Od ponad dwudziestu lat wydaję książki. I przez te ponad dwadzieścia lat wciąż nie nauczyłem się jednej rzeczy: przewidywać, która książka okaże się sukcesem. Oczywiście staram się wybierać tytuły, które uważam za dobre. Patrzę na autora, temat, próbuję ocenić zainteresowanie czytelników, choć najczęściej liczy się przede wszystkim mój zachwyt. Chciałbym, żeby każda kolejna książka została bestsellerem. Zwłaszcza że za chwilę ukażą się „Aksjomaty z Zurychu”, więc bardzo proszę potraktować poprzednie zdanie jako subtelny przekaz marketingowy. Zwłaszcza, że nie gonię za nowościami i modami. Wręcz przeciwnie wyłuskuję ponadczasowe perełki sprzed lat. Ale prawda jest taka, że wydawanie książek jest biznesem opartym na niepewności. Czasem tytuł, po którym spodziewałem się wiele, sprzedaje się przeciętnie. Czasem niepozorna książka zaskakuje i zarabia na kilka innych.
Kilka lat temu mogliśmy zajrzeć za kulisy tego biznesu na skalę nieporównywalnie większą od mojego mikrowydawnictwa. Penguin Random House chciał przejąć Simon & Schuster za ponad 2 miliardy dolarów. Transakcję próbował zablokować amerykański Departament Sprawiedliwości i podczas procesu na światło dzienne wyszły wewnętrzne dane największego wydawcy książek na świecie. Okazało się, że zaledwie 35 na 100 wydawanych książek przynosi zysk. Przeczytajcie to sobie dokładnie, wy wszyscy którzy straszycie, że na rynku CFD traci 70 procent. Jeszcze ciekawsze było to, że maleńka część tych sukcesów odpowiada za większość zarobku: 4 procent rentownych tytułów generowało aż 60 procent zysków. Szef Penguin Random House mówił wprost o „biznesie portfelowym” i porównywał wydawców do aniołów biznesu inwestujących co roku w tysiące pomysłów, z których tylko nieliczne docierają na szczyt.
Wszystko to nieco przypomina venture capital. Nie musisz mieć racji za każdym razem. Właściwie z góry wiesz, że bardzo często nie będziesz jej miał. Cała sztuka polega na tym, żeby od czasu do czasu trafić na coś, co wynagrodzi wiele wcześniejszych pomyłek.
Mam wrażenie, że tak naprawdę wiele branż, ale również naszych życiowych inicjatyw działa w ten sposób. Powinniśmy otwierać i próbować mnóstwa rzeczy, w nadziei na to, że raz na jakiś czas coś nam się uda, coś zaskoczy i osiągniemy z tego zysk. Jeśli będziemy szukać perfekcyjnie tego jednego, najlepszego rozwiązania, to minie nas mnóstwo okazji. Nie bez powodu mawia się czasem, że szczęściu trzeba dać szansę.
Z pieniędzmi robimy jednak często coś dokładnie odwrotnego.
Od lat przy okazji kolejnych danych o oszczędnościach Polaków pojawia się to samo utyskiwanie. „Polacy mają oszczędności, ale nie chcą ich inwestować”. I rzeczywiście skala robi wrażenie. Według NBP na koniec 2024 roku gospodarstwa domowe miały 2,26 biliona złotych łatwo dostępnych aktywów finansowych. Blisko 1,34 biliona leżało na depozytach bankowych, kolejne 392 miliardy w gotówce. Dla porównania akcje notowane na GPW stanowiły zaledwie 84,5 miliarda złotych. Na X i w mediach społecznościowych w bańce związanej z inwestowaniem, krzyczy się, że to straszne, że „ci ludzie” nie rozumieją, że tracą. Na konferencjach finansowych robimy to samo, utyskujemy, co zrobić, co zrobić. Może przy okazji OKI, da się ich przekonać. Nie zapłacą podatku Belki przecież.
Łatwo więc powiedzieć: Polacy nie lubią ryzyka. Tylko że być może problem zaczyna się trochę wcześniej. Wielu ludzi nigdy nie miało z ryzykiem inwestycyjnym do czynienia, choć w życiu nieustannie się z ryzykiem mierzą. A gdy próbujemy o nim opowiedzieć, jednym z pierwszych słów, jakie słyszą, jest „strata”.
Możesz stracić część kapitału. Możesz stracić całość. Wyniki historyczne nie gwarantują przyszłych. Wartość inwestycji może spadać.
I jeszcze te wspaniałe ankiety MIFID, które w zasadzie od początku krzyczą „nie dawaj nam swoich pieniędzy”. Z punktu widzenia człowieka, który całe życie odkładał pieniądze i starał się ich nie stracić, otrzymuje on dość osobliwą propozycję: przynieś nam swoje oszczędności, a my na początek opowiemy ci, na ile sposobów możesz je stracić. Psychologowie od dawna wiedzą, że utrata pieniędzy nie jest dla nas po prostu lustrzanym odbiciem ich zdobycia. Strata boli silniej, niż porównywalny zysk cieszy. Nic więc dziwnego, że samo wyobrażenie straty potrafi zniechęcić do działania. A potem branża finansowa ze zdziwieniem odkrywa, że Polacy nie lubią ryzyka.
Tylko coś tu bardzo się nie zgadza. Ci sami Polacy potrafią kupować mieszkania inwestycyjne, rzucić się na złoto, gdy zaczyna o nim mówić pół świata, albo kupować kryptowaluty. Nie mówiąc o wpłacaniu swoich pieniędzy w przedziwne wynalazki, które później okazują się oszustwami lub piramidami. Do tego dochodzi zakładanie firm, branie kredytów, pożyczek. Ryzyko nas otacza i dobrze o tym wiemy. Na wyobraźnie działają liczby, historie, opowieści. Taką opowieścią są historie o ponadprzeciętnych zyskach. Od wieków rozgrzewały wyobraźnie ludzi. Te wszystkie gorączki złota, podróże w nieznane, w poszukiwaniu nowych lądów i możliwości, a przede wszystkim wizja zysku.
Na początku lat 90. Skarb Państwa wyemitował Zamienne Obligacje Skarbu Państwa, tzw. ZOSP. Dość egzotyczny i w zasadzie nowatorski instrument. Posiadacz ZOSP mógł używać ich jako środka zapłaty za akcje prywatyzowanych przedsiębiorstw. I okazało się, że zwykły Kowalski staje się specjalistą od obligacji zamiennych, o dość specyficznej budowie. Bo widział w tym jakąś korzyść.
W 1994 roku pracowałem w domu maklerskim i pamiętam kolejki przy zapisach na akcje Stalexportu. To była ostatnia prywatyzacja, przy której można było wykorzystać ZOSP-y, żeby kupić akcje z dyskontem. Zainteresowanie ofertą było ogromne, a kupującymi nie byli żadni finansowi nerdzi, czy pracownicy instytucji finansowych. Przekrój społeczny posiadaczy ZOSP był ogromny. Ludzie po prostu korzystali z okazji. I może właśnie tego trochę brakuje nam dzisiaj w myśleniu o oszczędzaniu i inwestowaniu. Zamiast wyłącznie tłumaczyć ludziom ryzyko, można byłoby pozwolić im go trochę doświadczyć. Nie chodzi o to, żeby całe oszczędności wrzucać w akcje, start-upy, bitcoina czy inne wynalazki. Wręcz przeciwnie. Może chodzi właśnie o to, żeby czasem spróbować za niewielką kwotę. Kupić coś, czego się do końca nie zna. Raz zarobić, raz stracić, ale na tyle, żeby nie bolało.
Raz na jakiś czas przychodzi hossa na rynku akcji. Taka, która działa na wyobraźnię. 20 procent rocznie, 40, 60, kolejny rok wzrostów. I nagle pojawia się zainteresowanie. Czyżby stała za tym jakaś kampania informacyjna? Czyżby nagle poprawił się poziom edukacji finansowej? Czyżby zmieniono i ułatwiono zasady otwierania rachunków maklerskich. NIE. Nic z tych rzeczy. Pojawiła się wizja zysku. I przy odrobinie rozsądku, a większość z nas jednak ją posiada, spróbować. Niewielką kwotą. Ot w ramach testu i ciekawości. (ale ten test się nie uda, jeśli otwierając rachunek, będzie się nas straszyło – STRACISZ, STRACISZ, STRACISZ). A czasem nawet zrobić jakąś głupotę. Kupić coś za sto czy dwieście złotych, no dobra tysiąc jeśli nas to finansowo nie zniszczy, zapomnieć o tym i po kilku latach ze zdziwieniem odkryć, że akurat ten pomysł okazał się świetny. Oczywiście równie dobrze może się okazać kompletną klapą, ale ta strata nie wpływa na naszą ogólną kondycję finansową. To trochę model venture capital w wersji dla zwykłego człowieka. Zamiast stawiać mnóstwo na jeden genialny pomysł, próbujesz wielu rzeczy małymi porcjami. Dywersyfikacja w praktyce, bez wykładów, warsztatów i prezentacji o korelacjach między klasami aktywów. Dokładnie to samo robimy na co dzień. Widzimy w internecie jakiś dziwny gadżet do malowania ścian, który podobno pozwala idealnie odciąć farbę pod sufitem bez taśmy. Kosztuje pięćdziesiąt złotych. „Dobra, spróbuję. Najwyżej okaże się śmieciem.” Kupujemy, choć wiemy, że reklama może przesadzać. Wiemy, że urządzenie może wylądować po dwóch dniach w szufladzie. Wiemy, że możemy wyrzucić pięć dych. Ale ciekawość i wizja korzyści są wystarczające, żebyśmy podjęli to niewielkie ryzyko.
Przy inwestowaniu zachowujemy się często dokładnie odwrotnie. Szukamy. Czytamy. Porównujemy. Czekamy. Chcemy znaleźć tę jedną właściwą inwestycję. Nie pomylić się. Nie stracić. Wybrać idealny moment. Wycyzelować decyzję. A przecież być może znacznie ważniejsze byłoby po prostu zacząć próbować. Zyskiwać doświadczenie. Przekonać się czy chcemy to robić, czy też nie. W najgorszym wypadku będziemy mieli zawaloną szufladę genialnymi bajerami z temu, albo portfele inwestycyjne pełne eksperymentów, z których nic nie wynikało. Choć po dwudziestu latach przy okazji remontu przypomnimy sobie – zaraz, zaraz ten dynks, który kiedyś kupiłem świetnie się przyda jako podstawka do kwiatka w ogrodzie. Albo – a co to jest na tym rachunku? Skąd się wzięły te pieniądze? Bo okazało się, że kiedyś przed pandemią wśród wielu innych eksperymentów, kupiliśmy kilka akcji producenta rękawiczek lateksowych, ale inwestowanie nam się znudziło.
Uczymy dzieci, że najlepiej uczyć się na doświadczeniu. A sami sobie to doświadczenie ograniczamy.
No chyba, że przychodzi hossa. Na złocie, krypto, a w końcu i na rynku akcji.
Aha. Aksjomaty z Zurychu to naprawdę świetna książka. O ryzyku!
[Photo by Patrick Donnelly on Unsplash]

Niezależnie, DM BOŚ S.A. zwraca uwagę, że inwestowanie w instrumenty finansowe wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanych środków. Podjęcie decyzji inwestycyjnej powinno nastąpić po pełnym zrozumieniu potencjalnych ryzyk i korzyści związanych z danym instrumentem finansowym oraz rodzajem transakcji. Indywidualna stopa zwrotu klienta nie jest tożsama z wynikiem inwestycyjnym danego instrumentu finansowego i jest uzależniona od dnia nabycia i sprzedaży konkretnego instrumentu finansowego oraz od poziomu pobranych opłat i poniesionych kosztów. Opodatkowanie dochodów z inwestycji zależy od indywidualnej sytuacji każdego klienta i może ulec zmianie w przyszłości. W przypadku gdy materiał zawiera wyniki osiągnięte w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika na przyszłość. W przypadku gdy materiał zawiera wzmiankę lub odniesienie do symulacji wyników osiągniętych w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika przyszłych wyników. Więcej informacji o instrumentach finansowych i ryzyku z nimi związanym znajduje się w serwisie bossa.pl w części MIFID: Materiały informacyjne MiFID -> Ogólny opis istoty instrumentów finansowych oraz ryzyka związanego z inwestowaniem w instrumenty finansowe.