Niemal miesiąc po jednogodzinnej panice na amerykańskich giełdach okazuje się, że nie było buntu maszyn, na który polują media. Na szczęście komputerom, które chciałby się buntować, można po prostu tradycyjnym sposobem wyciągnąć nadal wtyczkę z gniazdka.

Wiemy już kto pierwszy spowodował całą lawinę tamtego dnia – firma zarządzająca powierzonymi kapitałami Waddell & Reed Financial Inc. Zabezpieczając pozycje klientów w akcjach wyrzucili 75 000 kontraktów e-Mini na indeks S&P500 po stronie sprzedaży (otwarcie krótkich pozycji), nie spodziewając się demonicznego efektu, jako że podobnej wielkości strategie rozgrywali już wcześniej wielokrotnie. W normalnych warunkach w ciągu godziny przez rynek przepływa ok. 50 000 takich kontraktów, tym razem pozycje miały zostać otwarte w 5 minut. To wystarczyło by przekroczyć masę krytyczną i zepchnąć w przepaść wszystkie rynki powiązane, z akcjami i ETF-ami w szczególności.

Amerykański nadzór twierdzi, że jeszcze wiele miesięcy potrwa sprawdzanie tego co stało się powodem efektu domina, który załamał ceny akcji tysięcy spółek i ETFów. Przegląd masy transakcji nie wskazał błędu po stronie jakiegokolwiek inwestora. Zawinił raczej chwilowy brak płynności, co zdarza się co dzień na wszystkich giełdach świata. Mieczem obosiecznym okazała się tym razem również szybkość reakcji samego rynku, a w zasadzie jego technologicznego ramienia – ponieważ każdy ruch znajduje w milisekundach odzwierciedlenie we wszystkich innych instrumentach, ruch o większej niż przeciętnie sile wykreował efekt kuli śnieżnej. Nie kto inny jak sam człowiek w pogodni za szybkością zoptymalizował maszyny tak by reagowały z ponaddźwiękową prędkością.

Spora część tamtej paniki przypada jednak na stronę samego systemu obrotu giełdowego, niespójnych regulacji i, kto by pomyślał, przestarzałej architektury. Technologie używane przez giełdy i nadzór rynkowy pozostały sporo w tyle za tym czym dysponują inwestorzy, szczególnie cały segment funduszy hedgingowych i potężnych banków. Jak wyliczyła amerykańska instytucja nadzoru S.E.C. – zaistniała konieczność wydania 4 mld US$ na unowocześnienie systemów transakcyjno-rozliczeniowych, jako że na chwilę obecną urzędnicy nie dysponują tak podstawową informacją jak lista inwestorów i ich transakcji oraz kursów w dowolnie wybranym okresie z przeszłości. Aby zbadać feralne transakcje z 6 maja SEC musiał prosić o takie zestawienia giełdy i brokerów. Nowe, właśnie planowane rozwiązania, które wejdą w życie już za kilka dni, idą w stronę tego by informacje o transakcjach, zleceniach i kursach akcji, opcji a być może i kontraktów spływały do centralnego rejestru w czasie rzeczywistym i były tam archiwizowane. Jednocześnie trwa praca nad ujednoliceniem procedur wstrzymywania i spowalniania obrotów na wszystkich giełdach amerykańskich w sytuacjach kryzysowych, tak by nie powtórzyła się sytuacja sprzed miesiąca, jako żywo przypominająca polską powódź – powstrzymanie nawałnicy w początkowych stadiach powodowało rozlanie się żywiołu w kolejnych, bardziej oddalonych miejscach przepływu.

Ponieważ prawa Murphy’ego działają ponadczasowo (ale nie tego Murphy’ego od Analizy Technicznej ale tego od nieuniknioności wpadek i katastrof), dlatego kolejne spięcie to oczywiście kwestia czasu. Namiastkę dostaliśmy 1 czerwca w Japonii choć tym razem błąd pojawił się w komputerowych systemach transakcyjnych, inwestujących na rachunek własny Deutsche Banku, które zaczęły po otwarciu sesji składać seryjne zlecenia w kontraktach na indeks Nikkei 225 (duże i małe wersje kontraktów). Ponieważ indeks zaczął tonąć o 1 % więc możemy się domyślać, że były to zlecenia po stronie sprzedaży. Na szczęście ktoś w banku połapał się w błędzie i wycofał przytomnie pozostałe 99,7% zleceń, ratując być może świat przed kolejnym szokiem.

Wracając jeszcze na chwilę do spadków w USA podczas mini krachu. Okazuje się, że feralna sesja rzeczywiście była momentem zwrotnym. Niemal na zasadzie samospełniającej się przepowiedni rynek uwierzył, że mega wielkości jednodniowe spadki nie były do końca tylko przypadkowym zbiegiem okoliczności. To mały punkcik dla Analizy Technicznej – mniejsza o powody z realnej gospodarki gdy wykresy dyskontują naprawdę wszystko.

Równolegle z problemami systemowymi giełd trwa batalia z urzędnikami Obamy o kontrolę nad rynkiem, która ma powściągnąć egoistyczne zachowania inwestorów, szczególnie instytucjonalnych. Czy zmieni to coś z punktu widzenia przeciętnego inwestora? Nie sądzę, instytucje owe mają dość pieniędzy na opłacenie prawników i speców od biznesu czy podatków, którzy wymyślą nowe formy umykania spod kontroli. Nietrafione wydają się być limity na wielkość pozycji w kontraktach na ropę naftową -wiele raportów wskazuje, że to nie spekulacja wywindowała ceny tego surowca przez ostatnie lata. Ciekawe jest natomiast to, że fundusze używające do zleceń algorytmów zgodziły się udostępniać nadzorowi ich kody, zdaje się głównie dla wybielenia swoich intencji. Obama chce zakazać bankom spekulacji derywatami na własny rachunek, sformalizować rynek poza giełdowy (tzw OTC czyli over-the-counter, z forexem włącznie), wziąć pod but nadzoru fundusze hedgingowe, dotąd działające niemal jako państwo w państwie. To wszystko ma ograniczyć ryzyko, wprowadzić większą transparentność i przewidywalność, limitować nieracjonalność i chciwość.

Z przekąsem napiszę, że ponownie trzeba zmienić wiele by wszystko pozostało po staremu. Pisząc po staremu ma na myśli giełdowe kursy – nie znikną hossy i bessy, bańki będą nadal pompowane i przekłuwane, zmienność od niskiej będzie oscylować do wysokiej, lekkomyślni przegrywać, doświadczeni zarabiać a komputery psuć. Jedna zmiana ma szansę być jednak całkiem realna – panowie redaktorzy mediów wszelakich, którzy zaglądacie czasem na nasze blogi, błagam przestańcie już powielać nieprawdziwą plotkę o grubych palcach i złej ilości zer w zaleceniach z 6 maja!

___Kat___

[Głosów:0    Średnia:0/5]

5 Komentarzy

  1. Lucky

    “by informacje o transakcjach, zleceniach i kursach akcji, opcji a być może i kontraktów spływały do centralnego rejestru w czasie rzeczywistym”
    Czy tylko ja widze zagrozenie?

  2. tomfid

    @ Lucky
    Mi również się to wszystko mało podoba. Jak zwykle każdy kryzys jest wykorzystywany do centralizacji, formalizacji, zwiększenia kontroli, ingerencji urzędniczej, itd. Ten centralny rejestr i plany Obamy do sformalizowania forexu pachną Orwellem.

  3. ralfowitz

    @ Lucky, tomfid

    Mam cichą nadzieję, że centralizacja systemu, platform i podobnych instytucji, jest tak samo możliwa jak likwidacja nielegalnego kopiowania muzyki. W tej branży wytwórnie zaczynają już nawet nieśmiało “kolaborować” z użytkownikami.

  4. beck3tt

    A mnie przypomniał się fragment książki Jacka Dukaja “Czarne oceany”

    fantastastyka naukowa czy rzeczywistość?

    “- Sojusze XX wieku nastawione były na obronę przed konwencjonalnym atakiem, to znaczy brutalną siłą mordu i zniszczenia. Przyznaję, ich rola, podobnie jak rola owych superarmii, była niezaprzeczalnie istotna, nikt z nas tego nie neguje. Lecz tymczasem górę zaczął brać nowy czynnik, na znaczeniu zyskiwała inna płaszczyzna zmagań – ekonomiczna – ponieważ na niej podboje wciąż są możliwe.
    – Ależ to nie jest żaden nowy czynnik, on istniał od wieków!
    – Tak. Lecz, powtarzam, jego rola, z uwagi na postęp cywilizacyjny i pomniejszenie roli klasycznych konfliktów zbrojnych, wzrosła do tego stopnia, że mamy prawo mówić o zmianie jakościowej. Porównajmy efekty bezpośrednie i pośrednie najostrzejszego konfliktu ekonomicznego w realiach pierwszej wojny światowej oraz w czasach współczesnych: to są dwa różne światy.
    Wywołała na ścianie inny standardowy zestaw poglądowych zobrazowań.
    – Pierwszą różnicę stanowi tempo zmagań. Wtedy czas od decyzji do pierwszych jej skutków liczyć należało na tygodnie i miesiące, lata nawet, dziś są to sekundy. Jest to, oczywiście, kwestia technologii. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z komputeryzacją łączności, wirtualizacją praw własności i automatyzacją procesów decyzyjnych. Impuls niosący informację o spadku czy wzroście kursu biegnie światłowodem od kraju do kraju ułamki sekund. Niczego też nie trzeba podpisywać, przewalać ton Papieru, przemieszczać materialnych akcji, wykonywać Przy udziale ludzi proceduralnych wygibasów – co przed¬tem zabierało godziny i dni. Teraz wystarczy zmienić zapis w kryształowych pamięciach komputerów sprzedających, kupujących oraz giełdy – a to są nanosekundy. Największą zmianę w tej dziedzinie wniosła wszakże automatyzacja procesów decyzyjnych. Trend rozpoczął się od giełdowych programów eksperckich z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Pierwotnie miały to być jedynie swoiste bezpieczniki na wypadek nagłego krachu, wiadomo bowiem, że jak już się na giełdzie wali, to wali się wszystko i to z szybkością pikującego myśliwca. W takich warunkach ludzki makler nierzadko fizycznie nie nadąża ze składaniem zleceń, na dodatek tych właściwych -a stres jest potworny. Ponadto początek krachu często wszyscy przegapiają i odpowiedni punkt na wykresach wskazują dopiero post factum analitycy. Toteż zadaniem takiego programu komputerowego było cierpliwie wyczekiwać pierwszych objawów nieszczęścia i zareagować wówczas natychmiastową wyprzedażą zagrożonych pozycji i przejściem na papiery bezpieczne, tudzież podłączyć się do trendu i dla amortyzacji strat grać na krótką sprzedaż. Warunki aktywacji – progowe wysokości indeksów lub notowań pewnych firm uznawanych za reprezentatywne bądź wyjątkowo „wrażliwe” – oraz odpowiedzi programu wpisywali weń wcześniej ludzie. W krótkim czasie do pomocy programów eksperckich zaczęli się uciekać wszyscy więksi inwestorzy, wzrosły również znacznie kompetencje owych programów: już nie tylko szło o ratu¬nek w razie zapaści, lecz także o korygujące reakcje na zmiany trendów na giełdzie, coraz drobniejsze, coraz mniej istotne. Tendencja do automatyzacji decyzji była nieodwracalna, bo każdy, kto by się ze stosowania tej strategii wycofał, z miejsca stawiałby się na przegranej pozycji.
    – Więc jednak konwergencja – zauważył Anzelm.
    – W tak szerokim jej znaczeniu, każdy proces historyczny posiada charakter konwergencyjny. – Wzruszyła ramionami. – A pamiętajmy, że ta strategia posiadała i ciemne strony. Kilkaset takich „maszynowych inwestorów” działających równocześnie na jednym rynku -a wkrótce stało się jasne, iż w gruncie rzeczy istnieje tylko jeden rynek – stanowiło samodetonującą się bombę ekonomiczną: funkcjonując bezrefleksyjnie i podług sztywnych algorytmów, były ślepe na pośrednie konsekwencje swych poczynań i co rusz powodowały „lawiny decyzyjne”, zgubne dla wszystkich. Wyglądało to w sposób następujący.
    Tu Kleist wywołała na ścianie przykładowy zapis „lawiny”. Miejsca wprzęgnięcia się programów zaznaczone były na lecących w dół wykresach czerwonymi piktogramami. Wersja animowana, trójwymiarowa, ukazywała “współpracę” kilku programów.
    – Program najbardziej asekuranckiego z inwestorów -mówiła generał, wskazując kolejno odpowiednie fragmenty zobrazowania – a zazwyczaj był to fundusz emerytalny, rozpoznawał sytuację jako niebezpieczną – bo akurat na tym dokładnie poziomie ustawiono mu próg czujności -i pozbywał się papierów, jego zdaniem, zdaniem jego twórców, niepewnych. To naturalnie wzbudzało niepokój kilku innych programów. Jeśli skumulowane wahnięcie kursów przekroczyło analogiczny próg u któregoś z nich, wówczas i on się dołączał do zrzutu, a jeżeli przy tym był to program zaplanowany „z większym gestem”, mógł się zachować bardziej agresywnie i pójść „na trend”. Spadek kursu się powiększał i rzutował na kursy firm pokrewnych, bo programy prewencyjnie wyprzedawały blokowo. Wystarczyło parę takich zazębień skutków działań jednego programu z założeniami kolejnego, by giełda ni z tego, ni z owego, w przeciągu minut, spadła w najgłębszą otchłań bessy. Ludzcy maklerzy mogli tylko przyglądać się i kląć.
    – Czemu nie wyłączyli tego wszystkiego w cholerę?
    – To nie było żadne wyjście – Kleist pokręciła głową. -Kto by się na coś takiego porwał, uzyskałby jedynie tyle, że najpóźniej i z największą stratą zeszedłby z dołujących Przedsiębiorstw. I w rzeczy samej, według tego scenariusza doszło do kilku poważnych załamań giełdowych. Jednak po upowszechnieniu komputerów opartych o fuzzy logic, sieci konekcyjnych, PDP i post-PDP, heurystyk adaptatywnych, nieporównanie bardziej elastycznych i zdolnych do nauki na błędach – zagrożenie z tej strony wyraźnie zmalało. Bezpośrednią konsekwencję powyższego stanowi również całkowite wykluczenie z ekonomicznych gier ludzi.
    – Więc co wy tu właściwie robicie?
    – W boju parkietowym uczestniczą wyłącznie maszyny. Nam pozostaje rola programatorów i określaczy strategii ogólnych, nadzorców, kontrolerów i sztabowców.
    – Odpadliśmy, bo jesteśmy wolniejsi?
    – Nie tylko. Chociaż rzeczywiście, szybkość dyskwalifikuje człowieka już na starcie. Ale komputery tej generacji są „świadome” również istnienia innych komputerów inwestorów i biorą w swych decyzjach pod uwagę ich programy. Zmagania wspięły się tym samym na wyższy poziom, owe wnuki programów eksperckich rywalizują bowiem ze sobą już na „metagiełdzie”, gdzie dokonywane wybory zależą nie od rzeczywistych notowań i faktycznych posunięć adwersarzy, lecz ogółu stanów i zdarzeń możliwych, a każde z nich ważone jest odpowiednim prawdopodobieństwem i wartością oczekiwaną. Na tym etapie ludzcy analitycy giełdowi sami z siebie już nawet post factum nie są w stanie zrozumieć i wytłumaczyć poczynań komputerów. Przykładowo – Kleist wyciągnęła zapis jakiejś starej sesji i przewinęła analizę – znajdują w listingu pozycję ewidentnie chybioną, zakup jakichś dołujących akcji i sprzedaż ich z wielką stratą. Logika gry na pierwszym poziomie giełdy mówi jasno, iż jest to błąd. Jednak gdy gra toczy się na poziomie drugim, zmienia się perspektywa oceny i nie szacuje się strat i zysków z danych posunięć wobec ich zaniechania (to znaczy: „gdyby nie kupował, bylibyśmy do przodu”), lecz wobec rozkładu prawdopodobnych konsekwencji zaniechań („gdyby nie kupował, Etand najprawdopodobniej zszedłby z KSCF, ruszyłoby czerwone w City i stracilibyśmy sto dwadzieścia mega”). Jedynym wówczas właściwym sposobem analizy jest analiza całościowa. A żaden człowiek nie obejmie jedną myślą wszystkich ruchów na światowym parkiecie.”

    Jacek Dukaj, “Czarne oceany” wyd. superNOVA , Warszawa 2004

  5. tomfid

    @ ralfowitz
    Brzmi pocieszająco… 🙂
    @ beck3tt
    Chyba kupię tą książkę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *