Ucieczka od zatracenia, część 3

Idąc tropem poprzedniego wpisu, załóżmy, że pojawia się poważna strata na rachunku inwestycyjnym i trzeba się z nią jakoś zmierzyć.

 

Zostawmy jednak na boku emocje tym razem, to temat na długi tekst w innej chwili. Zresztą już samo zajęcie się cyferkami podczas próby zarządzania stratą przywraca automatycznie umysł z pozycji emocjonalnego zanurzenia (w obawy, żal, gorycz i lęki) do świata rozumu, racjonalności, kreatywnych decyzji i działania.

Uprzedzę, że nie będzie to poradnik cudów i magii, gdzie dług nagle znika lub pojawia się tzw. „biały anioł”, który spłaca zobowiązania czy rozdaje kapitał. Ani też przepis na szybki strzał, który stratę zamienia w krótkim czasie w zysk. To będzie raczej strategia przywrócenia równowagi w myśleniu, działaniu i finansach, która powinna pozwolić realnie ocenić szanse i być może pokazać jakieś światełko w tunelu. Często bowiem poważna strata finansowa zupełnie wyłącza logiczne myślenie, wprowadza w otępienie i bezradność, nie daje nadziei na żadne wsparcie. A ponieważ podręczniki giełdowe milczą w tym temacie, kilka podpowiedzi od kogoś, kto widział niejedną katastrofę, być może przyda się komuś dla zrobienia jakiegoś planu lub postawienia pierwszego kroku do lepszej przyszłości.

Często słyszałem, że każdy profesjonalny trader z sukcesami, przynajmniej raz musi wcześniej zbankrutować zanim dotrze na szczyt. Nie znam takich twardych statystyk, które by to potwierdziły, ale coś w tym przekonaniu może jednak być prawdziwe jeśli wziąć pod uwagę anegdotyczne przekazy. Zresztą z pragmatycznego punktu widzenia byłoby to bardzo edukacyjne, lekcja odebrana na własnej skórze, a nie w teorii, uczy najbardziej. Nie tylko smaku porażki i przepisu na nią, ale również optymizmu- skoro bowiem można upaść i mimo wszystko się podnieść z tego, to znaczy, że życie tradera jednak nie kończy się tylko na finansowych tragediach. Co ciekawe, badacze szczęście podkreślają, że bankruci wcale nie czują się po czasie mniej szczęśliwsi niż wcześniej. Tak naprawdę dla poczucia własnej wartości potrzeba znacznie więcej niż samych pieniędzy, które pomagają wprawdzie wiele życiowych spraw załatwić, ale absolutnie nie znaczą dla dobrostanu więcej niż rodzina, przyjaciele, wiedza i doświadczenie, otoczenie czy zdrowie.

Zapewne wielu Czytelników zna zdumiewające badania, w których porównywano poziom szczęścia dwóch jakże odległych sobie grup ludzi: tych, którzy zostali kalekami w wyniku nieszczęśliwego wypadku i tych, którzy trafili szóstki w lotto (czy inne najwyższe wygrane pieniężne w lokalnym totolotku). Ten przykład przytacza choćby Kahneman w swojej doskonałej książce „Pułapki myślenia”. Otóż po pół roku od tak znaczącego dla obu tych grup życiowym wydarzeniu, zmierzony poziom szczęścia okazał się być… na jednakowym poziomie wśród zwycięzców i poranionych! Niesamowite jak działa ludzka psychika. A czymże przecież przy kalectwie jest bankructwo lub duża strata?! To jedynie uszczerbek w stanie posiadania, a nie stan umysłu! Żeby zostać przygniecionym zdarzeniem finansowej straty, trzeba zrobić to samemu sobie myślami, które przecież są ulotne – przychodzą i odchodzą. Majątek i inwestor to nie jest złączony fuzją byt, ten pierwszy zawsze podlega zmienności, ten drugi tylko śmiercią zostaje anihilowany, a potrafi dać sobie radę w każdych warunkach.

Wracając do bankructwa luminarzy giełdowego świata: aby spojrzeć na to z bliska najprościej sięgnąć do 4-tomowej serii „Czarodzieje rynku” Jacka Schwaggera, który przeprowadza w niej wywiady z traderami i inwestorami, znajdującymi się  w pewnym momencie swojego życia na świeczniku, wypełniając amerykański mit od zera od milionera. I jak się okazało, wielu z nich przychodziło na rynek z głową pełną entuzjazmu, ale za to mało zasobną w stosowną wiedzę, choć niewykluczone, że w otoczce talentu czy przynajmniej stosownych umiejętności, co i tak nie przeszkodziło w osiągnięciu majątkowego bruku przynajmniej raz w ich życiu. Z determinacją zaczynali od nowa, pokonując kolejne stopnie wtajemniczenia i bogactwa. Jest jednak jeden problem z tym właśnie faktem związany, choć właściwie wspomnijmy o dwóch jego odcieniach wyrastających z jednego pnia.

Oba nawiązują do czegoś, co Nicholas Taleb w książce „Czarny łabędź” nazywa „cichym dowodem” (ang. silent evidence). Spróbuję w najprostszy sposób wytłumaczyć ten zwrot: analizując sukces nie widzimy całego tła porażki w detalach (szczególnie w statystykach).

Podziwiając triumf „Czarodziejów” nie mamy otóż świadomości tego, ilu innych próbujących dostać się na giełdowy Olimp po drodze odpadło, być może nie mając wcale mniej umiejętności, lecz mniej szczęścia lub determinacji. To nie zmienia faktu, że tych kilku zwycięzców, choć wcześniej zbankrutowało, to potem wspięło się na wyżyny wygranej, ale tysiące innych w tym samym czasie poległo finansowo, często nawet nie zdając sobie nawet sprawy z jakiego powodu, i niezauważalnie zepsuło statystyki. Plusem jest to, że dzięki tym książkom możemy skompletować listę niezbędnych składników sukcesu i wdrażać je samemu w życie.

Drugi składnik owej „niemej ewidencji” to ciąg dalszy tych karier, o których z książek się już nie dowiadujemy, ponieważ zastają i opuszczają bohaterów w glorii sławy. A niezwykle ciekawy byłby sequel typu „Czarodzieje rynku – 20 lat po”, w którym mogliby przybliżyć swoje dalsze doświadczenia i nakreślić popełnione błędy. Część bowiem z tej elity popadła po latach w zapomnienie, bądź też się okazywało, że mitem był ich sukces, albo popełnili zbyt wiele lub zbyt znaczących błędów, które zapętliły ich dalsze kariery. Znajdujemy się w tej dobrej sytuacji, że mamy szansę uczyć się na tych potknięciach, zanim wykreujemy listę swoich własnych, jakże bliźniaczo podobnych do tych, które przetrąciły kręgosłupy niektórym luminarzom. Wina najczęściej leżała jednak w nich samych, a nie w rynkach i zasadach gry.

To spuentujmy ten wątek zaglądając na nasze polskie podwórko. Czy ktoś zna lub pamięta nasz blogowy cykl o forexowych milionerach sprzed kilkunastu miesięcy? Jeśli nie – polecam ową lekturę w naszym archiwum:

Forexowi Milionerzy

Nie wiem czy wszystkie linki są tam aktualne, przypomnę więc historię trzech panów, którzy grając na forexie w bossafx osiągnęli minimum 1 milion złotych zysku. Otóż ich początki były również usłane cierniami. Jeden z nich w akcie desperacji i w obliczu ogromnej straty finansowej sięgnął po żelazną rezerwę odłożoną na wesele i dzięki tym pieniądzom odbił się od dna. To szczęśliwa historia, problem w tym jak zidentyfikować czy tak ryzykowne rozwiązanie ma sens w warunkach sporego obsunięcia kapitału?

Nie ma jednej i dobrej odpowiedzi, sama determinacja, upór i wytrwałość to tylko część drogi do tego sukcesu. Kolejny składnik to doświadczenie – miesiące spędzone nad szlifowaniem strategii musiały w końcu przynieść pozytywny skutek. Poznać go można tylko w jeden sposób – w praktyce, nie ma innej możliwości. Szczęśliwy dar losu to oczywiście jeszcze jeden komponent, tyle że leżący poza naszym zwykłym zasięgiem. Można go jednak w znacznym stopniu przeciągnąć na swoją stronę – wielokrotnymi próbami, w masie transakcji losowość bowiem oddaje pola umiejętnościom inwestora.

CDN

—kat—

[Głosów:10    Średnia:3.6/5]

12 Komentarzy

  1. Wojtek

    Co stało się później z “czarodziejami rynku” przestudiowano na jednym z blogów a wnioski z tych studiów nie są zbyt optymistyczne.

  2. gzalewski

    @Wojtek
    Mysle, że statystyki są korzystniejsze dla bohaterów I części. 😉

  3. berzerk

    @Wojtek
    podasz linka?

  4. pit65

    @gzalewski

    Co nie zmienia hipotezy , że nauka inwestowania z takich pozycji w formie peanów na cześć … jest na poziomie harlekina /zreszta znakomitej większości literatury tzw giełdowej / i tak należy ją traktować 🙂

  5. _dorota

    “Mysle, że statystyki są korzystniejsze dla bohaterów I części”
    Dlaczego? Sequel zawsze gorszy?

    “nauka inwestowania z takich pozycji w formie peanów na cześć”
    Nie miałam wrażenia, że czytam peany. W takich książkach istotą jest kilka akapitów dających do myślenia.

  6. Wojtek

    Nie wiem czy mogę podawać linka ale artykuł jest niezmiernie interesujący.
    @gzalewski – artykuł dotyczy 3 części czarodziejów: “Stock Market Wizards”

    http://10-procent-rocznie.blogspot.com/2015/10/jak-czarodziejscy-sa-czarodzieje-rynku.html

  7. pit65

    @dorota

    To są “harlequiny” inwestowania, dobrze się czyta, ale pożytku z tego niewiele, a w zasadzie tylko dla wydawcy i autora.
    Lepiej poczytac rzeczony blog z opisu Wojtaka aniżeli 100 takich pozycji bo …. może przydazy się jakis mętny akapit do przemyślenia tracąc godziny na przebrnięcie przez podziekowania i subiektywne pierdoły emocjonalno techniczne.
    Strata czasu, no chyba że lubi sie takie łotrzykowsko-przygodowe pozycje giełdowe celem wywołania emocji na sucho, którym “długi termin” wystawił jednak raczej kiepską ocenę.

  8. pit65

    Ostatnim “harlequinem” jaki czytałem to Spekulacja Intuicyjna C.Faitha.
    To już ładnych parę lat .
    Niczego tam nie znalazłem.
    Stop marnowaniu czasu na miernotę w kontekście tradingu.

  9. Gzalewski

    Temat jest interesujacy. Zamierzalem zrobic taki suplement (krotszy) przy wydawaniu pierwszych czarodziejow. Niestety nie znalazlem info o wszystkich, i nie bylo juz czasu. Ale statystyki sa lepsze (choc jeden z bohaterow przewalil kase swojej fundacji)

  10. Gzalewski

    @pit65
    Pamietaj ze z perspektywy doswiadczonego, takie sady maja sens. Ale do nich trzeba dojsc samodzielnie. Rowniez przebijajac sie przez tony lektur – wartosciowych i nie, a dodatkowo ocena jest tylko wlasna. z racji biznesu wydawniczego, moze wygladac ze go bronie, ale to nie jest cala prawda. Jesli ksiazki nam cos daja, to po prostu z nich korzystamy. Nawet stwierdzajac – to wszystko juz bylo (a to rowniez jest trudne dla wydawcy). Plus jeszcze jedna kwestia – czesto czytelnikom podoba sie cos czego zupelnie nie rozumiem. Maja do tego prawo. (Wszystko co napisalem dotyczy rowniez ksiazek innych niz o inwestowaniu)

  11. Łukasz

    @Wojtek
    Dzieki ze wrzuciles ten link. Trafilem na ten wpis na blogu w ubieglym miesiacu i czytajac wpis kathaya od razu mi sie przypomnial… Sklania do refleksji. Najbardziej mnie uderzyly historie inwestorow, ktorzy okazali sie oszustami…
    Z drugiej strony historia pozostalych pokazuje jak latwo ze szczytu wyladowac na dnie…

  12. GZalewski

    Takim najbardziej “dojmującym” przykładem była pierwsza książka Tharpa, do której przedmowę napisał jego najwybitniejszy uczeń – David Mobley.
    Jak sie pozniej okazało cały jego genialny wynik był “rysowany”, czyli był oszustwem. Tharpa sporo to kosztowało i zdrowia i prestiżu.
    Mozna ttylko dodać – zdarza się. Pamiętajac o tym kogo wkręcił Madoff

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Proszę podać wartość CAPTCHA: *