Nawet najbardziej hojne pod względem stóp zwrotu rynki akcji potrafią wystawić cierpliwość inwestora na ciężkie próby.
Na przykład w latach 1986–2026 szwedzki OMXS30 zapewnił inwestorom przeciętną roczną stopę zwrotu – bez dywidend – na poziomie 8,5%.
Jednocześnie po pęknięciu bańki internetowej „zafundował” im 3-letnią bessę z 73% obsunięciem i 12-letnim powrotem do poprzedniego szczytu.
Nie chodzi o wyższe zyski
Istnieje sposób, by zabezpieczyć się przed „okrucieństwem” lokalnego rynku akcji. To dywersyfikacja geograficzna.
W tym znaczeniu wyjście poza lokalny rynek nie jest szukaniem wyższych stóp zwrotu, większej płynności czy nowych okazji inwestycyjnych. Piszę o dywersyfikacji geograficznej, której celem jest zmniejszenie ryzyka związanego z inwestowaniem na jednym lokalnym rynku.
Im mniejszy, bardziej lokalny i mocno skoncentrowany jest rynek, im bardziej niepewne jest jego otoczenie gospodarcze, monetarne i polityczne, tym więcej powodów ma inwestor, by zacząć inwestować za granicą.
Przedstawię kilka poziomów ryzyka – od apokalipsy po niewidzialną erozję – przed którymi chroni dywersyfikacja geograficzna.
Historyczne kataklizmy
W znakomitej serii Global Investment Returns Yearbook można znaleźć zestawienie największych krajowych rynków w 1900 roku. Piątym państwem pod względem udziału – z około 6% wagą – jest Rosja.
Ten rynek całkowicie zniknął na kilkadziesiąt lat. To samo spotkało rynek w Szanghaju pod koniec lat 40. Niemieccy i japońscy inwestorzy ponieśli katastrofalne straty po tym, jak wywołana przez ich państwa wojna zrujnowała lokalne rynki akcji.
Ukraiński rynek akcji formalnie przetrwał rosyjską inwazję z 2014 roku i wybuch wojny z Rosją w 2022 roku, ale wspomniane wydarzenia doprowadziły do jego marginalizacji i niemal całkowitego paraliżu. W pierwszych ośmiu miesiącach 2025 roku całkowite obroty akcjami wyniosły 1 mln USD. Taką wartość akcji GPW obraca przeciętnie w ciągu minuty sesji.
Są to katastroficzne scenariusze ekstremalne. Łatwo jest je ignorować, bo zdarzają się kilka razy na stulecie i „wymagają” nadzwyczajnych okoliczności: rewolucji politycznej lub wojny.
Katastrofy „z niczego”
Rzecz w tym, że katastroficzny scenariusz może się wydarzyć w zwyczajnych okolicznościach, w Europie, w „naszych czasach”. O czym piszę?
O tym, co stało się z rynkami akcji na Islandii i w Grecji po globalnym kryzysie finansowym.
Islandzka giełda straciła około 95% w 21 miesięcy. Główny indeks giełdowy zdominowany był przez trzy mocno zlewarowane banki, które nie przetrwały kryzysu finansowego.
W tym przypadku przyczynami inwestycyjnej katastrofy były podwójna koncentracja indeksu oraz błędy biznesowe spółek z rynku giełdowego.
Warto zauważyć, że w czasie kryzysu islandzkiego lokalna waluta straciła około połowy wartości względem euro. Jeśli islandzki inwestor trzymał na giełdzie w Reykjaviku pieniądze na zakup mieszkania w Hiszpanii, to stracił 97–98%.
Na giełdzie w Reykjaviku miała miejsce szybka egzekucja. Na giełdzie w Atenach inwestorów poddano wieloletnim torturom.
Od szczytu z 2007 roku do 2016 roku główny indeks ateńskiej giełdy stracił 92%. Najpierw tąpnął w okresie globalnego kryzysu finansowego, a drugi cios otrzymał w trakcie greckiego kryzysu zadłużeniowego.
Obydwa omawiane indeksy mają przed sobą daleką drogę, by odrobić straty i ustanowić nowy szczyt. Rynek islandzki jest o 75% poniżej historycznego szczytu. Giełda w Atenach jest o 54% poniżej szczytu z 2007 roku.
Indeks ateńskiej giełdy osiągnął historyczny szczyt w 1999 roku na fali euforii związanej z wejściem do strefy euro i globalnej hossy internetowej. Po 27 latach greccy inwestorzy są ponad 60% pod wodą względem tamtego szczytu.
Na małych lokalnych rynkach stracone dekady mogą wyglądać jak inwestycyjne katastrofy.
Nie jest moim celem straszenie inwestorów ani podważanie zaufania do lokalnych rynków akcji. Byłoby to zresztą niekonsekwentne. Moje inwestycje koncentrują się na rynku akcji, a centrum mojej inwestycyjnej aktywności pozostaje GPW. Ekspozycję na rynki globalne mam pasywną.
Dywersyfikacja geograficzna nie powinna być traktowana jako zakład przeciwko lokalnemu rynkowi. Jest rezygnacją ze stawiania wszystkiego na jedną kartę, podyktowaną świadomością, że nie wiemy, czym okaże się karta, którą gramy.
Grecki inwestor w 1999 roku nie wiedział, że mieszka w Grecji. Wiedział, że mieszka w państwie, które wkrótce będzie dzielić walutę z Niemcami i Francją, i które ma za sobą kilka lat szybkiego wzrostu gospodarczego.
Skąd wiemy, że nie mieszkamy w Grecji? Nie wiemy. I to jest cały argument.
***
Kolejne poziomy ryzyka – stracone dekady, bańki spekulacyjne i niewidzialną erozję kapitału – opiszę w następnych tekstach.


Niezależnie, DM BOŚ S.A. zwraca uwagę, że inwestowanie w instrumenty finansowe wiąże się z ryzykiem utraty części lub całości zainwestowanych środków. Podjęcie decyzji inwestycyjnej powinno nastąpić po pełnym zrozumieniu potencjalnych ryzyk i korzyści związanych z danym instrumentem finansowym oraz rodzajem transakcji. Indywidualna stopa zwrotu klienta nie jest tożsama z wynikiem inwestycyjnym danego instrumentu finansowego i jest uzależniona od dnia nabycia i sprzedaży konkretnego instrumentu finansowego oraz od poziomu pobranych opłat i poniesionych kosztów. Opodatkowanie dochodów z inwestycji zależy od indywidualnej sytuacji każdego klienta i może ulec zmianie w przyszłości. W przypadku gdy materiał zawiera wyniki osiągnięte w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika na przyszłość. W przypadku gdy materiał zawiera wzmiankę lub odniesienie do symulacji wyników osiągniętych w przeszłości, to nie należy ich traktować jako pewnego wskaźnika przyszłych wyników. Więcej informacji o instrumentach finansowych i ryzyku z nimi związanym znajduje się w serwisie bossa.pl w części MIFID: Materiały informacyjne MiFID -> Ogólny opis istoty instrumentów finansowych oraz ryzyka związanego z inwestowaniem w instrumenty finansowe.