W tym roku zamiast „efektu stycznia” mamy już niemal tradycyjny „defekt stycznia”, ale anomalii rynkowych na przełomie roku występuje dużo więcej.

Część z nich to jedynie żonglerka statystykami, przypadkowe korelacje, które nie mają uzasadnień w rzeczywistych zachowaniach inwestorów, a szczególnie tych instytucjonalnych, którzy owe anomalie na giełdzie fundują.

Uważa się na przykład, że taki będzie cały rok jak pierwszy dzień notowań, lub jak pierwszy tydzień na parkiecie. Co znaczyłoby, że czeka nas 2016 jako spadkowy okres. Nikt jednak nie przekłada przecież na serio tego, jak kończyły się pierwsze sesje po Sylwestrze, na stan spółek czy indeksów. Ot, ciekawostka statystyczna. Nieco o tego typu efektach u progu nowego, jak zwykle życzeniowo “lepszego” przecież roku, można przeczytać w naszych starszych wpisach sprzed lat:

https://blogi.bossa.pl/2009/10/16/anomalie-na-rynku-akcji/

https://blogi.bossa.pl/2009/10/23/anomalie-na-rynku-akcji-czesc-2/

https://blogi.bossa.pl/2013/01/04/8927/

https://blogi.bossa.pl/2015/01/11/wykres-dnia-coroczny-efekt-stycznia/

https://blogi.bossa.pl/2010/01/14/efekty-ktore-stwarzamy/

Natomiast jeśli chodzi o popularny bardzo „efekt stycznia”, anomalie w wycenach są w nim uzasadnione od strony fundamentalnej, lub raczej trzeba by mówić o behawioralnej, gdyż okazja do zysków wywodzi się z optymalizacyjnych zachowań inwestorów, a nie zmian w fundamentach rynku. Dla wielu graczy styczeń jest oczekiwanym okresem wzrostów, a niewielu nadal wie, na czym w zasadzie ów styczniowy efekt polega. Ponieważ wyjaśnienia wraz z odniesieniem do źródeł można znaleźć w podanych wyżej linkach, przypomnę więc tylko jednym zdaniem:

Efekt stycznia oznacza silniejszy wzrost spółek małych (ang. small caps) niż tych największych (ang. big caps), lub też relatywnie mniejszy spadek tych pierwszych. Nie chodzi więc o wzrost całego rynku. I nie ma to za wiele wspólnego z bilansami, newsami czy wycenami, po prostu instytucje przebudowują portfele ze względu na prestiż i efekty podatkowe. Przynajmniej te w USA. Czy u nas również? Być może w jakiejś mikroskali, koniunktura skłania dziś raczej do walki o przeżycie niż imponowanie klientom drobnostkami.

Trudno stwierdzić na podstawie samych obrotów, lub jednodniowych skoków, jakie dokładnie akcje są przedmiotem styczniowej przebudowy portfeli. Nieco większą podpowiedź i ostrzeżenie stanowi za to suma kilkumiesięcznych, wcześniejszych zmian, co w swojej krótkiej pracy „Causes and seasonality of momentum profits” pokazuje Richard Sias (7 stron do przeczytania tutaj: http://down.cenet.org.cn/upfile/36/2007613111351155.pdf).

Autor udowadnia w niej 2 efekty, o których wiele się mówi, często zasłania nimi lub tłumaczy ruchy rynku, zawsze stają się one w komentarzach dyżurnym sprawcą zmian na przełomie roku, rzadko jednak wskazuje się na realne dowody.

Pierwszy z nich do dobrze znany „Window dressing” czyli „Strojenie witryn”. Z największą siłą objawia się właśnie w grudniu, nieco mniejszą w czerwcu przed podsumowaniem półrocza. W skrócie ujmując polega na takim „upiększeniu” zarządzanych przez instytucje portfeli, by klienci zobaczyli w nich same dobre spółki, a nie dostrzegli nietrafionych akcji. Co kwartał, a na koniec roku w szczególności, przygotowuje się i publikuje zestawienie posiadanych aktywów. Żeby zrobić wrażenie na obserwatorach dokupuje się wówczas te spółki, które wzrosły ostatnio najbardziej, a wywala z portfela powody do wstydu, czyli te, które najbardziej spadły. Klient daje się wówczas nabrać i wybacza, jeśli cena jednostki spadła, ale w zarządzanym portfelu ma Amazon czy Apple.

Nie trzeba przy tym wielce skomplikowanej logiki by odkryć, że wystarczy wziąć listę wszystkich akcji, uszeregować według skali wzrostów za np. ostatnie 6 miesięcy, a siłą rzeczy te z wierzchołka powinny być w portfelu widoczne, tych z dołu trzeba się pozbyć. To przy okazji wypełnia warunki innej anomalii, zwanej „Momentum” czyli „impetem”. Okazuje się, że w samym grudniu portfel spółek, które wcześniej najwięcej urosły, teraz o średnio 5,52% bije zmiany tych akcji, które spadały do tej pory najmocniej. W miesiąc można zarobić na tym efekcie zupełnie automatycznie więcej niż na jakichkolwiek lokatach czy obligacjach trzymanych nawet rok (zależnie od aktualnych stóp procentowych oczywiście).

Do tego w roli czynnika odkształcającego dochodzi optymalizacja podatkowa, której dokonują przy okazji również inwestorzy indywidualni na całym świecie. Jedna uwaga przy tej okazji, ponieważ sam maestro Karkosik się na niej potknął, więc należałoby wyciągnąć właściwe z tego wnioski. Otóż sprzedając te akcje, które przyniosły nam w danym roku straty, tylko po to, by odliczyć je od zysków z pozostałej części portfela przy wypełnianiu zeznań podatkowych, dopuszczamy się ponoć manipulacji. Państwo Karkosikowie przeprowadzili taką właśnie operację między sobą za pośrednictwem giełdy kilka lat temu, stając się przedmiotem dochodzenia i negatywnymi bohaterami mediów z tego powodu w 2015 roku. Zresztą sami się do tego bez ogródek przyznali, nie uważając tego rodzaju powszechnego procederu za cokolwiek nielegalnego. W czym więc problem?

Otóż nie ma nic nagannego w sprzedawaniu własnych akcji po to, by odkupić je za chwilę w całości, nawet jeśli w ten sposób na swój prywatny użytek optymalizujemy podatek. Akcjami można obracać w najbardziej durny i nieprawdopodobny sposób jaki tylko nam przyjdzie do głowy. Problemem staje się sytuacja, w której nadzór może się dopatrzyć celowych działań przypominających manipulację, czyli np. kupowanie owych sprzedawanych akcji na swój własny, ale drugi rachunek, czy też w transakcji z rodziną. Wówczas nawet broker ma obowiązek powiadomić nadzór. Warto o tym pamiętać przy tego typu operacjach.

Wróćmy do naszych anomalii. Oto w styczniu mamy dokładnie odwrotną sytuację na giełdach w stosunku do tej opisanej wyżej jako optymalizacja podatkowa oraz strojenie okien. Teraz bowiem należałoby odkupić sprzedane w grudniu papiery, o ile oczywiście nadal mają status perspektywicznych. To generuje jak się okazało relatywne dużo silniejsze ruchy rynku. Tym razem spółki, które spadały przez ostatnie miesiące najbardziej, rosną z siłą średnio o 11,52% wyższą niż te akcje, które do tej pory przodowały we wzrostach. To kolosalny ruch, który po części przykłada się w ten sposób do wspomnianego na wstępie „efektu stycznia”. Takie harce mogą się również odbić na fałszywym postrzeganiu owych szybkich wzrostów styczniowych przez inwestorów obserwujących wykresy. Popyt znikąd kreuje bowiem w ten sposób pozornie wybiciowe ruchy na mało popularnych poprzednio papierach, które potem nie mają ciągu dalszego. Z jednym zastrzeżeniem – to muszą być spółki, w których udzielają się instytucje, bez nich bowiem owej cyrkulacji kapitału logicznie być nie może.

To dodajmy jeszcze biznes rekomendacji do tego kotła. Początek roku to wysyp prognoz dla spółek giełdowych, wystarczy przeglądnąć choćby polskie media, a co dopiero na wartym grube miliardy rynku amerykańskim. Od kilku lat ciekawy ranking prowadzi Reuters do spółki z dostawcą danych firmą FactSet, o czym donosi Wall Street Journal. Otóż od 2008 roku 10 spółek, które były najbardziej rekomendowane przez super profesjonalnych analityków, urosło średnio o 61% do grudnia 2015. A o ile zmieniły się średnio ceny 10 najmniej docenianych przez nich firm? Cóż, czy zdziwi kogoś, że o 180% ??? Okazuje się, że zamiast słuchać analityków można było nawet po prostu zainwestować pasywnie w indeks S&P500, z którego pochodziły wszystkie te akcje, i zarobić 67%. Tyle, że z tymi analitykami to już nie anomalia, to chyba norma 🙂

—kat—

[Głosów:7    Średnia:2.9/5]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *