Przepowiednie zawsze w modzie, cz. 2

Z „show biznes”, jakim są przepowiednie, oddzielmy na chwilę ‘show’ i spójrzmy jak w słowach wspomnianego poprzednio Laszlo Birinyi’ego prezentuje się sam ‘biznes’.

 

Birinyi to jedna z „figur” na Wall Street i piszę to z całym szacunkiem na jaki zasługuje. Jeśli chodzi o wiarygodność i rzetelność jego analiz, komentarzy i newsletterów, to śmiało ustawiłbym go na czele rankingu, z jednego zasadniczo powodu: cały jego aparat decyzyjny to świetnie przetestowane i udokumentowane narzędzia, opierające się na analizie cykli, przepływów finansowych, anomalii, statystycznych zależności znalezionych w danych i w samym mechanizmie działania rynków. Nawet jeśli na tej podstawie dokonuje (być może) nietrafnej, publicznej projekcji S&P500 za dwa lata, to ma ku temu szereg mocno prawdopodobnych argumentów, które z pewnością obroni, a nie wątpię, że również z całą ufnością wierzy w to, co głosi (wcale nie takie oczywiste w wielu przypadkach).

Nie mogę przy tej okazji odmówić sobie komentarza w pewnej bieżącej, dość istotnej sprawie. Otóż Birinyi uznał zarówno perturbacje związane z Grecją, jak i obecnie z Chinami, za rynkowy szum, który nie ma znaczenia dla dalszej hossy giełdowej w USA. Czy ma rację? Zapewne podobne pytanie zadaje sobie obecnie tysiące inwestorów, również w Polsce, choć ruchy kursów naszych akcji wiążą się bardziej z wewnętrznymi problemami, i jedynie gdzieś tam w tle stanowią wstrząsy wtórne po tym, jak światowe rynki dają wyraz swojemu zaskoczeniu tym zdarzeniom, które dzieją się w Chinach.

Choć trzeba zauważyć, że reakcje rynków chwilami wydają się przeczyć „sensacyjnym” i poniekąd diabolicznym scenariuszom, oferowanym nam przez partyjnych notabli z Chin, sterujących wolnym rynkiem i chcących, o dziwo, za nim podążać. A skoro media próbują narzucić nam ową narrację strachu, to dlaczego giełdy w USA rosną na sporej zmienności podczas 2 z 3 tych dni, gdy bank chiński interweniuje na rynku walutowym w sposób nie widziany od 20 lat?

Z perspektywy miejsca i czasu Birinyi może rzeczywiście Grecję uważać za „szum”, co oczywiście nie musi odpowiadać europejskiej perspektywie widzenia. Kiedy bowiem w Europie ratowano bankrutującą Grecję, giełdy akcyjne w USA pozwoliły sobie nawet na ustanowienie rekordu wycen indeksów rynkowych. Nie ma sensu doszukiwać się w tym (nie)racjonalności, Grecja w skali świata i Ameryki do ledwie mrówcza wielkość, choć zupełnie jak mrówka potrafi okrutnie dokuczyć słoniowi. Co innego jednak Chiny, które w tydzień wytwarzają roczną wartość PKB Grecji, i gdzie nie ma miejsca na uliczne protesty, referenda i całonocne, na żywo przekazywane dyskusje „parlamentarne”. Za to ogromnie łatwo przekonać obywateli do wyrzeczeń, w imię dobra wspólnoty, która jest w Azji nadrzędną wartością, co miałem okazję wielokrotnie z bliska poczuć.

Teoretycznie 3 procesy zachodzące w Chinach mogłyby zagrozić światowym rynkom giełdowym (poza surowcami, od miesięcy szorującymi cenami po dnie, i walutami, dużo bardziej wrażliwymi, ale niespecjalnie się dewaluacją przejmującymi, czekając raczej na ruch FEDu):

1/ Giełda

Ekspozycja funduszy zagranicznych na Chińskie akcje ogranicza się głównie do stabilniejszych firm notowanych w USA i Hong Kongu. Świat przygląda się więc bardziej z ciekawością niż z obawą o ręczne sterowanie chińskim krachem giełdowym, który nie przenosi się poza granice. W zasadzie gdyby rządzący ogłosili, że od jutra sami ustalają ceny akcji, nikogo by to już nie zdziwiło. To przede wszystkim świetna, podręcznikowa wręcz lekcja powstawania szybkiej bańki spekulacyjnej i pękania jej. Powinna znaleźć się w książkach jako swoiste „memento”.

Fenomen owej giełda polega na tym, że obrót tworzy na niej w ok. 80% rzesza inwestorów indywidualnych, w większości bez stosownej wiedzy i kwalifikacji. Chińczycy mają dużą skłonność do hazardu, który poza Makao jest zabroniony, kiedy więc okazało się, że można to samo uprawiać na giełdzie, chętni ciągnęli na parkiet milionowymi strumieniami, głównie młodzi, posługując się pożyczonym, często na czarnym rynku, kapitałem. Po krachu ok. 1/3 rachunków już zamknięto, a lewar nieco się zmniejszył, państwo nadal będzie ręcznie sterować obrotem aż do ustabilizowania się nastrojów. Nie ma chwilowo alternatywy, gdy jednego dnia próbowano złagodzić restrykcje, rynek się zwalił natychmiast. Wykresy giełdowe widać tam na ulicy wszędzie dookoła. Moi znajomi z Chin siedzą na papierowych stratach i planują pozbyć się akcji po cenie nabycia, nawet za kilka lat. Typowy syndrom bessy. Problemem są jednak ci zlewarowani, którzy z ulgą wyszliby z rynku jak najszybciej. Obrona indeksów to obecnie dla władz sprawa honoru, dla wielu są oni ucieleśnieniem dawnej władzy cesarskiej, a więc boskiej, i z tego muszą się wywiązać.

Mówi się o ograniczeniu popytu wewnętrznego z powodu krachu, ale grający na giełdzie to ledwie kilka procent populacji, 75 milionów rachunków w szczycie na 1,5 mld obywateli, więc szoku wielkiego nie ma z tego powodu. Profesjonaliści z giełd zachodnich póki co nie wykazują obaw tymi wstrząsami.

2/ Gospodarka

Mało kto wierzy w oficjalne statystyki, ale faktem jest, że gospodarka zwalnia, kurczy się przede wszystkim eksport, ponownie potwierdzają to moi znajomi, którzy czują znaczny spadek zamówień z Europy i kolosalny zjazd popytu z Rosji. O dziwo natomiast bardzo dynamicznie kupuje u nich Bliski Wschód pomimo wojen. Póki co przełożenie na niższą sprzedaż czują światowi producenci dóbr luksusowych, szczególnie aut. Dewaluacja pogorszy ten trend. Ale to wszystko za mało by gwałtownie wstrząsnąć korporacjami zza oceanów. Te tendencje łatwo uchwycić, próbować łagodzić, przewidywać.

Tak naprawdę najgroźniejsze jest to jeszcze niezmaterializowane ryzyko, które Chiny ukrywają za maską tych wszystkich działań, niemal co dzień ostatnio zadziwiających świat. Stratosferycznej wielkości rezerwy walutowe, nieco przetrzebione w ostatnich miesiącach na interwencje, wspierają wizerunek tego kolosa, ale niektóre nogi okazują się być gliniane. Rynek nieruchomości to póki co załagodzona nieco bańka, z której spuszczono nieco powietrza, ale już finanse lokalnych samorządów to potencjalny wulkan kłopotów. Niemniej jednak najgorsze może być to, czego dziś gołym okiem nie widać, a być może trzeba się obawiać.

3/ Operacje międzynarodowe

Skala wielkości tych operacji może prowadzić do perturbacji. Ot choćby pozbycie się po cichu obligacji amerykańskich wartości niemal 200 miliardów USD. Albo ujawnienie rezerw złota, mające być demonstracją siły na rzecz wsparcia giełdowego popytu, i zdziwienie analityków ich wielkością, które natychmiast doprowadziło do mini krachu na giełdach handlujących złotem. Teraz mamy wojnę walutową, która ma wytrącić broń FED i uprzedzić lub opóźnić jego podwyżkę stóp procentowych, co natychmiast wyceniły rynki pochodne.

To wszystko skala, której nie da się lekceważyć, ale też którą zza kurtyny całkiem sprawnie zarządza politbiuro. Pytanie jak długo? Suma tych wszystkich „drobnych” problemów złożona w jednej chwili może być sporym szokiem. Póki co S&P 500 od miesięcy miota się niemal w miejscu. Na tym poziomie można mówić o „ubijaniu sufitu”, którego przebić potem będzie ogromnie trudno, za to w drugą stronę podaż może wejść jak w masło. Przy tak długiej konsolidacji solidne wybicie w którąkolwiek ze stron może być jednak znacznym impulsem.

—kat–

[Głosów:28    Średnia:4.3/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *