Mam nadzieję, że w poprzednim wpisie udało mi się przekonać choć kilku podchodzących na serio do giełdy inwestorów do zarzucenia myśli o mentalnym spisywaniu na straty jakichkolwiek kapitałów.
Dla wzmocnienia przemyśleń o „mentalnym księgowaniu” i wielkości puli kapitału przeznaczonego na zakup akcji jeszcze kilka ciekawostek z arsenału naszych psychologicznych niedoskonałości.
Behawioryści zidentyfikowali kolejny efekt, który zakrzywia nasze podejście do zysków i strat, po angielsku zwany „house money„. Jego rodowód sięga hazardu i tłumaczy się jako „pieniądze kasyna”, a w finansach „pieniądze rynku”. Aby go wyjaśnić sięgnę do przykładu z książki „Inside investor’s brain”, której wprawdzie nie dysponuję pod ręką na wakacjach, ale mam nadzieję wiernie zacytuję (a nawet jeśli nie to sens pozostanie bez zmian):
Świeżo poślubiona para spędza miesiąc miodowy w Las Vegas, stolicy hazardu. Przegrywają wszystkie pieniądze. Ostatniej nocy on znajduje zabłąkany w kieszeniach banknot 5 $ i zostawiwszy po cichu małżonkę w objęciach Morfeusza po raz ostatni idzie szukać szczęścia w kasynie. Okazuje się, że to wieczór przełomowy i wreszcie dopada go niesamowita passa. Po kilku godzinach gry jego stan posiadania sięga 6 milionów dolarów. Niestety hotelowe kasyno nie może przyjąć tak wysokich obstawień na jakie stać pana młodego więc zmienia on lokal, a tam postanawia zagrać va banque. Całość kładzie na jeden numer w ruletce i… przegrywa. Rano przyznaje się małżonce do porażki. Ona zapytuje jedynie dla formalności:
– A ile przegrałeś kochanie?
– Niewiele najdroższa, tylko… 5 dolarów…
To pokazuje jak zyski, które wyciągamy z gry czy giełdy są nierozważnie księgowane jako kapitał „na straty”. Jak mówi pewne powiedzenie: „easy come, easy go” czyli po naszemu „łatwo przyszło, łatwo poszło”. To kolejny błąd naszej niedoskonałej inteligencji – z łatwością godzimy się na stratę zdobytych zysków, dużo łatwiej niż gdy poświęcić musimy nasze własne środki. Tak objawia się kryzys racjonalnego myślenia, nie traktujmy pieniędzy jako „moje” i „nie moje bo zdobyte”. To kolejne świadectwo braku szacunku dla naszej kompetencji, wysiłków, poświęconego czasu.
Na szczęście najnowsze prace akademickie dowodzą, że przy odrobinie świadomości i wysiłku wolnej woli potrafimy dostosować nasze umysły do tego rodzaju sytuacji. Jak? Recepta jest prosta ale trzeba ją sobie uświadomić i wytrenować: w miarę przyrostu zysków podnosimy w głowie poziom kapitałów uważanych za „własne” i bronimy go jak niepodległości bez zbyt łatwego odpuszczania pola zaborczemu rynkowi.
In minus trzeba natomiast skonstatować fakt działań umysłu po przeciwnej stronie, również wykazany przez naukowców – oddawanie pola rynkowi po pojawieniu się strat. Jeśli od momentu zakupu kurs naszych akcji spada to niestety zbyt łatwo godzimy się z obniżaniem progu tego „co nasze”. O ile w fazie początkowych spadków oczekujemy przynajmniej powrotu kapitału do punktu zero, o tyle w trakcie coraz to niżej pojawiających się minimów obniżamy swój poziom wyjścia z rynku, godząc się mentalnie zrealizować stratę.
Kolejny czynnik, który ma znaczenie przy określeniu wielkości kapitał jaki jesteśmy gotowi poświęcić podczas spadków na giełdzie to pochodzenie naszego majątku. Im łatwiej go uzyskujemy tym łatwiej tracimy do niego szacunek i godzimy się na stratę. Wystarczy poddać wartościowaniu nasz rachunek gdy jego zawartość pochodzi z wynagrodzeń za naszą ciężką pracę i porównać do źródeł posiadania mających swe korzenie w spadku, wygranej czy innych owocach szczęśliwej fortuny. Mentalne księgowanie nadaje kapitałom z tych ostatnich miejsc mniej istotne znaczenie i w rezultacie powoduje nonszalanckie podejście. To błąd, potwierdzi to pewnie większość z listy najbogatszych. Nie umniejszajmy wagi żadnych kapitałów w naszej dyspozycji. Jeśli przyłapiemy się tego rodzaju księgowaniu to rozwiązaniem byłoby zaangażować w giełdę kapitał własnoręcznie zdobyty a wydawać na bieżąco pieniądze, które zdobyliśmy w łatwiejszy sposób. To bez znaczenia z punktu matematycznego ale chodzi o trik, który ma uspokoić przede wszystkim podświadomość.
I jeszcze jeden choć nie ostatni efekt „księgowości”: stopień ponoszonego ryzyka i oczekiwań zyskowności, które zakrzywiają nasze podejście do pieniędzy. Ktoś posiadający milion złotych dysponuje większą swobodą wyboru zaangażowania w grę z rynkiem niż osoba mająca na rachunku 10 000 PLN. Oto bowiem inwestycja przynosząca roczny zysk 10% (tak mniej więcej rosną indeksy giełdowe) zaowocuje profitem 100 000 PLN w przypadku bogatego i tylko 1000 PLN biedniejszego. Księgowość pcha więc tego drugiego w kierunku podejmowania dużo bardziej ryzykownych inwestycji a więc i wyższego ryzyka straty. To jedna z przyczyn dla których często uważa się , że „pieniądz lubi pieniądz” czyli bogaty się bogaci a biedniejszy niemal wyszarpuje swój zysk od życia.
No dobrze, ale jak w takim razie rozwiązać problem „kapitału na straty”?
O tym w kolejnym wpisie.
—Kat—


Dodaj komentarz