Nie ma chyba dziś w Polsce większej czarnej gwiazdy na rynku instrumentów pochodnych niż opcja walutowa. Opcja w swojej genezie, jak wiele innych pochodnych, pojawiła się na rynku, jako narzędzie pozwalające obniżać ryzyko z działalności gospodarczej lub zajmowanych na rynku pozycji. W polskiej rzeczywistości opcja walutowa weszła na scenę, jako diabelski instrument, który przewraca firmy, oszałamia osoby zachłyśnięte możliwościami zarobku przy korzystnych zmianach cen i – co dość częste ostatnio – wykorzystywany bywa do walki pomiędzy nowymi a starymi zarządami spółek. Efektem jest powszechne potępienie i swego rodzaju egzorcyzmy czynione nad opętanymi przez opcje.
W ostatnim czasie o handel i straty na opcjach oskarżone były zarządy kilku spółek. W pełną odpowiedzialnością używam słowa oskarżenie, bo tak interpretuje słowa części komentatorów bez sprawdzenia, czy nie były to jednak transakcje w ścisłym tego słowa znaczeniu poprawne. Pamiętam, że długo przed obecnym zamieszaniem takie sytuacje pojawiły się w spółce KGHM, gdzie jeden z członków zarządu sygnalizował, iż poprzednie władze zabezpieczając się na rynku pochodnych przyczyniły się do obniżenia wyniku spółki. Wśród lepiej zapoznanych z rynkami kontraktów lub opcji takie oskarżenia wywołują przeważnie uśmiech politowania i życzenia, by rynek obrócił się przeciw mądralom snującym oskarżenia po fakcie.
W istocie jest w rynkowej rzeczywistości coś, co czyni z instrumentów pochodnych narzędzie do łatwych ataków lub ostrzeżeń. Można to robić profesjonalnie – przykładem jest niedawna wycena analityka Unicredit dla spółki Lotos, gdzie pokazano ryzyko zabezpieczeń, które mogą wywrócić spółkę. Jak widać po innych polskich spółkach ostrzeżenie – pomijam jego trafność – nie było wcale tak bezpodstawne, bo Lotos min. zabezpiecza się przed ryzykiem kursowym. Częściej jednak robi się to z gracją młota oskarżając zarząd lub osoby za hedging (zabezpieczenia) odpowiedzialne wtedy i tylko wtedy, gdy działalność ta obniża wyniki.
W ostatnim czasie właśnie na takie ataki narażone zostały amerykańskie linie lotnicze. Abonenci pakietu zielony max w bossie mogli przeczytać w Wall Street Journal, iż najwięksi gracze szukający zabezpieczeń przeciwko zmianom na rynku ropy – linie Delta i United – na zabezpieczeniach straciły w IV kwartale blisko 1 mld dolarów. Wszystko przez to, iż żaden z zabezpieczających się podmiotów nie przewidział, iż cena ropy spadnie w kilka miesięcy o 100 dolarów na baryłce. Kto przewidział? WSJ przypomina, iż jeszcze kilka miesięcy temu linie lotnicze, które z sukcesem zabezpieczały się przez wzrostami cen, chwalono na rynku i podawano za przykład poprawnego radzenia sobie z surowcową hossą.
Z pewnego źródła wiem, iż część zarządów spółek wpada w specyficzną pułapkę – chętnie chwali swoich pracowników za udany dla spółki ?hedging”, ale nie ma problemów z ganieniem zespołu ds. zabezpieczeń, gdy hedging przynosi straty. W istocie całkiem spora część ludzi w zarządach traktuje takie komórki w firmach, jako dodatkowe źródło dochodu i bywają mocno zdziwieni, gdy pierwszy raz pojawia się poważna strata. Podejrzewam, iż mechanizm, który miałem kiedyś okazję obserwować w jednej z wielkich polskich spółek jeszcze w latach 90 ciągle jest na rynku obecny i przechodzi przez niego wiele firm. Konsekwencją tamtego epizodu jeden z moich bliskich znajomych musiał odejść z pracy, bo pojawiła się pierwsza strata z zabezpieczeń na…. mniejsza o to na czym – do tego czasu był gwiazdą a zarząd sekundantem.
Kiedy następnym razem będzie Państwo czytali o stratach firm na opcjach, to zadajcie sobie trud spojrzenia na całość w szerszym kontekście. W przypadku rynku surowcowego – ale też innych rynków, w szczególności walutowych – hedging ma sens tylko wtedy, gdy jest robiony konsekwentnie. Na jego wyniki nie można patrzeć przez pryzmat poszczególnych kwartałów, ale całej polityki spółki w tym segmencie. Odejście od polityki zabezpieczeń może mieć równie negatywne skutki dla działalności gospodarczej, jak hazard na rynku tylko dla pozorów zwany zabezpieczeniem.
Mówiąc poetycko obecna nagonka na rynek pochodnych jest klasycznym wylewaniem dziecka z kąpielą. Oskarżanie opcji i pochodnych o całe zło tego świata czyni świat jeszcze bardziej niebezpiecznym, bo pochodne wymyślono właśnie po to, by czynić działalność gospodarczą bezpieczniejszą. Gdybym miał do wyboru spółkę zabezpieczającą się przeciwko zmianom cen ropy lub wartości waluty i taką, która tego nie czyni bez wahania wybrałbym tą z szacunkiem podchodzącą do ryzyk związanych ze zmianami cen na rynkach i chętnie korzystającą z możliwości przeniesienia ryzyka poza spółkę. Niestety obserwowana niechęć do opcji zapewne uczyni je mniej popularnymi i kwestią czasu będzie, kiedy zmiany cen na jakimś rynku postawią przed spółkami problem… braku zabezpieczeń.


Dodaj komentarz