Bardzo książkowo się zrobiło ostatnio na blogach, więc, żeby utrzymać się w tej konwencji, pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka nowych pozycji, które ukazały się ostatnio na rodzimym rynku.
Uwielbiam książki o dziedzinach niekiedy tak odległych od moich zainteresowań, że tylko dzięki sposobowi podania, czytam je niemal jednym tchem. W życiu bym nie pomyślał, że przeczytam kiedykolwiek książkę dotyczącą baseballu. Co więcej, podziwiam za odwagę wydawnictwo Sonia Draga, dzięki któremu polski czytelnik może przeczytać książkę Michaela Lewisa „Moneyball. Nieczysta gra”. Baseball w Polsce jest absolutnie niszowy i myślę, że u nas sprzedaży książki nie pomoże nawet film z Bradem Pittem, który właśnie wszedł na ekrany. Osobiście wciąż nie zdążyłem dotrzeć na film. Wcześniej kupiłem książkę gdy ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ktoś ją wydał po polsku.
Michael Lewis to autor „Pokera kłamców” oraz „Big short” (wydanej w 2011 również przez wyd. Sonia Draga). Dlatego po zapowiedziach wiedziałem, że chcę zobaczyć film. Nie zamierzałem czytać w oryginale, bo uznałem, że zbyt będę się męczył z terminologią, więc polskie wydanie to super niespodzianka.
Książka w całości spełniła to czego się po niej spodziewałem. I choć prawdopodobnie rozumiem zaledwie ze 30 procent (mogę sobie wyobrazić, jak czują się czytelnicy finansowych książek Lewisa, którzy nie mają pojęcia o finansach) jest fascynująca. Przywodzi na myśl rewolucję, która dokonała się w świecie finansów już wiele lat temu. Chodzi o podział romantyzm, sztuka a statystyka, twarde fakty. Szczęście czy umiejętności. A jeśli umiejętności, to czy na pewno takie, które są uznawane za powszechne, czy może zupełnie coś innego.
Żeby potencjalnym czytelnikom nie popsuć przyjemności z lektury, tylko krótko zarysuję temat.
Pewnego dnia w lidze baseballu pojawił się facet, który do góry nogami wywrócił niemal wszystko. Sposób patrzenia na zawodników, przekonanie, że mając istotnie mniej pieniędzy niż czołowi rywale, czyli nie może kupować drogich zawodników, zarządzany przez niego zespół może piąć się systematycznie w górę. Wszystko opierało się na jego przekonaniu, że dotychczasowe postrzeganie zawodników jest potwornie subiektywne i nieracjonalne. Dotychczas zawodnicy byli wyszukiwani, przez ludzi, którzy „wyczuwali” utalentowanego gracza. On uznał, że trzeba to wszystko zmienić. Efekty sprawdzić liczbami, a nie przekonaniami, a przy budowaniu zespołu warto oprzeć się na statystykach efektywności.
Billy Beane – bo o nim mowa – miał być gwiazdą baseballu. Miał wszystkie warunki wymagane przez branżowych specjalistów wyszukujących przyszłe talenty, a jednak zrezygnował z kariery, na rzecz bycia, tym który wpływa na grę. Co więcej za model doboru przyszłych graczy dla prowadzonej przez siebie drużyny dobierał niemal dokładne przeciwieństwo siebie z młodości. Konkurencja kpiła z wybieranych przez niego graczy – pełnych ułomności, nie mających ducha i wyglądu idealnego baseballisty, zbyt starych. A jednak zapoczątkował rewolucję wyszukując „nieefektywności” na rynku – kupując tanio graczy niedocenianych, a sprzedając drogo, przecenianych.
Polecam ogromnie, choć wciąż nie jestem pewien, czy wiem na czym polega „spacer”, czy „bieg na bazę”.
Inna pozycja ubiegłoroczna wydana po polsku, która już jakiś czas temu wpadła mi w ręce to „Zwykłe akcje, niezwykłe zyski oraz inne dzieła” Phlipa A. Fishera, czyli klasyka analizy fundamentalnej i wyceny akcji. Stawiany obok Grahama, Buffetta autor książki opublikowanej po raz pierwszy w 1958 roku. Myślę, że książka może być ciekawa dla fundamentalistów, którzy są w stanie powiedzieć, czy proponowane przez niego zasady przetrwały próbę czasu, czy może były rewolucyjne jak na swoje czasy. Na tej samej zasadzie lubię czytać stare książki dotyczące analizy technicznej, czy zachowania na rynkach (patrz niżej: Wspomnienia gracza giełdowego).
„Finansiści poświęcają tyle uwagi ciągłym próbom odgadywania przyszłości ekonomicznej, na podstawie zbioru przypadkowych i prawdopodobnie niepełnych faktów, że zaczynam się zastanawiać, co mogliby osiągnąć, gdyby zaledwie część tej uwagi poświęcali na bardziej przydatne działania”. Brzmi znajomo, prawda? A minęło ponad pięćdziesiąt lat
Od razu wyjaśnię, że najbardziej spodobał mi się wstęp autorstwa syna. Z jego opisu wynika przede wszystkim, że ojciec niezbyt dbał o rodzinę i relacje z synami. Poświęcał się wyłącznie pracy i miał jeszcze jeden rys, który zbliża go do Buffetta – był po prostu skąpy (może w ramach poprawności politycznej należałoby napisać – nadmiernie oszczędny). Ale pokazuje też kilka świetnych ciekawostek z życia (np. stosunku do prognozowania).
Kolejna rzecz z ubiegłego roku to Johna Hulla „Zarządzanie ryzykiem instytucji finansowych”. To lektura, z której nie ma sensu pisać recenzji czy notki. Każdy kto profesjonalnie zajmuje się rynkiem pochodnych powinien ją mieć i systematycznie poznawać. Może KNF zaktualizowałaby również listę lektur na egzaminy dla maklerów i doradców, bo obowiązująca obecnie, wygląda cokolwiek „retro”.
Na koniec muszę się pochwalić książką, którą po raz pierwszy przeczytałem po pęknięciu bański internetowej, gdy w Wielkiej Brytanii popularność zyskiwały firmy spreadbettingowe, a ich oferta zaczynała docierać również do Polski. Wtedy skojarzyły mi się z opisywanymi w książce bucketshopami. Chodzi o „Wspomnienia gracza giełdowego” Edvina Lefevre. To kolejna klasyka, książka z lat 20 ubiegłego wieku. Zawsze polecam ją tym, którzy mówią, że „tym razem na rynku jest inaczej”. Więc tym bardziej mi miło, że przyłożyłem rękę do nowego wydania, razem z komentarzem historycznym, który zwłaszcza czytelnikowi polskiemu przybliży świat Wall Street na początku XX wieku. Ci którzy jej jeszcze nie znają, zobaczą, że pewne mechanizmy rynkowe pozostają niezmienne, bez względu na to, czy na rynku są automaty, czy też nie. To znaczy dopóki jednak zostaną na rynkach ludzie – będą niezmienne.


Dodaj komentarz