Przeglądając komentarze do poprzedniego wpisu po raz kolejny widzę, że kwestia skuteczności narzędzi i pomysłów prezentowanych w rozlicznych książkach budzi jak zwykle kontrowersje. Chciałbym je w poniższym wpisie spróbować rozwiać.
Czy wyznacznikiem efektywności wszelkiego rodzaju książkowych strategii lub ich części powinny być jedynie zyskowne i udokumentowane raporty z rachunków inwestycyjnych ich autorów? Odpowiedź brzmi – nie! TO NARZĘDZIA I POMYSŁY PREZENTOWANE W KSIĄŻKACH MUSZĄ OBRONIĆ SIĘ SAME! Tylko wszechstronne oraz zgodne z regułami statystycznej sztuki sprawdzenie ich skuteczności powinno być istotnym kryterium ich finalnej użyteczności. Co najwyżej możemy ostrożnie założyć, że te rzeczywiście funkcjonujące wyszły spod pióra tych, którzy mogą udokumentować swoje zaszczytne giełdowe dokonania. Nie jest to jednak ani regułą, ani nie ma oparcia w realności, a czasem nawet przeczy logice.
Podawałem przykład Victora Niederhoffera, autora 3 książek, wydanych zaraz po okresie jego sporych, pełnych splendoru sukcesów, który chwilę później dwukrotnie wysadził w powietrze swój i powierzone rachunki na miliony dolarów. Gdyby nie ta drobna niedogodność zapewne jego owe 3 pozycje rozchwytywane byłyby przez zwolenników „pisania tylko przez wygrywających”. Podobnie jak książka Nicka Leesona, gdyby tylko ujrzała światło dzienne zanim zatopił on bank Barings. Curtis Faith jedyny sukces inwestycyjny zaliczył ćwierć wieku temu i to tylko dzięki swoim nauczycielom Dennisowi i Eckhardowi – czy ujawniony przez niego niedawno w książkach system Żółwi powinien zostać zignorowany z powodu kolejnych, nieudanych przedsięwzięć samego Curtisa?
Z drugiej strony – czy wartościowe, precyzyjnie opisane i skuteczne w testach pomysły powinny być z góry odrzucane tylko dlatego, że ich twórca nie posiada udokumentowanej historii transakcji lub nie zawierał ich wcale z wielu powodów (jak choćby John Ehlers, twórca znakomitych systemów Mesa, autor książek i artykułów, który bez kozery przyznaje, że dla zdrowia psychicznego nie ma zamiaru narażać się na cykliczne, nieuchronne obsunięcia kapitału)?
Powtórzę: TE STRATEGIE MUSZĄ SIĘ SAME OBRONIĆ, ich autorstwo to sprawa drugo lub może nawet czwartorzędna. Problem leży w całkowicie innym miejscu i wbrew pozorom wcale nie jest głęboko pogrzebany.
Otóż kwestią, która rzeczywiście powinna obchodzić czytelników a zwykle pozostaje zignorowana, jest właśnie problem nieobciążonej błędami, kompleksowej, rzetelnej i profesjonalnej WERYFIKACJI książkowych (blogowych, artykułowych) koncepcji i narzędzi. To oczywiste, ze wszech miar logiczne, ale przede wszystkim POŻĄDANE działanie, wymagające dokonania przed wprowadzeniem tych pomysłów do własnego inwestycyjnego arsenału i analiz. Tu jednak trafiamy na niewidzialną przez wielu ścianę – w ogromnej większości przypadków NIE JEST MOŻLIWE spełnienie wszystkich wymogów fachowej kontroli i oceny, o czym zbyt łatwo się zapomina nawet w odniesieniu do autorów mogących się pochwalić niezaprzeczalnymi zyskami na rachunkach. Oto kilka przyczyn i objawów takiego stanu rzeczy:
(I) Fragmentacja
Ogromna część książkowych pomysłów stanowi TYLKO FRAGMENT pełnych strategii i mam na myśli przede wszystkim to, że zdecydowanie najczęściej prezentowane są jedynie pomysły wejścia na pozycję, pozostawiając inwencji czytelników sposób radzenia sobie z zarządzaniem ryzykiem, stopami i ewakuacją z rynku. Samo otwieranie pozycji NIE DEFINIUJE skuteczności inwestowania, a ponieważ strategie o 100% trafności występują tak samo często jak czarne łabędzie więc sprawdzenie takich fragmentarycznych pomysłów na samo otwieranie pozycji JEST NIEODZOWNE I DODATKOWO MUSI BYĆ POŁĄCZONE w teście z pozostałymi elementami strategii, których w książce często próżno szukać lub są tak enigmatycznie podane, że ich kompleksowa weryfikacja jest możliwa jedynie przy pomocy specjalnych programów do tworzenia systemów transakcyjnych.
(II) Brak możliwości przeprowadzenia dowodu
Spory dział analizy technicznej, fundamentalnej i cała analiza intuicyjna opierają się na subiektywnych ideach i narzędziach, trudnych dla jednoznacznego określenia, więc ich prezentacja gdziekolwiek, z książkami włącznie, ma ograniczoną lub zerową wartość dla przeprowadzenia weryfikacji opisanej punkt wyżej. Fachowe przeprowadzenie dowodu nazywa się falsyfikacją hipotezy zerowej. Hipotezę taką można zbudować nawet dla fragmentów strategii jak np. wybicie z kanału cenowego z towarzyszeniem tylko jednego rodzaju stopa, ale już wybicie z jakiejś klasycznej formacji z tym samym stopem jest często niemożliwe do rzetelnego, statystycznego sprawdzenia z powodu braku możliwości obiektywnego i jednoznacznego zidentyfikowania, lub może raczej skwantyfikowania owej formacji.
(III) Błędy poznawcze, behawioralne skróty, heurystyki
Wiele z subiektywnych narzędzi wspomnianych wyżej jest definiowane w quasi-obiektywny sposób. Co znaczy, że choć wiemy jakimi cechują się atrybutami (potrafimy określić z jakich elementów składa się np. formacja głowy z ramionami) to jednoznaczne, precyzyjne ich wyodrębnienie celem przetestowania na danych z przeszłości nie jest często możliwe. Wobec tego ulegamy iluzjom, zniekształceniom postrzegania i błędom, takim jak choćby ten zwany „efektem wstecznego myślenia” (hindsight bias), opisywanym przez mnie szczegółowo tutaj i tutaj.
(IV) Niezidentyfikowane źródła przewagi nad rynkiem
To chyba największe nieszczęście podręcznikowej edukacji i najmniej doceniany powód rozterek czytelników. Otóż bowiem fakt, że jakieś narzędzie trudno jednoznacznie określić, obudować w definiowalną strategię i sprawdzić w działaniu, nie może być powodem zarzutów pod adresem autora o propagowanie chłamu i śmieci. Szczególnie, podkreślę to – szczególnie w przypadku tych autorów, którzy odnieśli sukces na giełdzie. Dlaczego?
Ano z prozaicznego powodu – najważniejszą częścią skuteczności prezentowanego narzędzia (w takiej niedookreślonej formie) jest najczęściej intuicja, doświadczenie, talent, wszechstronność, siła psychologiczna, szósty zmysł albo czasem po prostu losowe szczęście SAMEGO AUTORA. //To w takich sytuacjach powstają koszmarki o pięknie subiektywności analizy technicznej i sztuce//.
Wyobraźmy sobie taką sytuację, nierzadką zresztą, gdzie autor wyciska zyski niemal z kamienia a jego czytelnicy wcale. Jeśli rozłożymy jego pomysł na części, a robiłem to setki razy, okaże się, że przynajmniej jeden element z całej strategii nie daje się w żaden sposób jednoznacznie zdefiniować a więc wymaga kreatywności, opartej na intuicji czy innych wymienionych wyżej cechach, których nie sposób w żadnej książce wyłożyć, ani nie przenoszą się przez dotyk, indukcję, wiatr itp. Trzeba je w sobie wyrobić pracą, doświadczeniem, obserwacją, ciężkim treningiem itp.
Przykład: załóżmy, że autor proponuje wybicie w górę z maksimum 10 sesji dla zajęcia pozycji długiej oraz bliżej nieokreślony „stop podążający” jako ochrona ryzyka i wyjście z transakcji. Może się zdarzyć, że test wszystkich znanych nam stopów podążających nie daje satysfakcjonujących wyników by zainwestować w taką strategię. Autor jednak kosi zyski jak zboże. Dlaczego? Ponieważ jego stop jest oparty na daleko posuniętej, wyćwiczonej intuicji i jest odpalany doraźnie, bez uprzedniego planu, zależnie od sytuacji. Działa narzędzie? Działa! Można obalić za pomocą dowodów jego nieskuteczność? Nie można! Należy czynić zarzuty? W żadnym razie!
W samej „Analizie technicznej” Murphy’ego można znaleźć całą furę narzędzi, które podlegają przynajmniej jednemu jeśli nie wszystkim czterem powyższym czynnikom. Nie wspominam piątego czyli prozaicznego: „to nie działa w takim układzie jak proponuje autor” //ale rzadko kto usiłuje to rzetelnie przebadać//
Wnioski:
Jeśli pomysły nie bronią się wcale w takiej formie, w jakiej są przedstawiane w literaturze, nie ma znaczenia ile ich autor zarabia, ponieważ jego intuicja, składnik ostatecznego sukcesu, nie jest replikowalna. Brak natomiast pełnego i jednoznacznego opisu wszystkich składników strategii skutkuje niemożliwością zastosowania jej przez odbiorców! Nie dziwię się w takim razie wielokrotnie artykułowanemu zniechęceniu czytelników, którzy domagają się kawy na ławę czyli strategii na zarabianie od A do Z.
Są jednak wyjątki – to opisy w pełni kwantyfikowalnych pomysłów, tyle, że w takim momencie dochodzimy po prostu do mechanicznych systemów z ich ograniczeniami, limitami ale i dobrodziejstwem.
Trzeba więc podejść do tematu literatury z pełną świadomością opisanych barier. Jest bowiem tak, że nawet najprostsze procesy składają się z wielu elementów i poznanie ich w odrębnych książkach nie jest niczym dziwnym czy nagannym, zawsze jednak rozwojowym dla danej dziedziny.
A dlaczego polecam naukę za pomocą systemów i jak to jest ze zwycięzcami konkursów? O tym w kolejnej części.
—–KAT———


Dodaj komentarz