dzień na realizowanie swoich zleceń, a nie koncentrowanie swej aktywności tylko w ostatniej godzinie obrotu.

[…]

W kolejnych badaniach, które mierzyły dzienną zmienność w okresie 1983 – 1997 Schwert napisał, że „nie widać oczywistych dowodów wzrostu zmienności w dniach wygasania kontraktów i opcji”

 

Ciekawe, że niemal identyczną opinię wyraził w 2004 roku Peter Borish (senior managing director) z OneChicago, giełdy na której handluje się kontraktami na akcje spółek „Obecnie zjawisko to nie ma potwierdzenia w rzeczywistości” i dodaje jeszcze, że dla traderów to dzień jak każdy inny, choć amatorzy, którzy nie bardzo rozumieją co się wówczas dzieje mogą nadawać temu dniu jakąś wyższą rangę – zwłaszcza, że w mediach poświęca mu się wyjątkowo dużo czasu.

http://www.allbusiness.com/banking-finance/financial-markets-investing-securities/10630608-1.html

Wygląda więc na to, że o ile w pierwszych latach po wprowadzeniu kontraktów na indeks SP500 (wystartował w 1982 roku) zjawisko zwiększonej zmienności faktycznie istniało, później zaś, wraz z rozwojem rynków, pojawianiem się kolejnych pochodnych uległo zmniejszeniu, ale mit dnia trzech wiedźm ciągle żyje.

A jak wygląda to na rynku polskim.

Od początku działania rynku kontraktów (1998) do czerwca 2011 w 42,6 procent przypadków zmienność indeksu na WIG20 w dniu wygasania przewyższała średnią zmienność w poprzedzającym kwartale (zmienność została zdefiniowana jako rozpiętość wahań indeksu w danym dniu z uwzględnieniem luk).

Średnio w dniach, gdy zmienność okazała się wyższa przewyższała ona średnią z całego poprzedzającego kwartału o 22,8 pkt. Najwyższa różnica wystąpiła we wrześniu 2008, gdy rozpiętość wahań indeksu wyniosła 108 pkt, zaś średnia z całego poprzedzającego kwartału (a ściślej z okresu od poprzedniego wygasania), wyniosła 58,7 punktów.

Na diagramie pokazano, ile wynosiła różnica między zmiennością indeksu WIG20 w dniach wygasania, w stosunku do poprzedzającego kwartału (czyli od poprzedniego wygaśnięcia)

 

W 48,1% przypadków zmienność w trzeci piątek była wyższa, niż średnia z 5 dni poprzedzających wygasanie, i 59,3% przypadków wyższa niż średnia zmienność z pięciu kolejnych dni po terminie wygaśnięcia.

Diagram kolejny obejmuje tylko okres od 2007 roku i pokazuje, ile procent w stosunku do rozpiętości wahań w dniu wygaśnięcia stanowiły zmienności w kolejnych pięciu dniach poprzedzających wygasanie, oraz następujące po nim (na pomarańczowo -punkt odniesienia – czyli dzień wygasania kontraktów.

Nie wygląda więc na to, by trzeci piątek związany z wygasaniem kontraktów na giełdzie warszawskiej wyróżniał się jakąś wyjątkową nadaktywnością, choć zdarzały się okresy, w których faktycznie było to widoczne. Ale tego rodzaju zwiększająca się okresowo zmienność występuje nie tylko w chwilach wygasania.

 

Zakończmy ponownie cytatem z książki „Trzy wiedźmy” Terry Pratchetta:

– Czarownice nie są takie – ciągnęła Magrat. – Żyjemy w harmonii z wielkimi cyklami natury, nikomu nie robimy krzywdy. I wstrętne jest twierdzić inaczej. Powinnyśmy wypełnić im kości roztopionym ołowiem.

 

 

[Głosów:0    Średnia:0/5]

3 Komentarzy

  1. lesserwisser

    Podoba mi się ten wpis, taki erudycyjno-intelektualistyczny a nie jakiś suchy rynkowy i przyziemny i bez polotu, tylko kasa i kasa. A ten taki bardziej podkasany jest, ulotny i ezoteryczny. Aż strach się bać.;) Brawo.

    Ale nie bym był sobą gdybym trochę nie dodał do tego od siebie, taki mały mądraliński koreferacik.

    Otóż w języku angielskim określenie – witching hour ma kilka znaczeń:

    Oprócz -midnight – czyli północy (dosłownie i w przenośni) w tym owej godziny duchów znaczy też: “critical or significant time when something is to happen”.

    Natomiast zarakło mi dokładnego wyjaśnienia co dokładnie oznacza termin witching hour w języku giełdowym.

    Otóż oznacza on ostatnią godzinę obrotu giełdowego pomiędzy godzina 3 pm a 4 pm czasu EST, kiedy na rynku często dzieją się cuda.

    Oprócz triple witching i quadruple witching days mamy też double whitching, gdy danego dnia wygasają powiązane z sobą kontrakty na futures i opcje.

    Bardziej oficjalnie słynne triple witching nazywane bywa triple expiry.

    Jeśli na naszej giełdzie efekt wygasania nie jest nasilony to możemy powiedzieć – strachy nie na Lachy. 🙂

    A na pytanie dylemat “Czy trzy wiedźmy faktycznie istnieją?” mogę odpowiedzieć – “Pewnie, że tak”, bo sam znam dziesiątki wiedźm!

    PS

    Wprawdzie Maciej Słomczyński świetnie tłumaczył Szekspira ale uważam, iż w tym przypadku nie najlepiej przełożył zwrot the witching time of the night, jako “Nadeszła nocy czarnoksięska pora”.

    W językach europejskich funkcjonuje on jako: złowróż(e)bna pora, złowieszczy czas, złowroga chwila, godzina duchów, strachów, cudów, godziny grozy.

    Tak więc myślę, że lepszy byłoby tłumaczenie: “Nadeszła nocy złowróżbna/złowieszcza pora” zamiast “czarnoksięska”, bo wyraz ten ma chyba trochę inną konotację?

  2. gzalewski (Post autora)

    Niestety nie mam tłumaczenia Baranczaka, ale jednak bym sie taknie przypinal do tego zwrotu. To znaczy mi sie wydaje ze w takim jezyku zwyklym to w Polsce mowi sie jednak godzina duchów.
    Co do wyjasnien anglosaskich to owa godzina 3 nad ranem cytowana jest za wikipedią bez podania zrodla, co budzi watpliwosci u tych, ktorzy czasami probuja weryfikowac wiedze wikipediową
    http://www.michigansotherside.com/Articles/Gene_Lafferty_TheWitchingHour.htm
    Gdzies znalazlem, ze generalnie nie chodzi o konkretną godzine tylko “połowę nocy”, czyli ani dwunasta ani trzecia, tylko czas w polowie miedzy zachodem i wschodem

    (ps. w podanym linku jest wspomniany wiersz Keatsa, którego juz nie podawalem, bo wybitna sepcjalstka od jego poezji uznala ze nie byl tlumaczony do tej pory na polski (bedac czescią pewnego listu)

  3. lesserwisser

    Ja się nie przypinam, ale jako esteta i miłośnik pięknego słowa zwracam uwagę na fakt, że moim zdaniem lepiej by pasowało inne określenie niż “czarodziejska”. Na przykład zaproponowane przeze mnie złowróżbna czy złowieszcza bo lepiej oddawało by ona nastrój i grozę sytuacji i kontekst dalszego opisu:

    “Gdy otwierają się groby, a piekło Tchnie jadowitym oparem ku ziemi.
    Umiałbym teraz chłeptać krew gorącą.”

    I jak tu pasuje słowo “czarnoksięski” – oznaczające : z związanych ze sztuką magiczną, z czarami, czarodziejski, magiczny.

    Ujmę to skrótowo tak, szanowny Grzesiu, tu bardziej chodzi o mary a nie o czary! I chyba zgodzisz się ze mną.

    U nas oczywiście, w zwykłym języku, mówi się zazwyczaj godzina duchów, co jest kalką z niemieckiego Geisterstunde, zaś forma mnoga Geisterstunden – pora (godziny) duchów, to mniej więcej odpowiednik angielskiego witching time of the night. Ale w analizowanym przypadku mamy do czynienia z wyrafinowanym językiem poezji a nie ze zwykłym językiem i mową potoczną.

    Ta pora duchów, to faktycznie czas po północy, mniej więcej do godziny 3 nad ranem, zwany też czasem lub godzinami diabła.
    Potwierdzają to też słowniki angielskie podając również taką definicję witching hour – “The middle of the night, especially midnight.”

    Podobno ma to swoje uzasadnienie i w tym, że w tym czasie organizm ludzki naturalnie rozpręża się (demobilizuje) i zdarza się wtedy, ok 3, sporo zgonów, co potwierdzają statystyki medyczne. Dawniej tłumaczono sobie tym, że właśnie w tym czasie diabeł dusze zabiera.

    PS

    Wersji Barańczaka nie czytałem, choć przymierzam się od dawna, ale teraz to mam już mobilizację.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *