Porzucenie konsekwencji w działaniu dotyczy nie tylko braku respektowania stopów broniących przed dalszymi stratami, ale również braku szacunku dla możliwych zysków.
Behawioryści fachowo nazywają to „efektem dyspozycji”. Przejawia się on niechęcią do ucięcia strat i brnięciem w nie coraz głębiej, coraz dłużej, czasem aż do bankructwa, od strony psychologicznej związane z odroczeniem uczucia żalu (ang. regret, więcej tutaj ). Z drugiej strony efekt ów prowadzi do zbyt szybkiego realizowania pojawiających się zysków. Oczywiście odczuwalny „ból” spowodowany stratami, nawet tymi papierowymi, jest nieporównywalnie większy niż utrata potencjalnych zysków, dlatego to przede wszystkim straty, lub nawet ich widmo, doprowadzają nasz system myślowy do efektu wypychania negatywnych emocji do podświadomości (co w skrócie opisywałem w poprzednim wpisie), zamiast próby zmierzenia się z nimi. Może to być efekt krótkotrwały bo związany z jedną transakcją, ale może on trwać permanentnie w związku z obsunięciem kapitału w serii nieudanych wejść.
Otwarta konfrontacja z emocjami ma ogromne znaczenie dla przywrócenia racjonalności decyzji (nieco o mechanizmie tego w tym -> wpisie), choć to nie jedyny możliwy scenariusz poprawy własnej skuteczności. Nie podejmę się jednak na łamach bloga poradnictwa na temat tego jak zrobić to na własną rękę. Powód tej decyzji już kiedyś opisałem – brak uprawnień, odsyłam więc do psychologów, psychoterapeutów czy choćby literatury. Mnie bardziej interesuje konfrontacja z samym problemem w sensie inwestycyjnym, czyli coś czego psychoterapeuta nie powie. Choć uwzględnię aspekt emocjonalny.
Konieczność podjęcia decyzji o realizacji straty za pomocą stop-lossa czy też utknięcie w serii strat (ang. drawdown) to najczęstsze powody, które z racji emocjonalnego bólu blokują dostęp do naszego „racjonalnego mózgu” (Systemu 2), a to odcięcie powoduje przejście do działania „pozornie myślowego” czyli tego w obrębie Systemu 1, odpowiedzialnego za impulsywne, intuicyjne działanie na skróty. Potencjalnym, choć nie jedynym, remedium na taki stan rzeczy byłby mechanizm opisany przez Curtisa Faitha w książce „Spekulacja inwestycyjna”, o którym więcej pisałem ostatnio w tym wpisie:
https://blogi.bossa.pl/2012/04/24/jak-to-jest-z-ta-intuicja/
Chodzi mianowicie o załadowanie do naszej odczuciowej pamięci podręcznej (System 1), posługującej się skrótami (heurystykami), jak największej ilości pozytywnych przykładów, zyskownie zakończonych transakcji, popartych przy tym szybkim i prawidłowym wyciąganiem wniosków z popełnionych błędów (System 1 odpowiada również za pamięć). To może dać szansę na efektywny trading nawet w sytuacji występowania skrajnych emocji, kiedy blokuje się System 2 oparty na logice, wiedzy i zimnej kalkulacji. Nie zmienia to jednak wymogu uprzedniego wypracowania takiej pozytywnej przewagi na drodze żmudnych doświadczeń. W przeciwnym wypadku powielamy intuicyjną strategię, która nie działa, albo działa jedynie w warunkach „normalnych”, nieobciążonych falami emocji, siedzi ona bowiem zagnieżdżona w Systemie 2. Brak konsekwencji odnosi się raczej do owej drugiej sytuacji czyli porzucenia planu gry zachowanego w tych częściach mózgu, od których strach i negatywne emocje nas odcinają.
Pisałem o tym, że trading mechaniczny ma w tych warunkach pewną przewagę, po części dlatego, że egzekucję strategii możemy zaprogramować albo zlecić wykonanie transakcji komuś innemu. Dodatkowo jednak szereg badań nad teorią decyzji podpowiada bowiem, iż nawet najprostsze modele mają pewnego rodzaju przewagę nad intuicyjnymi. Z licznych publikacji na ten temat poleciłbym krótką i podsumowującą wiele eksperymentów: „Painting by numbers: an ode to quant” Jamesa Montiera. Zapewne wielu Czytelników pozytywnie kojarzy to nazwisko. Przytacza on w w/w pracy wyniki ponad 130 studiów, w których eksperci i dyletanci mierzyli się z prostymi modelami w prognozowaniu i podejmowaniu decyzji o wynikach sportowych, cenach wina czy w diagnozach medycznych. Co się okazuje:
Najprostsze modele znacznie pokonywały zarówno średnie wyniki wszystkich uczestników jak i te osiągane przez najlepszych specjalistów w danej dziedzinie, i to nawet wówczas gdy były zasilane mniejszą ilością informacji! Co ciekawe – kiedy specjaliści dostawali do pomocy owe modele, decyzje podejmowane przez nich były nadal gorsze niż samych modeli działających automatycznie. Prawdopodobnie taki sam wzór powielany jest w tradingu, a wielu z czytających te słowa doskonale wie jak wyniki systemu transakcyjnego mogą zostać wypaczone jeśli jego użytkownik zaprzęga swoją wiedzę i intuicję do „poprawienia” jego wskazań. Przypuszczam, że to samo odnosi się do narzędzi z zakresu A.T. – oczywiście tych, które przewagę w sposób systematyczny mogłyby przynieść.
Padł tu w dyskusjach pod wpisami niedawno pomysł „specyficznego” użycia formacji Analizy technicznej na rynku akcji, skądinąd wiem, że dość powszechnie stosowany. Polega mniej więcej na tym, że jeśli kurs zamiast piąć się w górę po wybiciu, leci w dół i neguje formację, akcje spółki, której to dotyczy, trzyma się nadal, do czasu odbicia i powrotu ceny w obszary zyskowności. Tego rodzaju odbicie może trwać zarówno kilka dni jak i kilka lat, a w sytuacji firm bankrutujących nigdy do powrotu takiego może już nie dojść. Postawię pytanie o sensowność takiego pomysłu.
Z punktu widzenia psychologii inwestora mamy tu kliniczny przykład awersji do żalu i ryzyka, gamę błędów poznawczych, efekt dyspozycji w pełnej krasie i paletę negatywnych emocji blokujących racjonalność. Ja jednak nie mam zamiaru piętnować tego rodzaju zachowań, ani też ich pochwalać. Jeśli jednak tego rodzaju działania pomagają zneutralizować zastępy negatywnych emocji, oswoić się z rynkiem i nauczyć wyciągać wnioski, a przede wszystkim nie powielać strategii o nieznanej wartości oczekiwanej (czyli po prostu nie działającej), to już lepsza taka atrapa tradingu niż nietrafiony timing, prowadzący do strat i cierpień. Jeśli tak ma wyglądać przewaga na rynku to trudno, jest to „jakiś sposób”, lepszy zapewne niż permanentne tracenie środków, o ile oczywiście uda się wytrwać w oczekiwaniu na powrót koniunktury.
Z drugiej strony takie działanie nie ma nic wspólnego z tym do czego przeznaczono formacje techniczne, jest wręcz ich zaprzeczeniem i karykaturą. Nawet nazywanie tego Analizą Techniczną powinno być powodem do wstydu niż dumy. Tak naprawdę to „Analiza losowa” z wykorzystaniem efektu dryfu, który powoduje, że akcje w długich okresach i tak wchodzą na nowe maksima. A w związku z tym nie ma najmniejszego sensu przywiązywać się do książkowych teorii o formacjach i wskaźnikach, toczyć o nie spory i hamletyzować na temat ich kształtu na wykresie. Wiadomo bowiem, że podczas hossy prowzrostowe działają niemal wszystkie, podczas bessy niemal żadne.
Do takiej inwestycji jak wyżej wystarczy w minimalistycznym scenariuszu wejście na rynek w dowolnym, losowo wybranym momencie, nie będzie on wcale gorszy od decyzji opartej na formacji. Jeśli ktoś jednak potrzebuje dla własnego spokoju emocjonalnego jakiejś podbudowy to proponuję znaleźć osobiste, autorskie, charakterystyczne i powtarzające się miejsca w ciągach cenowych. Takie, które potrafimy zdefiniować sami i obserwujemy, że często po ich wystąpieniu powtarza się scenariusz wzrostów. Być może działania na ryzyku przyjdą z czasem same. Aby wejść w nie bez strat moralnych proponuję jednak zacząć naprawdę małymi stawkami. Nauka zamykania stratnych pozycji to bardzo trudny proces, adaptacja do niego w formie ewolucyjnej czyli zaczynania od niewielkich transakcji , ale na żywo, ma swój wcale nie ukryty sens.
To oczywiście tylko wierzchołek potencjalnych rozwiązań i możliwości.
—kat———


Dodaj komentarz