Od pewnego czasu obserwujemy w Polsce rosnącą niechęć do rynku. Emerytury, giełda, fundusze i generalnie wszystko, co związane z inwestowaniem zalewane jest zupełnie zaskakującą falą pomyj. Efektem jest wytwarzanie w społeczeństwie przekonania, iż rynek jest jednym wielkim kasynem.
Pochodną takiego ustawienia relacji z rynkiem jest faktyczne ignorowanie przez polityków skutków własnych działań. Nie mam wątpliwości, iż w społeczeństwach z rozwiniętą „equity culture” politycy nie mogą pozwolić sobie na działania wprost szkodzące rynkowi, bo pośrednio krzywdzą również własnych wyborców. W Polsce można w parlamencie dokonać „wrzutki legislacyjnej”, która zatrzęsie GPW, wyjść do mediów z dumą, mówić o banksterach i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji. Uprzedzając potencjalne zarzuty o obronie interesów przypomnę, iż stawiałem na blogach tezy o zbyt leniwym podejściu banków do problemu kredytów frankowych i ryzykach rysujących się dla sektora w kontekście kampanii wyborczej.
Naprawdę problem jest jednak to, iż rośnie w Polsce pokolenie, które przy pomocy polityków samo odcina się rynku oraz inwestycji i to w kontekście zupełnie niewyobrażalnym dla ludzi pamiętających ofertę inwestycyjną sprzed 20 lat. Dziś, kiedy bez wychodzenia z domu można wybierać pomiędzy polskimi funduszami i funduszami zagranicznymi lub między Brazylią, Indiami czy Wall Street, pojawia się przekonanie o całkowicie spekulacyjnym charakterze inwestowania, które podsycono na potrzeby zmian w OFE. Wszystko to przy oczekiwanej katastrofie systemu emerytalnego i rosnącej masie ludzi, którzy zwyczajnie nie będą mieli żadnej emerytury lub będą mieli emeryturę na granicy minimum socjalnego.
Tymczasem w sieci i mediach trwa konkurs na to, kto mocniej obrazi banksterów i wybije się na plan pierwszy z radykalniejszym pomysłem na dobranie się bankom do kasy. Pomysły na nacjonalizacje mieszają się z pomysłami nowych podatków, które uzasadnia się koniecznością walki z chciwością, zarobkami prezesów i ograniczeniem roli sektora finansowego w gospodarce. Logika medialnej naparzanki jest taka, iż trzeba wyjść z coraz to głośniejszą tezą, żeby zostać zauważonym, odnotowanym czy zwyczajnie zaproszonym do studia. Nikt nie bawi się w subtelności, które są wyjątkowo pożądane, gdy mówimy o sektorze finansowym.
Dla osób z mojego pokolenia, które podejmowanie ryzyka na rynku wyniosło na sztandary i pogardzało ryzyko-fobią, giełdy akcji pozostają jedną z najłatwiejszych ścieżek do budowania oszczędności. Ucieczka od tego świata ma w sobie coś z kapitulacji. Metaforycznie rzecz ujmując ignorowanie rynku jest jak posiadanie paszportu, z którego się nie korzysta (tak, wiem, że niewiele osób pamięta jeszcze świat bez paszportów). Ludzie, którzy dziś mają 60 lat zwyczajnie nie mieli takiej szansy, więc w pewnym sensie byli skazani na waluty lub książeczki oszczędnościowe. Pokolenie obecnych 40-latków miało już wybór pomiędzy lokatą i rodzącym się rynkiem kapitałowym. Dzisiejsi 20-latkowie mają możliwości, które onieśmielają, ale jednocześnie stawiają na półce z oszczędzającymi i inwestującymi w innych krajach. Ignorowanie takiej szansy jest delikatnie mówiąc nieporozumieniem.


Dodaj komentarz