Obecność na rynku od czasów, gdy GPW była grą w berka kucanego, a nie prawdziwym inwestowaniem – choć pieniądze były godne i prawdziwe – powoduje, iż na obecną sytuację w Warszawie można spojrzeć przez pryzmat tego, co już było i porównać nastroje z czymś, co znało się z przeszłości.
Naprawdę przeżyłem na GPW właściwie wszystkie kryzysy, łącznie z pierwszym z początku lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku, więc powiedzmy, że miałem okazję przyzwyczaić się do nastrojów całkowitego zniechęcenia i pesymizmu. Kryzysy azjatycki i rosyjski oglądałem z pierwszej ręki. Pęknięcie bańki dotcomów było chyba pierwszą bessą, która mnie nie zaskoczyła, bo szaleństwo tamtego świata było oczywiste dla kogoś, kto był na rynku od dekady. Oczywiście każdy niedźwiedź drapał mocniej lub słabiej, ale świadomość cykliczności pozwalała oczekiwać końca pesymizmu. Nieskromnie przyznam, że kryzys 2008 roku nie zrobił na mnie większego wrażenia. Nastrój w otoczeniu był bardziej pesymistyczny, ale jakoś wszystko było w miarę zrozumiałe i jawiło się w kategoriach jednej z najlepszych okazji inwestycyjnych w życiu. Zwyczajnie, po przeszło dwudziestu latach na rynku czeka się na takie przeceny, bo wówczas mieszanka doświadczenia, braku pośpiechu i wiedzy daje przewagę na tym wszystkimi, którzy muszą sprzedawać bo klienci wycofują pieniądze, albo sprzedają, bo wpadli w panikę.
Mimo tak zarysowanego pola doświadczenia nie przypominam sobie równie pesymistycznej mieszanki na GPW, z jaką mamy do czynienia w ostatnich czterech latach. Strach przed podwyżką stóp procentowych w USA kładzie się długim cieniem na rynkach wschodzących, co powoduje, iż WIG20 leci na pysk niesiony korelacją z innymi rynkami wschodzącymi. Nic lepiej nie oddaje korzeni – czy raczej jednego z korzeni – obecnej słabości warszawskich blue chipów niż wielokrotnie już pokazywany na blogach bossy wykres WIG20 nałożonego na iShares MSCI Emerging Markets. Korelacja jest trudna do zaprzeczenia i w dużej mierze musi być uznawana za coś, co równoważy wzrost ryzyka politycznego, które pojawiło się w związku ze zmianą władzy w Polsce. Można spekulować, na ile to ledwie zbieg okoliczności lub korelacja pozorna, ale nie można ignorować faktu, iż WIG20 jest również słaby słabością innych blue chipów z rynków wschodzących, które znalazły się w koszyku EEM. Jednak i w tym wypadku świadomość cykliczności pozwala na dawkę optymizmu.
Niestety trudno zrównoważyć pesymizm, który wlewa się na GPW w związku z czytelnym porzuceniem przez polską klasę polityczną interesów akcjonariuszy. Ostatnie lata to jedno wielkie pasmo działań, które szkodzą warszawskiemu rynkowi. Ograniczenie składki do OFE. Zabór połowy aktywów z OFE. Sądowe potwierdzenie prawa klasy politycznej do sięgania po pieniądze zbierane na emeryturę. W takim kontekście nawet środowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest już – przepraszam za słowo – plunięciem na rynek przez polityków, tym razem w togach. Jeśli dołożyć do tego pomysły podatkowe, które w najmniejszym stopniu nie biorą pod uwagę faktów z przeszłości, sygnałów z Europy i opinii z rynku, to łatwo zrozumieć dlaczego spora część inwestorów na GPW widzi przyszłość polskiego rynku w ciemnych barwach. Po 25 latach od pierwszej sesji – rocznicę będziemy obchodzili, za pięć miesięcy, 16 kwietnia 2016 roku – polscy gracze zaczynają szukać wzoru dla przyszłości GPW na rynkach takich, jak praski czy budapesztański, które zwyczajnie usychają. Cykliczność podpowiada, iż tak skrajny pesymizm bywa początkiem nowego. Dlatego proponuję spojrzeć na to, co działo się węgierskim BUX-em na tle WIG20. Z OFE, czy bez OFE – rząd węgierski podjął decyzję o przejęciu aktywów OFE w 2010 roku – rynki poruszały się właściwie tak samo, jak WIG20, na którym nie zlikwidowano OFE.
Chyba właśnie dostarczyłem argumentów za likwidacją OFE, ale skoro Trybunał Konstytucyjny powiedział all clear, to i ja mogę być… optymistą.

