Jedynym powodem, dla którego wybrałem się na „Wilka z Wall Street” była chęć zobaczenia koncertowej gry Leonardo Di Caprio, nominowanego zresztą za tę rolę do Oskara.
Nie będę się jednak odnosił do warstwy artystycznej filmu gdyż to nie ten blog. Chociaż pewnie ma tu jakieś znaczenie, że nakręcił go Martin Scorsese (ten od „Chłopców z ferajny” czy „Taksówkarza”), że nominacji oskarowych jest więcej, że najczęstszym środkiem artystycznego wyrazu jest wulgarne słowo angielskie na „F” (ponad 500 razy jak ktoś policzył) czy że trwa niemal 3 godziny a mimo to widziałem, że wbija ludzi w fotel.
Pytanie dlaczego tak wbija i jak jego wartość docenić możemy my, obcujący z giełdą na co dzień.
Przede wszystkim samego „Wall Street” tak naprawdę tam nie ma, jest jedynie jej imitacja w formie brokerskiej firmy założonej przez głównego bohatera, granego przez magnetyzującego jak zwykle DiCaprio. Odtwarza on tym samym karierę charyzmatycznego manipulanta i oszusta Jordana Belforta, na podstawie książki którego powstał scenariusz. Firma zatrudniała ponad 1 000 brokerów, choć może trzeba by raczej napisać sprzedawców, i wciskała niebogatym wcale ludziom groszowe, nic nie warte zwykle akcje. Typowy ‘boiler room’ jaki już widzieliśmy w filmie pod tym właśnie tytułem, tylko rozmach tym razem sporo większy – narkotyki, alkohol i pieniądze można tym razem liczyć niemal w tonach, za czym zresztą nadążają adekwatnie: prostytutki w ilości i urodzie, skala orgii oraz poziom hedonizmu. Nie chcę ryzykować zbyt pochopnej tezy, że to marzenia o takim stylu życia przyciągają przynajmniej część widowni do kin, a przy okazji zdemoralizowanie oburza tabuny krytyków (hipokrytów jeszcze nie słychać).
Kolejnym motywatorem jest zapewne to, że film zrobiono w konwencji czarnej komedii i zresztą w tej kategorii został nominowany do Złotych Globów. Czuć luz a żarty fruwają z lekkością, choć ubrane w wulgaryzmy. Scena z powrotem bohatera do domu Ferrari czy pierwsza lekcja brokerki w restauracji przejdą z pewnością do historii jak słynne „greed is good”. Tylko do śmiechu nie jest oszukanym przez Belforta 1500 klientom, którym musi zwrócić wyrokiem sądu 110 milionów dolarów. Honoraria za film i książkę to tylko ułamek tej rekompensaty, wynagrodzenia za szkolenia ze sprzedaży, prowadzone przez Belforta obecnie, idą również na ten cel, zresztą nie bez kontrowersji i oskarżeń o ich ukrywanie. Żeby złapać poprawną i bardziej swojską perspektywę w tej historii wystarczy sobie uświadomić, że równie dobrze za wyłudzone pieniądze mógł się bawić Marcin P., właściciel Amber Gold. Tyle że być może zamiast sponsorowania orgii i zakupu jachtu znajdywał zadowolenie w dokarmianiu małp i prowadzeniu linii lotniczej…
Złoczyńca ma przyjemną twarz DiCaprio i chyba dlatego postać tak wykreowana nie budzi wcale odrazy lecz sympatię, uśmiech, może nawet podziw za umiejętności czy wręcz gloryfikację. Nie wiem czy to efekt zamierzony, podobnie było zresztą z Gordonem Gekko w słynnym klasyku „Wall Street”, który miał być dla publiczności synonimem bezdusznego łajdaka, demona i krwiopijcy, a okazało się, że pociąga charyzmą i stał się dla co poniektórych ikoną inwestowania i korzystania z uroków życia. Tracimy więc z oczu prawdziwy obraz – Belfort był niestety dużej skali oszustem, wykorzystującym bez litości naiwnych klientów, i co trzeba przyznać przy tym – geniuszem sprzedaży. Nie naciągał przy tym bogatych lecz przeciętnych i mniej zorientowanych klientów, ale bardziej niż na miano wilka, który jest szlachetnym zwierzęciem, zasługuje na statuetkę hieny. Jeśli ktoś spyta czym różni się od setek maklerów z prawdziwego Wall Street, którzy nadal spłacają miliardowe odszkodowania za ostatni kryzys, to odpowiem: niczym.
No może poza jedną rzeczą – wyrokiem. Nikt z odpowiedzialnych za kosmicznej wielkości straty podczas ostatniego krachu nie poszedł siedzieć. Belfort dostał 3 lata, ale proces i odsiadka grającego go DiCaprio to w filmie niemal niezauważalny incydent w 3-godzinnej historii. Zastanawiałem się: dlaczego? Zwykle bowiem zwycięstwo sprawiedliwości w każdej fabule rozładowuje napięcie i emocje widzów. Ale to nakręcił Scorsese, a on nie wchodzi w rolę moralizatora w swoich historiach, nawet w tych najbrutalniejszych o mafii. Morał zostawia publiczności, a tu przestroga jest dość jasna: pomyśl 3 razy i sprawdź wszystko jeśli ktoś zaoferuje ci góry złota za nic, udzielając „przyjacielskiej” rady (w filmie pojawia się stary trik marketingowy – chcesz coś sprzedać zwracaj się po imieniu do klienta jak najczęściej).
Osoba, który towarzyszyła mi w seansie była lekko zbulwersowana i wyrokiem, i wyczynami brokerów, i brakiem morału, obawiając się czy publiczność właściwie zrozumie przekaz. Cóż, trudniejsze jednak były pytania w stylu: co wy tam robicie na tej giełdzie tak naprawdę? Chodzi wam o te orgie i narkotyki? Więc jakie są wasze motywy? Mam nadzieję, że w imieniu wszystkich ciężko inwestujących stosownie do sytuacji udzieliłem właściwych wyjaśnień 😉
Czy ta historia może zdarzyć się u nas? I tak i nie. Proszę zauważyć, że Belfort otworzył firmę do handlu akcjami firm spoza giełdowego parkietu, potem dopiero próbowano maskować szwindle przez sięgnięcie do spółek z mainstreamu. A zdaje się, że w Polsce nie ma zakazu handlu akcjami firm z rynku nieregulowanego. Każdy może powołać swoją spółkę S.A. i sprzedawać udziały. Z drugiej jednak strony w Polsce nie istnieje model „cold calling”, gdzie pośrednik typu broker akcyjny dzwoni by zaoferować akcje „po okazyjnej cenie”. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, choć dostawałem takie propozycje telefoniczne z Ukrainy.
Przerażające jest natomiast co innego: po aferze z Amber Gold, o której trudno było nie słyszeć, klienci nadal tracą miliony w kolejnych parabankach! Głupota czy naiwność są jak widać w dalszym ciągu nieuleczalne.
Na koniec jedna uwaga – znałem całą historię Belforta i nie byłem entuzjastą obejrzenia filmu, zrobiłem to tylko jak wspomniałem wyżej dla DiCaprio. Wolałbym chyba z większą przyjemnością obejrzeć remake tego -> starego filmu pod tym samym tytułem.
Miłego seansu jednak wszystkim życzę!
—kat—

