Nowa książka Van Tharpa to znakomita okazja, żeby porozmawiać o kilku do bólu kontrowersyjnych, ale przy tym znaczących sprawach.
Zanim o samej książce „Trading Beyond the Matrix: The Red Pill for Traders and Investors” (Trading poza Matrixem: czerwona pigułka dla traderów i inwestorów), kilka refleksji o samym jej autorze, z perspektywy tego co w tej najnowszej lekturze zawarł.
Wielokrotnie czytałem i słyszałem potoki cierpkich słów w polskim środowisku pod adresem Tharpa, uważam je za całkowicie nietrafione. Ich refren jest zawsze ten sam: czy wiarygodny może być przekaz płynący spod pióra kogoś kto sam ma problem z zyskownym tradingiem? Po części, przynajmniej od strony samych wyników, swój pogląd wyraziłem w jednym z archiwalnych wpisów:
https://blogi.bossa.pl/2011/12/13/tajemnice-inwestycyjnej-literatury/
Ale zawsze z niekłamaną chęcią podyskutuję na ten temat, byle tylko na argumenty.
Gdyby chcieć streścić ów pogląd w jednym zdaniu to wyglądało by ono mniej więcej tak: to pomysły/idee/teorie muszą obronić się same bez względu na to czy i ile zarabia na tradingu sam autor. Ale oczywiście zawsze istnieje pokusa by samego autora zlustrować. Kilka słów więc właśnie o tym.
Często słyszę zdziwienia typu: dlaczego ten czy ów sprzedaje systemy transakcyjne lub naucza/opisuje swoje strategie zamiast samemu na nich na rynku zarabiać?
Van Tharp nie zajmuje się dystrybucją gotowych rozwiązań typu systemy transakcyjne. W swoich książkach i na terapiach/kursach wykłada praktyczną wiedzę z dziedziny psychologii tradingu, zarządzania ryzykiem (szczególnie Money Management – słynne „R”) oraz samego tworzenia strategii. Z mojego punktu widzenia przez pryzmat 20 lat doświadczeń na giełdzie nie mogę nie docenić wartości tej literatury, w wielu punktach jest unikalna jeśli chodzi o spekulację z perspektywy indywidualnego inwestora. Dostrzegam też problem z postrzeganiem jej przez krytyków – tej wiedzy nie da się jednak tak bezceremonialnie, z marszu, zmusić do działania. Jej zrozumienie i implementacja wymaga sporo nakładów czasu, pracy i dyscypliny. Tymczasem rzesze inwestorów oczekują szybkich i skutecznych rozwiązań natychmiast po lekturze. Per analogiam – z podobnym skutkiem można po przeczytaniu książki o awiacji spróbować latać F16 i się nie zabić.
„Trading beyond the Matrix” zawiera sporo osobistych opisów doświadczeń autora. Przede wszystkim niesłychanie intensywnego poszukiwania siebie, o czym pisze szczegółowo i przede wszystkim dość otwarcie, co może niektórych szokować. A przy okazji zdumiewać ponieważ chodzi przecież o psychologa. Ale moim zdaniem te doświadczenia i nauki układają się w logiczny ciąg i z korzyścią przekładają na język psychologii tradingu, którą zainicjował już w poprzedniej książce „Supertrader” (wydana przez GZ jako „Trader doskonały”). Ten jego proces dochodzenia do „pełnej świadomości” trwał latami i obejmował wizyty w wielu zakątkach świata. Niektóre kursy ponawiał wielokrotnie, w innych zdobywał najwyższe szczeble – jak choćby w tak modnej ostatnio NLP (choć wydaje mi się, że popularność ta ma przynajmniej u nas niewłaściwą genezę). Szybko wynotowałem, że cały ten ogromny cykl samodoskonalenia objął również: A Course of Miracle (ACIM), Lifespring oraz Avatar courses, nauki Katie Byron (akurat sam je bardzo lubię) i Deepaka Chopry (mam mieszane uczucia w tym wypadku), Transformational Meditation oraz najważniejsze – Oneness Blessing.
Można przypuszczać, że te poszukiwania, poza odbiciem w jego działalności coachingowej, pozwoliły mu udoskonalić warsztat, przede wszystkim od strony opanowania najważniejszego narzędzia w tradingu czyli samego siebie. Czy skutecznie pod względem zyskowności? To w sumie mało istotne, nawet nieskuteczna praktyka może nieść dużo pożytku w przekazie o ile wysnuwa prawidłowe wnioski co do samego procesu. Niemniej jednak to co najcenniejsze w tych książkach to właśnie ogromna wiedza o tym jak w sposób zorganizowany radzić sobie z własnymi słabościami i emocjami.
Jemu udało się połączyć w jedno 2 pasje – psychologię i trading. Ale nie ukrywa, że to co daje mu napęd to prowadzenie terapii i wykładów. A to kolejne unikalne doświadczenia wyniesione z pracą z 1500 traderami, w tym i z tymi z pierwszej ligi, a książki są tego nieocenionym zwierciadłem. Któż bowiem inny mógłby się pochwalić wnioskami i obserwacjami wyniesionymi z tak bogatej międzyludzkiej interakcji?
Nawet jeśli odstawił trading (choć przypuszczam, że wręcz odwrotnie) to jego pacjenci powinni być mu poniekąd wdzięczni //piszę to jednak raczej z przekory//. Trading to przecież nieustanne stresy, zmartwienia i okresowe straty na rachunku, które skumulowane bolą i odciskają swoje piętno na życiu pozagiełdowym. Brzmi znajomo? Do tego nuda jeśli wziąć pod uwagę techniczne, typowo ilościowe strategie. Po latach, kiedy już przetestuje się wszystkie pomysły i tylko powiela co dzień mechanicznie te same decyzje a potem zlecenia, rutyna i monotonność powoli zaczyna zabijać. Lekarstwem jest oczywiście choćby potrzeba kreatywności i realizowanie innych pasji (nie dziwię się, że Tharp ma dla siebie wolny tylko jeden weekend w miesiącu, na terapie przeznaczając resztę czasu). Tylko że właśnie taki tok myślenia po lekturze książki powinien razić czytelnika anachronizmem 🙂 Powinien, a jak jest naprawdę? To w kolejnych wpisach…
—kat—-


Dodaj komentarz