Wczorajszy komunikat po posiedzeniu FOMC jest majstersztykiem polityki monetarnej w świecie zerowych stóp procentowych (ZIRP), ale naprawdę w tle widać grę z polityką innych banków centralnych i strach przed konsekwencjami, jakie mogą przynieść… rynkowe oczekiwania.
Na starcie odnotujmy, iż wedle komunikatu FOMC obietnica niskiej ceny kredytu w dłuższym odcinku czasu została zastąpiona obietnicą braku pośpiechu w zmianie ceny kredytu. Tylko Monty Python oddałby skeczem dobrze jakąś różnicę. Innym pozostaje wiara, iż potrafią pod każde z tych zdań podłożyć coś konkretnego. Naprawdę Fed odwołuje się w swoich działaniach to subtelnych różnic w określeniach odcinków czasu i faktycznie prowadzi słowną gierkę, która sprowadza się do użycia, jakiegoś określenia i patrzenia, jak zostało przyjęte. Nie mam wątpliwości, iż jeśli jakiś sygnał zostałby przyjęty niezgodnie z intencjami władz monetarnych, to do mediów ruszyliby przedstawiciele FOMC i wytłumaczyli, co mieli na myśli. Chcemy tego, czy nie, polityka monetarna została w dużej części sprowadzona do manipulacji oczekiwaniami rynku.
Uważni obserwatorzy pamiętają zapewne rynkowe przekonania, iż w końcówce III kwartału Bank Anglii zdecyduje się na pierwszą podwyżkę ceny kredytu. Konsekwencją było wyprzedzające umocnienie funta do większości walut, które wystraszyło przedstawicieli Bank of England na tyle, iż dziś głosy są już znacznie subtelniejsze. W zdaniach szefa BofA i ciał doradczych przebijają się teraz obawy, iż zbyt szybka podwyżka ceny kredytu może mieć katastrofalne skutki dla gospodarki. Również w działaniach Fed widać rosnącą świadomość konsekwencji dalszego umocnienia dolara, które dziś materializuje się na rynku surowcowym i w niskiej inflacji, a za chwilę odbije się czkawką w amerykańskim eksporcie. W takim kontekście Fed nie może pozwolić sobie na to, by rynek zbyt mocno zinterpretował jakiś sygnał z banku centralnego.
Nie ma również przypadku w tym, iż szwajcarski bank centralny zrobił dziś kolejny krok w polityce monetarnej i sięgnął po ujemne stopy procentowe. Związek radykalnego kroku z inflacją w Szwajcarii jest zerowy. Dla większości obserwatorów jasne jest, iż w działania SNB są niczym więcej niż odpowiedzią na umocnienie franka i próbą wyprzedzenia rynkowych oczekiwań związanych ze zbliżającym się dużymi kroki programem luzowania ilościowego ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Wcześniejsze zachowanie funta i dolara – przy braku zmian w polityce banków centralnych – jak pod mikroskopem pokazały, co czeka franka, gdy rynek naprawdę uwierzy, iż EBC sięgnie po skup długu na skalę, której nikt dziś się nie spodziewa.
Paradoksem obecnej sytuacji jest to, iż globalna gospodarka znalazła się w punkcie, w którym politykę monetarną dyktuje nie inflacja czy sytuacja gospodarcza, ale rynkowe oczekiwania. Główne banki centralne pogrążyły się w pozycyjnej wojnie walutowej, w której nikt nie chce wyjść przed szereg i pierwszy poszukać odpowiedzi na pytanie, czy już można podnieść cenę kredytu bez szkody dla gospodarki. Zwyczajnie rynki na to nie pozwalają, bo swoimi wyprzedzającymi działaniami mogą uruchomić proces, którego nie da się kontrolować. Widać to również po drugiej stronie barykady – w Rosji czy wcześniej w Turcji – gdzie podwyżki stóp procentowych nie były dyktowane przez inflację, ale ucieczkę inwestorów. Witajcie w świecie, w którym polityka monetarna nie jest tym, czego uczyli was w szkole.

