Jestem w trakcie lektury książki wydanej w 1968 roku „Libretto finansisty” Antoniego Jaroszewicza. Są to wspomnienia polskiego milionera z lat 1881-1947. Nie ma tam zbyt wielu opisów jakichś wyjątkowo wyrafinowanych transakcji. Autor więcej uwagi poświęca swojej pasji, czyli śpiewaniu, niemniej jest to ciekawe świadectwo pewnej epoki (a bonusem jest „niesamowity” wstęp napisany przez Zbigniewa Mitznera, zgodny z duchem socjalizmu).
Pozwolę sobie przytoczyć trzy fragmenty do refleksji czytelników blogów.
„Zdecydowałem najprzód zwiedzić kawał świata. Nasłuchałem się wiele o obcych krajach od znajomych, krewnych i przyjaciół, którzy zjeżdżali do naszego domu opowiadali o cudach europejskich, ich świetności i rozmachu. […] Wiedziałem na pewno, że zanim zabiorę się do prawdziwej pracy, wybiorę się w mój wymarzony świat w poszukiwaniu niezatartych wrażeń.
Zamiar mój przedstawiłem ojcu i matce zaraz po złożeniu egzaminu w Wiatce; prosiłem aby sfinansowali tę imprezę, dając mi na ten cel tysiąc rubli w złocie. Oświadczyłem, że muszę zobaczyć świat i że dam sobie w nim radę. Zapowiedziałem również, że zwracam się do nich o pieniądze po raz pierwszy i ostatni w życiu. Jeśli je otrzymam, zrzekam się wszelkich pretensji do ewentualnego spadku, który miałby mi przypaść po rodzicach. Ojciec bez słowa wręczył mi ów tysiąc rubli w złocie, matka zgodziła się na wyprawę”
[autor miał wtedy 16 lat. Tysiąc rubli miało wtedy równowartość stu funtów angielskich, albo ponad dwóch tysięcy franków. 300 rubli dostawał nauczyciel za 3-miesięczne przygotowanie do matury.
http://www.measuringworth.com/ukcompare/relativevalue.php?use%5B%5D=CPI&use%5B%5D=NOMINALEARN&year_early=1891£71=100&shilling71=&pence71=&amount=100&year_source=1891&year_result=2013 ]
„W r. 1921 zaprosiłem do Warszawy generalnego plenipoteneta wielkich banków amerykańskich, Updike’a, któremu przedstawiłem koncepcję rozbudowy Saskiej Kępy, utworzenia tam miasta-ogrodu z bulwarami nad Wisłą, restauracjami i hotelami. Updike zgodził się uzyskać długoterminowy kredyt o Rockefellera i Morgana w wysokości czterdziestu milionów dolarów na 48 lat. Wówczas przedstawiłem mu koncepcję, że spłata nastąpi już po pięciu latach z tym, że do procentów zostanie doliczona suma amortyzacyjna. Chodziło mi o to, żeby miasto mogło inkasować pieniądze za komorne i wypłacać procent za amortyzację. Władze miejskie plan zaaprobowały, wobec tego udałem się do ministra Moraczewskiego, aby uzyskać zgodę rządu. Ku mojemu zdumieniu Moraczewski odmówił zatwierdzenia tego planu, oświadczając, że nie dopuści do umowy, ponieważ Polska będzie sama wszystko budowała. Kiedy Moraczewski wypowiedział tę opinię, pokazałem mu dłoń i powiedziałem: Prędzej mi włosy tutaj urosną, zanim pan, panie ministrze wykona taki plan na Saskiej Kępie”. Równocześnie jednak zrozumiałem, że nie podołam walce z wiatrakami”
„[ok. 1924-25]kupcy białostosccy i grodzieńscy mieli wielką ochotę kupić Druskienniki, ofiarując mi milion dwieście tysięcy dolarów. Marszałek [Piłsudski] prosił jednak, albyśmy Druskiennik nie sprzedawali i oczywiście powstrzymałem się wtedy od tej transakcji. Po przewrocie majowym komisja międzyministerialna i Bank Gospodarstwa Krajowego oszacowali nasze zdrojowisko na milion trzysta osiemdziesiąt tys. dolarów. Wówczas zaproponowałem rządowi nabycie Druskiennik za milion dwieście tysięcy, z tym, że ponadto będę otrzymywał po 50 tys. dolarów rocznie bez żadnego procentu. W tym czasie rząd za same place w Druskiennikach otrzymałby półtora miliona dolarów, a chętnych było w tym okresie bez liku.
[…] Zjawił się u mnie Wojciech Stpiczyński, redaktor jednego z pism prorządowych i oświadczył, że jeżeli wypłacę mu 200 tys. dolarów na jego gazetę, to transakcja w sprawie Druskiennik dojdzie do skutku na moich warunkach. Powiedziałem wtedy Stpiczyńskiemu dosłownie: „źle pan trafił, panie redaktorze. Ja łapówek nie daję i tym się brzydzę.” Wkrótce potem zaczęto w stosunku do nas stosować różne szykany. Zjechała do Druskiennik komisja z ramienia Banku Gospodarstwa Krajowego z udziałem przedstawicieli różnych ministerstw […]. W Druskiennikach były liczne parcele, na których w tym czasie znajdował się las. Sprzedawaliśmy jeden metr kwadratowy takich parcel po 1 dolarze. Komisja zakwalifikowała parcele jako lasy i wskutek tego ocena całości wypadła na dwa miliony 680 tys. złotych, gdy poprzednio opiewała na sumę jeden milion 680 tysięcy dolarów.”
Niesłychana jest też historia francuskiej pożyczki z 1936 roku. Kulisy jej organizowania opisane przez autora stawiają w dość niekorzystnym świetle Eugeniusza Kwiatkowskiego i polskich urzędników (w tym ambasadora we Francji). Po ustaleniach i bardzo trudnych rozmowach z Francuzami, część polskiej ekipy rządzącej poczuła się urażona, że ich ominięto i zaczęła sabotować ten projekt. Zmieniając ustalenia już dokonane.
„Kwiatkowski wymyślił koncepcję przy pomocy której zarżnął doszczętnie kredyt i zaufanie do Polski oraz skompromitował ją na rynkach wszechświatowych. Przestał mianowicia płacić procenty od pożyczek amerykańskich, domagając się obniżenia ich do trzech lub czterech procent. Jak wiadomo, obligacje polskie kupowali Amerykanie polskiego pochodzenia lokując w nich oszczędności całego swojego życia, gromadzone na „stare lata”. […] Posunięcie Kwiatkowskiego dla wielu z tych ludzi oznaczała kompletną katastrofę. Przez długie lata jeszcze po wojnie wspominali oni niepojętą nieodpowiedzialność polskiego rządu. […] Aby wyjść z sytuacji, na pewno niełatwej należało najpierw uzyskać nową pożyczkę, aby wykupić starą, byle nie tracić twarzy i zaufania na rynku międzynarodowym. Wiedzieli o tym finansiści, ale nie wiedział o tej elementarnej zasadzie minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski. Polska przedwrześniowa kompromitowała się na forum międzynarodowym niedotrzymywaniem warunków i terminów umów.”


Dodaj komentarz